piątek, 14 listopada 2014

Vita Liberata pHenomenal pianka samoopalająca



Gdybym miała określić kosmetyczny bieg wydarzeń roku 2014 jednym słowem, na pewno tym słowem byłby samoopalacz. Przetestowałam bardzo dużo dostępnych na rynku, wracałam także do starych sprawdzonych ulubieńców. Stosowałam kosmetyki brązujące wyjątkowo konsekwentnie, może dlatego że niestety nie udało mi się wyjechać na wakacje. Zazwyczaj moje poszukiwania ograniczały się do półki drogeryjnej, ale przetestowałam też droższe kropelki Collistar (z umiarkowanym powodzeniem).

Dzisiaj o wysokopółkowym ulubieńcu, który dość nieoczekiwanie przekonał mnie na tyle, że pomimo ceny na pewno kupię ponownie. Mowa o piance Vita Liberata pHenomenal. Testowałam wersję ciemną. 125ml kosztuje 175zł (Sephora, ale dostępna jest również w Douglasie). Dodatkowo do aplikacji bardzo przydatna jest rękawica (29zł). Producent obiecuje opaleniznę przez 2-3 tygodnie, łatwą aplikację bez smug. Produkt ma szybko się wchłaniać, być bezzapachowy (to znaczy pozbawiony typowego dla DHA aromatu, który ja akurat lubię ale wiem że u 99% normalnej ludzkości powoduje wstręt ;) ). Dodatkowo naturale składniki odżywiają skórę.
Prawda to? Bardzo zaskakujące, ale właściwie wszystko jest prawdą.

Zacznijmy od aplikacji. Nigdy nie lubiłam samoopalaczy w piankach i sprayach, wolałam balsamy i mleczka. Pianka Vita Liberata jest lekka i puszysta, rzeczywiście błyskawicznie się rozprowadza i wchłania kiedy wmasowujemy ją rękawicą. Żeby zagwarantować równomierną aplikację warto poprzedzić opalanie peelingiem a sam produkt nakładać na suchą skórę bez wcześniejszego wsmarowywania balsamów. Jedyne na co trzeba uważać, to to żeby pianka nie uciekła z rękawicy bo jest dość rzadka. Zapach? Dziwny, nic specjalnego ale też i nic nieprzyjemnego. Pianka wysycha błyskawicznie, na prawdę nie ma czekania na wchłonięcie się. Za chwilę można się ubierać. Za to ogromny plus, można uskuteczniać somoopalanie nawet rano, przed wyjściem.

Produkt od razu barwi skórę na brązowo co ułatwia aplikacje i natychmiastowo poprawia wygląd. Producent zaleca trzykrotną aplikację dla uzyskania optymalnego koloru. Dodatkowo należy odczekać przynajmniej 3 godziny od jednej aplikacji do drugiej i wziąć prysznic pomiędzy tymi aplikacjami. Już jedna aplikacja jest widoczna, po trzech miałam na prawdę przepiękny kolor. Szczerze mówiąc jestem zachwycona. Tak naturalnego i wyraźnego koloru nie miałam jeszcze nigdy, po żadnym samoopalaczu. Trwałość również zdecydowanie lepsza niż klasyczne kilka dni. Nie są to co prawda trzy tygodnie, ale na pewno 7-10 dni, wytrzymuje w przyzwoitym stanie nawet golenie.
Faktycznie jest to bezzapachowy samoopalacz, nie da się wyczuć ani odrobiny DHA. Nie wiem jak to zrobili, ale udało się.
Jak wygląda wydajność? Cóż, tu też nie mam się absolutnie do czego przyczepić. Używałam jej już dobre 10 razy a nadal jest jej więcej niż połowa. Na jedną aplikację potrzebuję około 10 pompek.


Jedyne, co nie do końca mi odpowiada, ale jednocześnie jest zaletą jest fakt iż nie pozostawia filmu na skórze. Bardzo lubię tłuste masła i balsamy i nie jestem przyzwyczajona do braku takiego otłuszczenia ;). Nie mniej jednak nie ma efektu wysuszenia skóry więc generalnie jestem z tym ok.
Co prawda, do twarzy Vita Liberata przewidziała inny produkt, ale ja przetestowałam tą piankę również na twarzy, z bardzo dobrym rezultatem.

Bardzo polubiłam również aplikację rękawicą. Nie trzeba obawiać się zabarwienia dłoni na pomarańczowo, zaskakująco łatwo rozprowadzić w ten sposób produkt. Rękawica po aplikacji wygląda nieco nieestetycznie (uwaga, eufemizm ;) ), nawet po wypłukaniu w wodzie. Dobrze trzymać ją z dala od postronnej widowni bo na prawdę efekt jest mało glamour. Myślę jednak, że warto ją mieć.

Jak podsumuję tą recenzję? Super. Jestem zaskoczona, byłam nastawiona raczej sceptycznie. Myślałam, że będzie po prostu ok a okazało się, że jest to świetny produkt. Skuteczny, bezproblemowy w aplikacji, szybki. Cena bolesna, ale biorąc pod uwagę efekt kupię na pewno, szczególnie w sezonie letnim.

czwartek, 2 października 2014

Choć niewiele mam już wspólnego z dzieckiem...czyli recenzja szamponu




Choć faktycznie niewiele mam już wspólnego z dzieckiem (ćwierćwiecze na karku, doktoraty nie doktoraty, zmarszczki i wory pod oczami ;) ) to cięgle miewam na swojej kosmetycznej półce kosmetyki skierowane do tej grupy wiekowej. Ba, jest całkiem sporo takich które są w ścisłej czołówce ulubieńców i bardzo często dotyczy to szamponów do włosów. Dziś o nowej znajomości, którą zawarłam jakiś miesiąc temu ale zdecydowanie zamierzam kontynuować. Szampon na dzieci Himalaya Herbals wpadł mi w ręce podczas jednej z cyklicznych napaści na Hebe. Akurat był w promocji (poniżej 11zł za 200ml). Uwielbiam "dorosłe" produkty do pielęgnacji włosów Himalaya Herbals, z moimi kudełkami dogadują się rewelacyjnie. Bardzo szkoda, że prawie niemożliwe jest kupić je stacjonarnie. Ale do rzeczy.
Szampon dla dzieci ma być w założeniu łagodny, nie szczypać w oczy ułatwiać rozczesywanie włosów, które po umyciu mają być miękkie i błyszczące. Zawiera wyciąg z hibiskusa i cieciorki oraz kuskusu. Brzmi bardzo dobrze....i tak też się sprawuje. Aplikacja może być nieco kłopotliwa, szczególnie przy długich włosach. Produkt jest gęsty i nie zawiera SLSu przez co nieco trudniej rozprowadzić go na włosach i uzyskać pianę. Nie jest to jednak niemożliwe a praktyka czyni mistrza. Szczególnie, jeżeli miałyście wcześniej do czynienia z szamponami bez tredycyjnych mocnych detergentów. Kosmetyk pachnie rozkosznie, jak YSL Baby Doll czyli mieszanką róży i owoców a zapach ten trzyma się na włosach zaskakująco długo.
Nie wysusza moich wymagających włosów, nie plącze. Po umyciu są sypkie, puszyste, miękkie i po prostu ładnie wyglądają. Dobrze dogaduje się we wszystkimi odżywkami, jakich używam. Minusem może być wydajność, która nie jest powalająca, z drugiej jednak strony myjąc bardzo długie włosy dwukrotnie zazwyczaj zużywam dużo szamponu.


Jestem z niego bardzo zadowolona, łączy w sobie wszystkie cechy jakich szukam w produkcie do oczyszczania włosów a na dodatek nie jest jakiś szczególnie drogi. Polecam.
Bardzo cieszy mnie też, że w ofercie Hebe pojawia się coraz więcej kosmetyków Himalaya Herblas. Może doczekam się również na inne szampony tej marki.

wtorek, 22 lipca 2014

Collistar Magiczne krople samoopalające



Lato to dla mnie zdecydowanie sezon samoopalaczy. Zarówno tych do twarzy, jak i do ciała. Mam kilku sprawdzonych ulubieńców, ale jednocześnie lubię testować nowości. Ponieważ słyszałam dużo dobrego o płynnych samoopalaczach kropelkach postanowiłam dać im szansę. Zamysł jest bardzo ciekawy, są to produkty, które można stosować mieszając z ulubionym kremem nawilżających samodzielnie dostosowując ilość samoopalacza a tym samym intensywność opalenizny. Idea szczególnie interesująca dla wybrednych kosmetykomaniaczek, którym nie udało się dobrać jeszcze idealnego środka do uzyskania sztucznej opalenizny. Pierwszym tego typu produktem, o którym słyszałam, były kropelki Clarins. Niestety nie udało mi się ich zlokalizować w perfumerii, zainteresowałam się więc wersją włoskiej marki Collistar czyli Magicznymi kroplami samoopalającymi, o których dziś wam napiszę.


Klasyczne opakowanie to szklana buteleczka z zakraplaczem (lub jak wolałby powiedzieć biolog, pipetą Pasteura ;) ) o pojemności 30ml. Taka buteleczka kosztuje dość sporo, w Douglasie ( i to chyba jedyne miejsce, gdzie Collistar jest dostępne stacjonarnie) kosztuje 119zł. Mnie udało się dorwać go w limitowanej większej wersji, 50ml w tej samej cenie.
Produkt ma ciemnobrązowy kolor i jest zupełnie płynny. Przjemnie pachnie, chociaż da się wyczuć alkohol znajdujący się wysoko w składzie. Nietłusty, bardzo szybko się wchłania aczkolwiek aplikacja nie jest najłatwiejsza bo płyn potrafi przeciekać przez palce. Na początku chciałam go mieszać z kremem do twarzy, ale taka opcja okazała się mało skuteczna. Ciężko było połączyć dwa kosmetyki na dłoni. Przeszłam więc do używania kropelek pod krem, jak serum. Producent obiecuje, że opalenizna będzie ultra szybka, ma pojawić się po godzinie. Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby była szybsza niż w przypadku innych samoopalaczy. Standardowo trzeba około 2-3 godzin i wydaje mi się, że tak samo jest w tym przypadku. Efekt nie jest też jakoś wyjątkowo mocny, po użyciu pełnej pipetki rzeczywiście twarz nabiera zdrowego koloru, ale nie jest to jakaś szalenie mocna opalenizna. Używałam go również do ciała, z tym samym rezultatem. Aplikacja na ciało była dużo mniej wygodna, trzeba było oczywiście większej ilości preparatu i trudniej było opanować przeciekanie przez palce podczas wsmarowywania.


Nie jest to produkt zły, ale jednocześnie zupełnie mnie nie zachwycił. Wywiązuje się ze swojego zadania, opala i fajna jest możliwość stopniowania. Szybko się wchłania i nie robi smug. Można go stosować pod ulubiony krem (opcja mieszania z nim niestety nie sprawdziła się w moim przypadku).
Uważam jednak, że jest za drogi, znam wiele tańszych produktów które jeszcze lepiej wywiązują się z zadania. Dodatkowo szklana butelka choć wygląda ładnie, jest bardzo ciężka i jeżeli tak jak ja bywacie niezdarne może przedwcześnie zakończyć żywot na łazienkowych kafelkach ;).
Kropelki powinny spodobać się tym z was, które mają tłustą skórę i nie dogadują się z klasycznymi samoopalaczami mającymi tendencję do wywoływania nadmiernego błyszczenia się buzi. Ten wchłania się rzeczywiście szybko i nie pozostawia żadnego filmu.


piątek, 13 czerwca 2014

Ulubieńcy ostatnich tygodni (miesięcy?)

 Dawno mnie tu nie było, przyznaję się bez bicia że blog został trochę zaniedbany. Niestety czasem tak bywa i  to był jeden z tych razów, gdzie moja działalność tutaj musiała zejść na drugi plan. Oto moi ulubieńcy ostatnich tygodni (a właściwie miesięcy, ulubieńcy kwietnia i maja).

Po pierwsze wszelkiego rodzaju samoopalacze. Upały są równoznaczne ze schowaniem rajstop na dno szafy a to z kolei oznacza świecenie gołymi kończynami i innymi częściami ciała. Aby trochę sobie to świecenie osłodzić i ułatwić ;) wyciągnęłam cały arsenał produktów samoopalających, rozświetlających i maskujących takie niedoskonałości jak siniaki czy zaczerwienienia (błagam, powiedzcie, że nie tylko ja nabijam sobie siniaki z prędkością światła....). Jako codziennego nawilżacza używam w lecie balsamu Dove Summer Glow do ciemnej karnacji. Bardzo go lubię i to od lat. Mocno brązuje, ładnie pachnie (choć potem czuć samoopalaczowy aromat, ale jak już kiedyś pisałam jestem chyba jedyną osobą, która lubi ten zapach) i dobrze nawilża. Żeby jeszcze nieco podrasować moją skórę lubię nałożyć Sally Hansen Airbrush Legs w najciemniejszym odcieniu Tan Glow. Skusiłam się na niego jakiś miesiąc temu, był w promocji za 40zł. To kultowy ulubieniec i nie trudno zrozumieć dlaczego. Faktycznie jest wodoodporny i znacząco poprawia wygląd nóg. Polubiłam też nowość Lirene, fluido-balsamy Body BB. Dwa dostępne kolory mocno się od siebie różnią. Jaśniejszy zmienia kolor z bezbarwnego w "podkładowy" dopiero po rozblendowaniu. Ciemny jest mocno błyszczący i ma zdecydowanie ciepły, lekko pomarańczowy kolor. Działają delikatniej niż spray Sally Hansen, ale to może być również zaletą, są łatwiejsze w aplikacji. Nie są wodoodporne, ale całkiem nieźle się trzymają i nie ścierają się gdy np. założymy nogę na nogę. Taki zestaw zwieńczam jeszcze odrobiną olejku. Tu najlepiej sprawdza się mój stary znajomy Hawiaiian Tropic. Jest rewelacyjny do wszystkiego (ciało, twarz, włosy), ma bardzo dobry skład i pięknie pachnie. Genialnie nawilża a efekt nabłyszczenia i gładkości trwa i trwa. Jeżeli tylko uda wam się go gdzieś spotkać kupcie bez wahania. Szkoda, że Hawaiian Tropic nie są dostępne w Polsce.
Jeżeli chodzi o samoopalacz do twarzy, ostatnio najbardziej odpowiada mi nawilżający krem Yves Rocher typu "summer glow" czyli kolejne połączenie kremu nawilżającego i dha. Ma lekką konsystencję, ale skutecznie nawilża. Efekt brązowienia jest subtelny ale zdecydowanie widoczny. Kiedy go skończę na pewno przetestuję jego starszego brata z większą zawartością samoopalacza. Oba kremy z tej linii mają śliczne tubki.


Przechodząc dalej, moja koleżanka (Nunu :* ) poleciła mi nową odsłonę szamponu Batiste, XXL volume i muszę przyznać że to kolejny hit. Jest 2zł droższe od klasycznego (który, jak pewnie pamiętacie został moim ulubionym suchym szamponem), ale jest zdecydowanie wart swojej ceny. Rzeczywiście łączy w sobie efekt odświeżenia z większą objętością. Troszkę jak puder Taft czy Got2Be w "solniczce" ale mniej obciąża włosy. Zdecydowanie polecam. Nie mogę też nie wspomnieć o ekspresowym zmywaczu z gąbeczką Maybelline. Podchodziłam do niego sceptycznie, zmywacze w słoiczku są wygodne, ale zazwyczaj mało wydajne i niezbyt efektywne. Ten tu to jednak najlepsza zmywaczowa liga. Nie wiem jak to się dzieje, ale faktycznie radzi sobie z każdym, nawet najciemniejszym lakierem w przysłowiową sekundę. Gąbka jest bardzo dobrej jakości (dodatkowo jest czarna, co wygląda o wiele estetyczniej niż w wypadku białej, na której widać mieszankę wszystkich zmywanych kolorów) i mocno nasączona. Jest również sprytnie przycięta co powoduje, że lakiee łatwo zmywa się również w trudniej dostępnych miejscach.  Myślałam, że będzie to kolejny zbędny gadżet a okazał się ulubieńcem. W kategorii lakierów najczęściej nosiłam Sally Hansen Complete Salon Manicure Commander in Chic (mniej fioletowa wersja Essie Merino Cool) i piękny błękit Golden Rose nr 34 z mojej ukochanej serii Rich Color.
Na policzkach standardowo tinty Benefit, tym razem najczęściej sięgałam po Lolitint. Muszę się też pochwalić, zużyłam kolejny pełnowymiarowy flakonik, tym razem Chachatinta. Muszę go odkupić. Jeżeli chodzi o podkład to od prawie dwóch miesięcy niezmiennie używam mieszanki Yves Rocher Pure Light i płynnego rozświetlacza Revlon Skinlights 010 Bare Light (tak, wiem, obiecałam dokładną recenzję i na pewno za jakiś czas się ona pojawi bo rozświetlacz bez wątpienia na nią zasługuje). Zapachy zmieniałam dość często, ale najbardziej wierna byłam Chloe EDP, zużyłam w tym czasie ponad połowę mojego 20ml maluszka.
W kategorii produktów do ust wygrywają błyszczych Sally Hansen Lip Inflation i Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo.

Co znajduje się ostatnio w gronie waszych ulubieńców?

wtorek, 29 kwietnia 2014

Organique Balsam do ust kokosowe ciasteczka


Jakiś czas temu odwiedzając Organique trafiłam na nowość i to nowość w promocji. Nowe balsamy do ust, dwa w cenie jednego. Normalnie kosztują 30zł, w promocji miałam więc jeden za 15zł. Do wyboru były cztery wersje: kokosowa, czekoladowa, pomarańczowa i wiśniowa. Niestety trzech z czterech zapachów nie lubię, wzięłam więc dwa kokosowe (kokosowe rzeczy dla odmiany uwielbiam) i jeden dałam koleżance w prezencie.
Balsam zapakowany jest w wygodną i bardzo ładna aluminiową zakręcaną puszeczkę. Producent obiecuje same naturalne składniki i brak konserwantów.


Rzeczywiście, skład jest bardzo dobry i na pewno ucieszy nawet fanatyczki naturalnych składów. Olej ze słodkich migdałów, oliwa, olej z awokado. Bardzo fajnie. Balsam rzeczywiście dobrze i długotrwale nawilża. Łatwo się aplikuje, jest bezbarwny i delikatnie błyszczący. Nadaje się do stosowania pod kolorowe pomadki. Zapach jest niezwykle apetyczny, rzeczywiście kokosowo-ciasteczkowy. Jedyne co mi się nie podoba to smak, jest niepotrzebnie słodki. Wolę, kiedy produkty do ust nie mają słodkiego smaku.

Balsam nie jest najtańszy, ale zapowiada się na bardzo wydajny. Dodatkowo skład jest na prawdę imponujący. Warto dać mu szansę, myślę że jest godny polecenia. Przyjemnie mi się go używa, włożyłam go do torebki i sięgam po niego często. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

NYX Lipstick Spellbound 644


Skusiłam się i ja na pomadkę NYX. A właściwie nie miałam innego wyjścia jak się skusić. Wybór padł na kolor Spellbound. Testowałam ją pewnego dnia w Douglasie po czym wyszłam z tym różo-malino-neonem na ustach i poszłam szukać butów (jestem przekonana, że tego dnia szukałam butów, pamiętam bo butów kupować nie lubię ). W drodze dostałam trzy komplementy dotyczące jej koloru od zupełnie przypadkowych ludzi. Odwróciłam się więc na pięcie i poszłam kupić tą że pomadkę. Przyznajcie, w tej sytuacji nie było innego wyjścia :).
Wybór kolorów w Polsce jest niestety dość okrojony, ale większość klasycznych odcieni ma w tej gamie swojego przedstawiciela. Spellbound to dość nieokreślony kolor, róż wpadający w czerwień. Intensywny i dobrze napigmentowany. Bardzo przypomina mi lakier Essie Watermelon, to ten sam odcień. Wykończenie jest kremowe, nie mocno błyszczące ale też i nie matowe. Konsystencja miękka i bardzo przyjemna w noszeniu. Łatwo się aplikuje i dość długo pozostaje na ustach. Nie jest to typowo trwała szminka, ale trzyma się przyzwoicie. Nie ma zapachu ani smaku. Opakowanie proste, ale praktyczne, na jednym z końców widoczny jest nie tylko numer ale i kolor co ułatwia odnalezienie konkretnego odcienia jeżeli mamy sporą kolekcję.





Śmiało mogę powiedzieć, że ta szminka jest produktem bardzo dobrej jakości w wyjątkowo przyjaznej cenie (23zł). Formuła przypomina mi Rimmel Lasting Finish, które również bardzo lubię. Zdecydowanie warta polecenia, myślę że zainteresuję się innymi odcieniami.

piątek, 25 kwietnia 2014

Ogromna porcja kolorówkowych nowości, promocyjne łupy i nie tylko






W ciągu ostatnich 2-3 miesięcy skumulowało mi się w kosmetyczce sporo nowości, chciałabym je wam dziś pokazać. Drogerie i perfumerie kuszą promocjami, na prawdę trudno się oprzeć i wyjść z pustymi rękami. Czuję się bezbronna ;). Ostatnio załapałam się na -40% w Hebe i Sephorze oraz -49% w Rossmannie (skąd pochodzą najwcześniejsze bo wczorajsze łupy).

Korzystając z obniżki na podkłady, pudry itp w Rossmannie kupiłam puder Revlon Nearly Naked, czekoladowy bronzer Bourjois oraz rozświetlacz Revlon Photoready Skinlights w kolorze 001 Bare Light. Wcześniej kupiłam ten sam rozświetlacz w kolorze 003 Peach Light z 40% rabatem w Hebe. Skusiłam się również na bazę Rimmel Stay Matte oraz podkład Healthy Mix Serum. Wreszcie pojawił się u nas Benefit Lolli tint, na którego czekałam dobrych kilka miesięcy i nie mogłam go sobie odmówić ;).


-40% w Sephorze na ich własną markę makijażową zaowocowało zkaupem trzech cieni (do których paletkę dostałam gratis) oraz rewelacyjnej bazy do brokatowych cieni. Kupon rabatowy w Naturze zachęcił mnie do zakupi tuszu Catrice Glamour Doll, rozświetlacza pod łuk brwiowy Eyebrow Lifter oraz trzech kredek tejże marki. Dodatkowo w koszyku znalazł się niwy tusz wodoodporny Maybelline Collosal Go Extreme a w Yves Rocher przybłąkała się ciemnozielona kredka. Przeżywam pewnego rodzaju kredkową fascynację, jak widzicie.


Przybyło mi także mnóstwo nowości do przetestowania od Maybelline. Khole i kredki, podkład Super Stay Better Skin i kolejna wersja tuszu Collosal.


Kompletnie nie miałam w swojej kolekcji błyszczyków, postanowiłam to naprawić. Na allegro kupiłam dwa błyszczyki Sally Hansen Lip Inflation (jestem z nich bardzo zadowlona!) oraz L'oreal Glam Shine 6h w kolorze Forever Young. Dodatkowo przybył mi jedne błyszczy Essence i dwa produkty Sephory, niezwykle trwała czerwona pomadka w płynie i błyszczyk dostosowujący się do koloru ust. Dwa ostatnie produkty oczywiście -40%.


Na koniec pędzelki. Zgarnęłam cztery przepiękne pędzle Essence z limitowanej kolekcji. Były bardzo tanie (ceny od 5,90zł do 12,90zł) a do tego są na prawdę bardzo bardzo fajne. Koniecznie kupcie jeżeli uda wam się na nie trafić. Pędzel do pudru jest rozkosznie miękki! Oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok pędzelków Sephora prawie połowę taniej i kupiłam pędzelek do załamania powieki oraz malutki do smokey eyes.

Tyle dobroci :). Jeżeli zależy wam na jakiejś konkretnej recenzji koniecznie dajcie znać. Jakie nowości pojawiły się ostatnio w waszej kosmetyczce?

środa, 23 kwietnia 2014

Bell Tint Lipstick Pomadki trwale barwiące usta


Jak pamiętacie, przepadam za tintami i stainami. Na co dzień jestem dość zabiegana i niekoniecznie mam czas na ciągłe poprawki makijażu ust. Jednocześnie bez pewnej dawki koloru czuję się blado. Tinty są idealny rozwiązaniem ,zazwyczaj są to produkty dużo bardziej bezproblemowe niż klasyczne pomadki i błyszczyki. Są trwałe a w takcie dnia można je łatwo reaplikować lub odświeżyć za pomocą balsamu do ust czy błyszczyka. Są odporne na jedzenie czy mówienie (a to ważne, nie jest żadną tajemnicą, że jestem gadułą ;) ).
 Lubię zarówno te, dające więcej koloru (YSL Glossy Stains, Revlon Kissable Balm Stains) jak i nieco bardziej subtelne (np. Tinty Benefita). Dziś o dwóch (a właściwie trzech) propozycjach z rodzimej półki kosmetycznej: pomadkach Bell Tint Lipsticktrwale barwiących usta.

Mam kolor 02 i 03. Pierwszy to intensywny chłodny róż, drugi chłodna czerwień również zmierzająca na ustach w kierunku różowych tonów. Dostępny jest jeszcze jeden odcień będący subtelniejszą wersją 02. Kosztują około 12zł, zamknięte są w klasycznym szminkowym opakowaniu. W skład kolekcji wchodzą również płynne tinty (nowa, delikatniejsza w kolorze odsłona znanych już płynnych tintów). Opakowanie ozdobione jest logo marki, jeden ozdoba ta ściera się natychmiastowo. Bardzo nie lubię, kiedy napisy tak łatwo się ścierają ale cóż.









Kolory są transparentne, wykończenie bardzo błyszczące. Pomadki są miękkie i bardzo komfortowe w noszeniu. Tak właściwie są to bardziej koloryzujące balsamy niż typowe pomadki. Kolor rzeczywiście pozostaje na ustach dość długo, nawet po tym jak sama szminka już się zje. Dodatkowo można go stopniować, aż do uzyskania całkiem intensywnego zabarwienia (szczególnie w przypadku różu). Bardzo ładnie ożywiają buzię, będą również fajną alternatywą dla tych z was, które nieco nieśmiało podchodzą do koloru na ustach. Generalnie efekt, jaki dają na ustach przypomina mi trochę Smashbox O Gloss czy też inne produkty do ust mające dostosowywać się do koloru ust. Myślę, że wiecie o co mi chodzi.

Bardzo lubię ich używać, ale jednocześnie strasznie się złoszczę za każdym razem, kiedy nakładam je na usta. Konsystencja sztyftu jest bardzo bardzo miękka, co stanowi zarówno zaletę, jak i wadę. Dobrze nawilża i przyjemnie się nosi ale bardzo łatwo je "rozciapciać". Dzieje się to praktycznie natychmiastowo i zanim się obejrzałam skończyłam z czymś takim jak na zdjęciu poniżej:


Bardzo mało estetyczne i jeszcze mniej wygodnie. Forma nie jest chyba do końca dobrze przemyślana, może lepiej byłoby zapakować je do słoiczka?

Mam mieszane uczucia, sięgam po nie dość często ale ze względu na postępującą deformację stają się one coraz mniej wygodne. Lubię efekt, jaki dają ale zdecydowanie nie lubię zamieszania związanego z aplikacją. Mają dość przystępną cenę, opakowanie jest dość sympatyczne, ale napisy na opakowaniu szybko się ścierają.

Nie wiem, czy kupię ponownie. Mam z nimi podobny problem, jak z pomadkami Celia Nude. Są bardzo dobre ale jednocześnie mocno niedopracowane.


 Ps. Czy ktoś wie jak zapanować nad bloggerem samowolnie retuszującym ładowane zdjęcia...irytuje mnie to straszliwie.

piątek, 11 kwietnia 2014

Włosy, zbiorowa i nieco chaotyczna recenzja


Lubię moje włosy. Lubię je i mam wszelkie prawa podejrzewać, że one dość lubią mnie :). Na przestrzeni lat nauczyłam się sobie z nimi radzić, dowiedziałam się co im służy a co mnie. Ostatnio nieco zmieniłam podejście do pielęgnacji, może trochę kontrowersyjnie (ale o tym za chwilę) ale wyszło to mojej fryzurze na zdrowie.
Mam i właściwie zawsze miałam bardzo długie włosy. Nie lubię eksperymentować z fryzurą, zawsze panicznie boję się utraty długości. Krótkie fryzury potrafią pięknie wyglądać na kimś, ale tym kimś nie jestem ja. Długi czas farbowałam je na ciemny, prawie czarny brąz. Ostatnio jednak przechodzę etap doceniania mojego naturalnego koloru, który jest na prawdę całkiem udany. Jasny, ciepły brąz mocno rozjaśniający się na słońcu, nie ma w sobie nic z częstych u nas szarych blondów. Czas to docenić :). Farbowałam szamponami koloryzującymi i sporadycznie henną ale chwilowo swoją przygodę z przyciemnianiem włosów zakończyłam. Moja przygoda z refleksami również powoli odchodzi w zapomnienie.

Testowałam różne podejścia do pielęgnacji. Rezygnowałam z silikonów, zupełnie się to u mnie nie sprawdziło. Bardzo długie i łamliwe włosy są podatne na uszkodzenia mechaniczne, silikony są wiec zbawieniem. Szczególnie, że nie odczuwam żadnych negatywnych skutków z powodu ich używania. SLS na całe szczęście również nie sprawia większych problemów w pielęgnacji skóry głowy. Nie miałam potrzeby odstawiania go.
Przechodziłam moment, kiedy olejowałam włoasy przed każdym myciem. Używałam czystych olejów i mieszanek. Sesa, amla, olej kokosowy i czego dusza zapragnie. Były maski domowej receptury, płukanki. Wszystko.
Wreszcie przeszłam dwukrotnie wzmożone wypadanie włosów spowodowane odstawieniem tabletek.
Po tym wszystkim doszłam do pewnych wniosków. Może to się wydać niektórym z was kontrowersyjne, u wielu na pewno też się nie sprawdzi. Zauważyłam, że moje włosy są w najlepszej kondycji kiedy nie przesadzam w żadną stronę. Olejowanie owszem, ale raz na jakiś czas, tak samo w przypadku domowych masek. Analizowanie składów to dobry pomysł, ale nie radykalnie. Jeżeli coś wyraźnie służy kondycji kudełków, są po tym kosmetyku ładniejsze to nie będę go na siłę odstawiać, nawet jeżeli skład nie będzie oszałamiający. Silikony zdecydowanie mi służą i nie stronię od nich.
Jeżeli chodzi o stylizację przy użyciu ciepła, używam suszarki ale z umiarem. Staram się podsuszyć włosy na wolnym powietrzu, zanim poddam je "obróbce cieplnej". Sporadycznie używam lokówki, tylko na specjalne okazje. Generalnie kieruję się zasadą, że włosy to coś cennego, staram się obchodzić z nimi delikatnie, ale nie popadając w fanatyzm.
Odkąd zaczęłam taj podchodzić do sprawy włosy mniej się plączą, wyglądają ładniej i....nie spędzają mi snu z powiek.

Po tym przydługim wstępie mam dla was zwięzłą zbiorczą recenzję produktów do włosów, których ostatnio używałam. Większość z nich już się skończyła, niedługo przedstawię więc kolejną porcję recenzji.


Dużo dobrego czytałam o "profesjonalnych" szamponach i odżywkach Isana. Postanowiłam wypróbować, w promocji gigantyczne opakowanie 500ml kosztowało niecałe 5zł za sztukę. Niewielka strata w razie niepowodzenia. Wybrałam wersję Volume. Szampon okazał się bardzo dobry. Bardzo przyjemnie pachnie, skutecznie myje a włosy po użyciu są sypkie i miękkie. Odżywka natomiast to zupełnie inna historia. Nie zrobiła z moimi włosami absolutnie nic. Zapach jest dużo mniej przyjemny, nie zauważyłam żadnego odżywienia czy zmiękczenia włosów. Nie ułatwia rozczesywania. Zużyję ją do golenia nóg :), na szczęście była śmiesznie tania.
Kolejnym polecanym produktem, którego dotąd nie używałam jest odżywka Fructis Oleo Repair. Bardzo lubię produkty do włosów Garnier, zawsze są przynajmniej dobre a jest wśród nich kilku moich absolutnych faworytów. Odżywka Oleo Repair należy jednak do pierwszej kategorii, jest ok ale nic specjalnego. Dużo lepiej dogaduję się z inną odżywką w żółtej tubce, Fructis Fruity. Dużo ładniej pachnie i lepiej zmiękcza włosy.
Bardzo polubiłam arganową serię do włosów Avon, postanowiłam przetestować nową wersję z argininą. Szampon i odżywka mają ciekawy, miętowy zapach i przyjemnie chłodzą skórę głowy. Oba są ok, zmiękczają włosy i ułatwiają rozczesywanie, ale nadal wolę niebieską serię arganową.

Do zabezpieczania końcówek używam elixiru Elseve. Podobno występuje teraz w lżejszym plastikowym opakowaniu. Ja mam stare, bardzo ciężkie szklane. Mimo tego, bardzo go lubię. Wygładza i nabłyszcza.


Schwarzkopf to kolejna marka drogeryjna, którą lubię. Lubię szampony, maski i odżywki Syoss, lubię Shaumę, lubię też Got2Be. Zainteresowała mnie nowa seria Essence Ultime. W promocji wybrałam maseczkę Omega Repair do włosów zniszczonych. Zapowiadała się dobrze, lubię intensywne ekspresowe odżywki. Bardzo intensywnie i ładnie pachnie (co zdecydowanie lubię) a zapach długo utrzymuje się na włosach. Niestety poza tym nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Zachowuje się jak średniej jakości zwykła odżywka, nic specjalnego. Biorąc pod uwagę wysoką cenę (w promocji 17zł za słoiczek) nie kupię ponownie. Być może powinnam jednak dać szansę innym produktom z tej linii. Zobaczymy.


Na koniec dwa produkty z kategorii stylizacja. Jedno odkrycie i jeden stary ulubieniec. Przepadam za suchymi szamponami, do tej pory wybierałam te jak najbardziej ekonomiczne. Postanowiłam jednak wypróbować słynny Batiste (korzystając z okazji, że w okolicy otworzyła się nowa drogeria Hebe, w której można Batiste dostać stacjonarnie) i...nie wrócę więcej do innych. Zużyłam dwa pełnowymiarowe i dwa małe opakowania (wreszcie ktoś wpadł w Polsce na pomysł sprzedawania miniaturowych suchych szamponów, należy się za to nagroda Nobla ;) ). Świetnie odświeża włosy, dodaje objętości a efekt trwa zdecydowanie dłużej niż po innych suchych szamponach. Kosztuje 15zł ,ale jest wystarczająco wydajny żeby usprawiedliwić wydanie 5zł więcej niż w przypadku suchego szamponu Isana. Moja ulubiona wersja to panterkowa Wild.
Wreszcie mój jedyny i ukochany lakier do włosów. Nie używam lakieru często, ale Got2Be jest jedynym, który spełnia moje oczekiwania. Skutecznie utrwala nie obciążając, pięknie pachnie malinami. Cena w promocji to około 15zł, do przeżycia, wystarcza mi na długo.


Jak wygląda wasza obecna pielęgnacja włosów, jacy są aktualni ulubieńcy?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Ulubieńcy marca


Najczęściej używane w marcu. Zestawienie tym razem dość skromne, marzec był bardzo pracowity i wypełniony różnymi eksperymentami ( nie tylko kosmetycznymi : ) ). Jest jednak kilka kosmetyków, które przewijały się zdecydowanie częściej niż inne.
Skuszona promocją (29zł za 100ml) kupiłam wreszcie, po latach rozmyślań mgiełkę do twarzy The Body Shop z witaminą E. Używam jej do eliminowania biszkopta na twarzy (określenie to znalazłam w jednej z recenzji na KWC i szczerze mnie rozczuliło, jakie urocze określenie efektu, który daje zbyt duża ilość intensywnie pudrowego wykończenia). Przyjemnie pachnie, nawilża i odświeża. Bardzo fajna rzecz, myślę że sprawdzi się dobrze również w upalne dni. W marcu pachniałam znów Tommy Girl, wiem wiem pisałam o nich już nie raz ale kocham te perfumy ogromną miłością. To mój absolutny hit, dodatkowo bardzo pozytywnie odbierany przez otoczenie.
Dzielnie towarzyszyły mi dwie siostry TheBalm: stara znajoma Mary-Lou i kupiona w tym miesiącu Betty-Lou, która podoba mi się nie tylko jako rozświetlacz ale też jako róż i bronzer. Na paznokciach pastelowe fiolety, dwa z oferty Golden Rose Colour Rich (przepadam za tą serią i mam sporą kolekcję) i Essie Go Ginza. Na koniec dwa produkty Organique, balsam do ciała w wersji afrykańskiej (z koleżankami śmiejemy się, że pachnie genialnie, jak nieistniejący ideał faceta który jest przystojny, inteligentny i bez skazy ;) ). oraz balsam do ust ciasteczko kokosowe. Niepozbawiony wad, ale nadal udany kosmetyk do pielęgnacji ust.

Pod znakiem jakich kosmetyków upłynął wam marzec?

piątek, 4 kwietnia 2014

Sephora Supreme Clensing Oil olejek do demakijażu


Od dawna marzyło mi się wypróbowanie olejków do demakijażu. Koncept brzmi kusząco, szczególnie, że jak wiecie od dawna wierna jestem tuszom wodoodpornym, które do najłatwiejszych w usuwaniu nie należą. Dodatkowo dużo dobrego mówi się o takim demakijażu na zagranicznych blogach i kanałach YT. Niestety oferta dostępna w Polsce jest, mówiąc oględnie, niezbyt powalająca. Zaczęło się od zainteresowania MAC Clense off oil ale...nie, po prostu nie zapłacę 120 zł za produkt do demakijażu. Zapłacę tyle za perfumy, zapłacę za paletę cieni, zapłacić mogłabym za krem do twarzy ale nie za coś co spłynie do kanalizacji po krótkim kontakcie ze skórą. W lutym poruszyłam ten problem na kawie z Kasią i Patrycją i wspomniały one, że Sephora chyba ma w swojej ofercie tego rodzaju produkt. Ponieważ i tak chciałam zajrzeć do Sephory w celu pomacania nowych tintów-atramentów (które tak w ogóle okazały się ogromnym zawodem, ale o tym może innym razem...) poszłam i rzeczywiście znalazłam na półce Supreme Clensing Oil.
Produkt kosztuje 39zł za 190ml. Troszkę sporo, pomyślałam, ale z braku alternatywy postanowiłam jednak wydać tyle i to na dodatek w ciemno. Dusza naukowca eksperymentatora wygrała ;).

Olejek nakłada się na suchą twarz, następnie rozmasowuje w celu rozpuszczenia makijażu. Można go stosować również do demakijażu oczu. Przyjemnie, słodko i delikatnie pachnie a składowo prezentuje się następująco:


Nie najgorzej, są tu jeszcze inne rzeczy oprócz ciekłej parafiny. Kiedy już uznamy, że makijaż jest dostatecznie rozpuszczony (przy mocny makijażu twarzy i oczu używam maksymalnie trzech pompek, przy lżejszym nawet jedna wystarcza) dodajemy wody, olejek zmienia się w emulsję która jeszcze chwilę masujemy buzię. Potem mamy dwie opcje, pierwsza jest taka że myjemy twarz żelem i przecieramy tonikiem (ewentualne pozostałości krnąbrnego tuszu można zmyć jeszcze płynem do demakijażu) i przystępujemy do dalszych etapów pielęgnacyjnych. Druga opcja, na leniwca, którą praktykuję kiedy wracam wyjątkowo późno i wyjątkowo zmęczona jest taka, że po prostu zmywam olejek wodą i nakładam krem. Muszę powiedzieć, że również druga opcja sprawdza się dobrze i nie niesie ze sobą żadnych niepożądanych efektów na mojej twarzy.
Olejek po dokładnym zmyciu wodą nie pozostawia tłustej warstwy a jedynie nawilżający film, nie widzę świata za mgiełką. Skóra jest przyjemna w dotyku. Na co dzień zmywam resztki makijażu i tegoż olejku żelem do mycia twarzy, ale sporadycznie w sytuacjach awaryjnych sprawdza się również bez pomocy żelu.
Z demakijażem radzi sobie bardzo dobrze, choć oczywiście zależy to od makijażu, jaki mam na sobie, szczególnie od tuszu (L'oreal Wings wymaga więcej wysiłku i pomocy płynu dwufazowego, ale ten tusz generalnie jest bardzo oporny w zmywaniu).
Dużym atutem olejku jest wygodne opakowanie i wydajność. Używam go codziennie od (jeżeli dobrze pamiętam) początku lutego, 1-3 pompki a nadal jest go ponad połowa. Dodatkowo drastycznie zmniejszył zużycie płynu do demakijażu oczu, wacików i płynu micelarnego co zdecydowanie należy poczytywać mu za dodatkowy plus. W świetle tego 39zł to rozsądna cena, szczególnie że można go upolować w promocji na zapas.

Nie jest to jeszcze 100% ideał, ale zbliża się w te rejony. Ułatwił mi demakijaż i jest tym elementem wieczornego demakijażowego rytuału, który na prawdę lubię. Jest coś relaksującego w masowaniu buzi, która po rozpuszczeniu tuszu i całego mejkapu wygląda komicznie ;).
Ostatnio widziałam podobny produkt w ofercie The Body Shop, w promocji za 39zł i kiedy skończę z Sephorowym zamierzam dać mu szansę. Dodatkowo z niecierpliwością czekam aż drogeryjne marki wprowadzą coś podobnego w przystępniejszej cenie. Wiem, że na BU można kupić olejki myjące ale tym akurat nie ufam, nie jestem zwolenniczką samodzielnego kręcenia kosmetyków i rzeczy o zbyt prostych składach, zazwyczaj się u mnie nie sprawdzają.

Używałyście może olejków do demakijażu? Kuszą was takie produkty, czy raczej myślicie, że to nie do końca dla was?

sobota, 22 marca 2014

Tour de Alex, czeluści mojej komódki kosmetycznej


Witam! Jesteście wścibskie? Bardo dobrze, że tak bo ja też :). Dzisiaj zabiorę was w podróż po dziewięciu szufladach mojej ikeowskiej komódki Alex. W programie zwiedzania moja kolekcja kosmetyków kolorowych a także kilka innych rzeczy. Wcześniej zbiory mieszkały w czteroszufladowej komódce, która niestety po dwóch latach zaczęła się rozpadać. Z przeprowadzki do Alexa jestem bardzo zadowolona. Wygląda prosto i estetycznie, pasuje do mojego biurka (aka również bardzo popularnej toaletki Malm, która w tym celu mi służy). W szerz zajmuje tyle samo miejsca ale dzięki temu, że jest znacząco wyższy jest w nim znacznie więcej miejsca. Ba, jest tego miejsca nawet więcej niż potrzebuję i na dobrą sprawę w razie czego mogą zawartość niektórych szuflad skompresować i przechowywać więcej skarbów. Nie jestem jeszcze stuprocentowo zadowolona z aktualnego układu wewnątrz, ale wszystko jest na dobrej drodze. Kiedy znajdę idealne koszyczki do przechowywania w szufladach zbliżę się do idealnego wykorzystania przestrzeni.  Zapnijcie pasy, przygotujcie przekąski ;). Zaczynamy.


Na samym wierzchu mieszkają akcesoria codziennego użytku. Niesamowicie brudne lusterko, przy którym się maluje (a w którym odbija się jak widzicie moja szafa znajdująca się naprzeciwko), kubeczek z pędzlami i flakonik perfum, których w konkretnej chwili używam. Dodatkowo stoi tu również talerzyk, na który odkładam zegarek i dwa pierścionki, które noszę codziennie. Czasami pomieszkują tu również pojedyncze lakiery do paznokci.


Szuflada nr 1, produkty do ust. Od balsamów, przez konturówki, tinty, błyszczyki aż do szminek. Chyba jest to moja ulubiona szuflada.


Następnie kolejne oczko w głowie, wszystkie cienie pojedyncze, paletki i bazy pod cienie.


Trzecia szuflada mieści podkłady, bb kremy, korektory, pudry, bazy, róże, rozświetlacze, bronzery i kilka innych drobiazgów. Z tyłu trzymam podróżny komplet pędzli Sigma, puste paletki i różnego rodzaju etui przydatne podczas wyjazdów. Ciekawostka, mam właściwie tylko dwa róże do policzków :D (nie liczę tu wielofunkcyjnych tintów) a w praktyce używam jednego.


Kolejna szuflada jest właściwie bezcelowym bytem. Są tu mokre chusteczki oraz kilka drobiazgów, których nie używam i czekają na lepsze czasy lub oddanie koleżankom. Czasami trafiają tu też nowości, które chcę pilnie przetestować lub resztki produktów o których zużyciu chcę pamiętać.


Ostatnia makijażowa wąska szuflada mieści tusze do rzęs, kredki, eyelinery, pęsety i zapasowe pędzle.


Poniżej pierwsza z dużych szuflad, trzymam tu kosmetyki czekające na testy. Znajdują się tu również próbki i miniaturki, które zabieram podróżując czy nocując poza domem.


Przystanek manicure i pedicure. Wszelkie narzędzia, zmywacze, odżywki, lakiery nawierzchniowe.


W przedostatniej szufladzie znajdują się rzeczy do włosów. Szczotka, suchy szampon, nieliczne kosmetyki do stylizacji. Do tego olejki, serum do końcówek, gumki i spinki do ujarzmienia niesfornej grzywy.


Ostatnia szuflada jest mało reprezentacyjna. Trzymam tu kosmetyczki i puste pudełka potrzebne przy pisaniu recenzji. Cóż, chyba w każdym domu musi być taka chaotyczna i niezbyt elegancka szuflada ;).


Uff. Koniec. Oto mój Alex. Pielęgnacja twarzy, żele, szampony, maseczki mieszkają w łazience. Lakiery do paznokci po staremu na stojaczku z Tkmaxxa a perfumy w szafie, gdzie mają ciszę, spokój i zacienienie.

Gdzie trzymacie swoje skarby?

niedziela, 16 marca 2014

Ulubieńcy stycznia i lutego


Bardzo proszę, moje karygodne spóźnienie pomińmy milczeniem. Przejdźmy gładko do skomasowanego zestawienia moich ulubieńców dwóch poprzednich miesięcy.

Po dłuższej passie używania jedynie korektora i pudru wróciłam znów do odrobiny podkładu. W roli ulubieńca występuje to mój KWC, przysięgam najlepszy podkład pod słońcem- Bourjois 10 hours sleep effect. Idealne wykończenie, odpowiedni poziom krycia, piękny zapach. Lubiłam go w liceum, na studiach, uwielbiam nadal. Wreszcie znalazłam dobry korektor pod oczy, po kilku nieudanych próbach kupiłam polecany na Wizażu Eveline Art Scenic. Eveline zdecydowanie staje się jedną z ulubionych firm, większość rzeczy, jakie testowałam bardzo dobrze się sprawdziło. Ponieważ jest to korektor pod oczy, wybrałam najjaśniejszy odcień. Ładnie rozświetla, nie zbiera się w załamaniach i dobrze kryje (nadaje się nawet do zatuszowania niedoskonałości). W ostatniej promocji -40% kupiłam puder Bourjois Healthy Balance, jestem z niego bardzo bardzo zadowolona. Daje półmatowe, lekkie wykończenie i rozkosznie pachnie. Zachęcona pochlebnymi opiniami na Youtubie kupiłam tusz L'oreal False Lash Wings w wersji wodoodpornej. Tusze L'oreal nie są moimi ulubionymi, ale ten zdał egzamin. Szczoteczka, choć dziwna, okazała się wygodna. Bardzo dobrze rozczesuje i podkręca. Nie jest to absolutny ulubieniec, ale myślę, że jest wart przetestowania. Nie podoba mi się tylko cena, nawet w promocji kosztował 41zł, co przy Eveline Big Lash (około 17zł) czy tuszach Maybelline jest ceną nieco zbyt wysoką. Kolejnym świetnym produktem Eveline jest Sos Lash Booster w wersji arganowej. Miałam kilkakrotnie wersję biało-zieloną i bardzo lubiłam, ale ta jest jeszcze lepsza. Świetna baza pod tusz, bardzo wydłuża rzęsy. Nie mam problemu z pokryciem jej tuszem. Jedynym mankamentem jest fakt, iż niestety prostuje podkręcone zalotką rzęsy, ale to raczej problem moich rzęs niż produktu samego w sobie (zazwyczaj tak się zachowują przy tuszu o niewodoodpornej, mokrej formule). Na ustach najczęściej gościł cudowny elixir L'oreal Color Riche w kolorze Fushia Drama oraz pomadki Light Tint Bell w kolorze 02 i 03. Bardzo je polubiłam i muszę chyba napisać na ten temat ciut więcej. W kategorii pędzel/narzędzie mam nieco idiotycznego ulubieńca. Od dawna szukam idealnego pędzla do rozświetlacza. Okazało się, że najlepszym, jaki do tej pory znalazłam jest ten ,który był dołączony do Hervany Benafita. Muszę upolować coś podobnego ale z długą rączką. Jakieś sugestie?
Moja perfumowa obsesja jest winą mojej przyjaciółki Asi, (Szugar :*). Na początku stycznia dosłownie przyssałam się do Kim Kardashian EDP. Piękny, piękny zapach. Idealny dla fanek białych kwiatów, tego typu ciężkich klimatów. Prawdziwy zbieracz komplementów.
A teraz prawdziwy gwóźdź programu, paleta TheBalm Meet the Matt(e) Nude. Kocham i uwielbiam. Wszystko od opakowania poczynając, przez konsystencję po kolory. Idealne maty, mam tu nawet dwa kolory nadające się do brwi. Ukoronowaniem całości jest wielkie lusterko. Ta paletka to must-have, jeżeli tylko używacie matów. Nawet od czasu do czasu. Będzie recenzja, zdecydowanie!


Znów miałam dziwną ochotę na mlecznoróżowe lakiery. Głownie skrzypce grały Essie Muchi Muchi i  Limo Scene. 


Ostatni mój ulubieniec to reorganizacja systemu przechowywania kosmetyków. Zostałam oficjalnie typową blogerką urodową i kupiłam w Ikei Alexa z dziewięcioma szufladami. Jestem bardzo bardzo zadowolona, jest bardzo funkcjonalny i stylistycznie świetnie wpisuje się w przestrzeń.

Jak tam wasi ulubieńcy w pierwszych miesiącach 2014? Coś nowego i ekscytującego czy raczej powrót do kosmetycznych korzeni?

niedziela, 2 marca 2014

L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust

Muszę, muszę, muszę mieć je wszystkie…i wcale nie chodzi tu o Pokemony ;). Uwielbiam produkty do ust i mam wewnętrzny przymus testowania wszelkich nowości. Szczególnie, kiedy dotyczy to produktów obiecujących trwałość i komfort noszenia. Pamiętacie pewnie, że ubóstwiam poprzednie dziecko L'oreala, Caresse Shine będące bliźniakiem YSL Glossy Stain. Od czasu zrecenzowania ich na blogu moja kolekcja powiększyła się i jest to produkt, bez którego (obok Revlon Kissable Balm Stain) nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pomimo chęci ograniczenia mojego rozpasania w dziedzinie kupowania produktów do ust, skusiłam się na nowość, L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust (cóż za niewygodna do pisania i cytowania nazwa). Wybór kolorów nie jest oszałamiający, ale te z odcieni, które trafiły u nas do sprzedaży są bardzo ładne i nie mogłam się zdecydować. Jest sporo róży, korali, ale są też nudziaki i intensywna czerwień. W końcu wybór padł na żywą fuksję z niebieskim shimmerem 401 Fuchsia Drama. Załapałam się na promocję, w Superpharmie zapłaciłam niecałe 39zł, cena regularna jest dość wysoka, około 53zł.
Producent obiecuje, że jest to innowacyjna hybryda (uwielbiam to słowo!) błyszczyka i szminki. Formuła ma być oparta na olejkach, i powodować, że ów produkt jest szminką-eliksirem i zapewnia zarówno kolor i połysk, jak i pielęgnację. Zamknięty jest w eleganckim, złotym opakowaniu. Opakowanie jest na prawdę bardzo ładne, ale dodatkowo umożliwia szybką identyfikację koloru dzięki "okienku" z boku i kolorowej naklejce. Aplikator ma nieco kosmiczny kształt, jest miękki i wygodny.
Jednym słowem rzekomo mamy do czynienia z cudem myśli kosmetycznej ;). Prawda to?




PRAWDA! Eliksir ten (jak tu się do niego mniej szumnie odnosić?) jest rewelacyjny. Będą pieśni pochwalne. Bajecznie prosta i przyjemna aplikacja, konsystencja, nie chciałabym tak tego określić ale inaczej nie umiem, nie do opisania. Maślana i niesamowicie przyjemna na ustach. Świetny kolor, rewelacyjna pigmentacja. Usta wyglądają jak polakierowana tafla. Jest bezproblemowy i bardzo przyjemny w noszeniu. Trwałość nie jest może tak imponująca, jak w przypadku stainów (ale fakt faktem nikt tego nie obiecywał) ale trzyma się na prawdę bardzo dobrze szczególnie biorąc pod uwagę wykończenie i komfort noszenia. Kiedy zje się błyszcząca warstwa, na ostach zostaje kolor, ale podejrzewam że jest to kwestia konkretnego koloru, który wybrałam i nudziaki niekoniecznie będą zachowywać się tak samo. Pięknie pachnie, brzoskwiniami.



Jestem zachwycona, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Nawet wybór kolorów jest tym razem trafiony. Wolałabym ,żeby był tańszy ale zawsze można upolować w promocji i śmiem twierdzić, że jest wart grzechu nawet w regularnej cenie.
Wczoraj dostałam w spadku 600 Nude Ballet, brzoskwiniowego nudziaka, który również zapowiada się przepysznie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...