piątek, 11 kwietnia 2014

Włosy, zbiorowa i nieco chaotyczna recenzja


Lubię moje włosy. Lubię je i mam wszelkie prawa podejrzewać, że one dość lubią mnie :). Na przestrzeni lat nauczyłam się sobie z nimi radzić, dowiedziałam się co im służy a co mnie. Ostatnio nieco zmieniłam podejście do pielęgnacji, może trochę kontrowersyjnie (ale o tym za chwilę) ale wyszło to mojej fryzurze na zdrowie.
Mam i właściwie zawsze miałam bardzo długie włosy. Nie lubię eksperymentować z fryzurą, zawsze panicznie boję się utraty długości. Krótkie fryzury potrafią pięknie wyglądać na kimś, ale tym kimś nie jestem ja. Długi czas farbowałam je na ciemny, prawie czarny brąz. Ostatnio jednak przechodzę etap doceniania mojego naturalnego koloru, który jest na prawdę całkiem udany. Jasny, ciepły brąz mocno rozjaśniający się na słońcu, nie ma w sobie nic z częstych u nas szarych blondów. Czas to docenić :). Farbowałam szamponami koloryzującymi i sporadycznie henną ale chwilowo swoją przygodę z przyciemnianiem włosów zakończyłam. Moja przygoda z refleksami również powoli odchodzi w zapomnienie.

Testowałam różne podejścia do pielęgnacji. Rezygnowałam z silikonów, zupełnie się to u mnie nie sprawdziło. Bardzo długie i łamliwe włosy są podatne na uszkodzenia mechaniczne, silikony są wiec zbawieniem. Szczególnie, że nie odczuwam żadnych negatywnych skutków z powodu ich używania. SLS na całe szczęście również nie sprawia większych problemów w pielęgnacji skóry głowy. Nie miałam potrzeby odstawiania go.
Przechodziłam moment, kiedy olejowałam włoasy przed każdym myciem. Używałam czystych olejów i mieszanek. Sesa, amla, olej kokosowy i czego dusza zapragnie. Były maski domowej receptury, płukanki. Wszystko.
Wreszcie przeszłam dwukrotnie wzmożone wypadanie włosów spowodowane odstawieniem tabletek.
Po tym wszystkim doszłam do pewnych wniosków. Może to się wydać niektórym z was kontrowersyjne, u wielu na pewno też się nie sprawdzi. Zauważyłam, że moje włosy są w najlepszej kondycji kiedy nie przesadzam w żadną stronę. Olejowanie owszem, ale raz na jakiś czas, tak samo w przypadku domowych masek. Analizowanie składów to dobry pomysł, ale nie radykalnie. Jeżeli coś wyraźnie służy kondycji kudełków, są po tym kosmetyku ładniejsze to nie będę go na siłę odstawiać, nawet jeżeli skład nie będzie oszałamiający. Silikony zdecydowanie mi służą i nie stronię od nich.
Jeżeli chodzi o stylizację przy użyciu ciepła, używam suszarki ale z umiarem. Staram się podsuszyć włosy na wolnym powietrzu, zanim poddam je "obróbce cieplnej". Sporadycznie używam lokówki, tylko na specjalne okazje. Generalnie kieruję się zasadą, że włosy to coś cennego, staram się obchodzić z nimi delikatnie, ale nie popadając w fanatyzm.
Odkąd zaczęłam taj podchodzić do sprawy włosy mniej się plączą, wyglądają ładniej i....nie spędzają mi snu z powiek.

Po tym przydługim wstępie mam dla was zwięzłą zbiorczą recenzję produktów do włosów, których ostatnio używałam. Większość z nich już się skończyła, niedługo przedstawię więc kolejną porcję recenzji.


Dużo dobrego czytałam o "profesjonalnych" szamponach i odżywkach Isana. Postanowiłam wypróbować, w promocji gigantyczne opakowanie 500ml kosztowało niecałe 5zł za sztukę. Niewielka strata w razie niepowodzenia. Wybrałam wersję Volume. Szampon okazał się bardzo dobry. Bardzo przyjemnie pachnie, skutecznie myje a włosy po użyciu są sypkie i miękkie. Odżywka natomiast to zupełnie inna historia. Nie zrobiła z moimi włosami absolutnie nic. Zapach jest dużo mniej przyjemny, nie zauważyłam żadnego odżywienia czy zmiękczenia włosów. Nie ułatwia rozczesywania. Zużyję ją do golenia nóg :), na szczęście była śmiesznie tania.
Kolejnym polecanym produktem, którego dotąd nie używałam jest odżywka Fructis Oleo Repair. Bardzo lubię produkty do włosów Garnier, zawsze są przynajmniej dobre a jest wśród nich kilku moich absolutnych faworytów. Odżywka Oleo Repair należy jednak do pierwszej kategorii, jest ok ale nic specjalnego. Dużo lepiej dogaduję się z inną odżywką w żółtej tubce, Fructis Fruity. Dużo ładniej pachnie i lepiej zmiękcza włosy.
Bardzo polubiłam arganową serię do włosów Avon, postanowiłam przetestować nową wersję z argininą. Szampon i odżywka mają ciekawy, miętowy zapach i przyjemnie chłodzą skórę głowy. Oba są ok, zmiękczają włosy i ułatwiają rozczesywanie, ale nadal wolę niebieską serię arganową.

Do zabezpieczania końcówek używam elixiru Elseve. Podobno występuje teraz w lżejszym plastikowym opakowaniu. Ja mam stare, bardzo ciężkie szklane. Mimo tego, bardzo go lubię. Wygładza i nabłyszcza.


Schwarzkopf to kolejna marka drogeryjna, którą lubię. Lubię szampony, maski i odżywki Syoss, lubię Shaumę, lubię też Got2Be. Zainteresowała mnie nowa seria Essence Ultime. W promocji wybrałam maseczkę Omega Repair do włosów zniszczonych. Zapowiadała się dobrze, lubię intensywne ekspresowe odżywki. Bardzo intensywnie i ładnie pachnie (co zdecydowanie lubię) a zapach długo utrzymuje się na włosach. Niestety poza tym nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Zachowuje się jak średniej jakości zwykła odżywka, nic specjalnego. Biorąc pod uwagę wysoką cenę (w promocji 17zł za słoiczek) nie kupię ponownie. Być może powinnam jednak dać szansę innym produktom z tej linii. Zobaczymy.


Na koniec dwa produkty z kategorii stylizacja. Jedno odkrycie i jeden stary ulubieniec. Przepadam za suchymi szamponami, do tej pory wybierałam te jak najbardziej ekonomiczne. Postanowiłam jednak wypróbować słynny Batiste (korzystając z okazji, że w okolicy otworzyła się nowa drogeria Hebe, w której można Batiste dostać stacjonarnie) i...nie wrócę więcej do innych. Zużyłam dwa pełnowymiarowe i dwa małe opakowania (wreszcie ktoś wpadł w Polsce na pomysł sprzedawania miniaturowych suchych szamponów, należy się za to nagroda Nobla ;) ). Świetnie odświeża włosy, dodaje objętości a efekt trwa zdecydowanie dłużej niż po innych suchych szamponach. Kosztuje 15zł ,ale jest wystarczająco wydajny żeby usprawiedliwić wydanie 5zł więcej niż w przypadku suchego szamponu Isana. Moja ulubiona wersja to panterkowa Wild.
Wreszcie mój jedyny i ukochany lakier do włosów. Nie używam lakieru często, ale Got2Be jest jedynym, który spełnia moje oczekiwania. Skutecznie utrwala nie obciążając, pięknie pachnie malinami. Cena w promocji to około 15zł, do przeżycia, wystarcza mi na długo.


Jak wygląda wasza obecna pielęgnacja włosów, jacy są aktualni ulubieńcy?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Ulubieńcy marca


Najczęściej używane w marcu. Zestawienie tym razem dość skromne, marzec był bardzo pracowity i wypełniony różnymi eksperymentami ( nie tylko kosmetycznymi : ) ). Jest jednak kilka kosmetyków, które przewijały się zdecydowanie częściej niż inne.
Skuszona promocją (29zł za 100ml) kupiłam wreszcie, po latach rozmyślań mgiełkę do twarzy The Body Shop z witaminą E. Używam jej do eliminowania biszkopta na twarzy (określenie to znalazłam w jednej z recenzji na KWC i szczerze mnie rozczuliło, jakie urocze określenie efektu, który daje zbyt duża ilość intensywnie pudrowego wykończenia). Przyjemnie pachnie, nawilża i odświeża. Bardzo fajna rzecz, myślę że sprawdzi się dobrze również w upalne dni. W marcu pachniałam znów Tommy Girl, wiem wiem pisałam o nich już nie raz ale kocham te perfumy ogromną miłością. To mój absolutny hit, dodatkowo bardzo pozytywnie odbierany przez otoczenie.
Dzielnie towarzyszyły mi dwie siostry TheBalm: stara znajoma Mary-Lou i kupiona w tym miesiącu Betty-Lou, która podoba mi się nie tylko jako rozświetlacz ale też jako róż i bronzer. Na paznokciach pastelowe fiolety, dwa z oferty Golden Rose Colour Rich (przepadam za tą serią i mam sporą kolekcję) i Essie Go Ginza. Na koniec dwa produkty Organique, balsam do ciała w wersji afrykańskiej (z koleżankami śmiejemy się, że pachnie genialnie, jak nieistniejący ideał faceta który jest przystojny, inteligentny i bez skazy ;) ). oraz balsam do ust ciasteczko kokosowe. Niepozbawiony wad, ale nadal udany kosmetyk do pielęgnacji ust.

Pod znakiem jakich kosmetyków upłynął wam marzec?

piątek, 4 kwietnia 2014

Sephora Supreme Clensing Oil olejek do demakijażu


Od dawna marzyło mi się wypróbowanie olejków do demakijażu. Koncept brzmi kusząco, szczególnie, że jak wiecie od dawna wierna jestem tuszom wodoodpornym, które do najłatwiejszych w usuwaniu nie należą. Dodatkowo dużo dobrego mówi się o takim demakijażu na zagranicznych blogach i kanałach YT. Niestety oferta dostępna w Polsce jest, mówiąc oględnie, niezbyt powalająca. Zaczęło się od zainteresowania MAC Clense off oil ale...nie, po prostu nie zapłacę 120 zł za produkt do demakijażu. Zapłacę tyle za perfumy, zapłacę za paletę cieni, zapłacić mogłabym za krem do twarzy ale nie za coś co spłynie do kanalizacji po krótkim kontakcie ze skórą. W lutym poruszyłam ten problem na kawie z Kasią i Patrycją i wspomniały one, że Sephora chyba ma w swojej ofercie tego rodzaju produkt. Ponieważ i tak chciałam zajrzeć do Sephory w celu pomacania nowych tintów-atramentów (które tak w ogóle okazały się ogromnym zawodem, ale o tym może innym razem...) poszłam i rzeczywiście znalazłam na półce Supreme Clensing Oil.
Produkt kosztuje 39zł za 190ml. Troszkę sporo, pomyślałam, ale z braku alternatywy postanowiłam jednak wydać tyle i to na dodatek w ciemno. Dusza naukowca eksperymentatora wygrała ;).

Olejek nakłada się na suchą twarz, następnie rozmasowuje w celu rozpuszczenia makijażu. Można go stosować również do demakijażu oczu. Przyjemnie, słodko i delikatnie pachnie a składowo prezentuje się następująco:


Nie najgorzej, są tu jeszcze inne rzeczy oprócz ciekłej parafiny. Kiedy już uznamy, że makijaż jest dostatecznie rozpuszczony (przy mocny makijażu twarzy i oczu używam maksymalnie trzech pompek, przy lżejszym nawet jedna wystarcza) dodajemy wody, olejek zmienia się w emulsję która jeszcze chwilę masujemy buzię. Potem mamy dwie opcje, pierwsza jest taka że myjemy twarz żelem i przecieramy tonikiem (ewentualne pozostałości krnąbrnego tuszu można zmyć jeszcze płynem do demakijażu) i przystępujemy do dalszych etapów pielęgnacyjnych. Druga opcja, na leniwca, którą praktykuję kiedy wracam wyjątkowo późno i wyjątkowo zmęczona jest taka, że po prostu zmywam olejek wodą i nakładam krem. Muszę powiedzieć, że również druga opcja sprawdza się dobrze i nie niesie ze sobą żadnych niepożądanych efektów na mojej twarzy.
Olejek po dokładnym zmyciu wodą nie pozostawia tłustej warstwy a jedynie nawilżający film, nie widzę świata za mgiełką. Skóra jest przyjemna w dotyku. Na co dzień zmywam resztki makijażu i tegoż olejku żelem do mycia twarzy, ale sporadycznie w sytuacjach awaryjnych sprawdza się również bez pomocy żelu.
Z demakijażem radzi sobie bardzo dobrze, choć oczywiście zależy to od makijażu, jaki mam na sobie, szczególnie od tuszu (L'oreal Wings wymaga więcej wysiłku i pomocy płynu dwufazowego, ale ten tusz generalnie jest bardzo oporny w zmywaniu).
Dużym atutem olejku jest wygodne opakowanie i wydajność. Używam go codziennie od (jeżeli dobrze pamiętam) początku lutego, 1-3 pompki a nadal jest go ponad połowa. Dodatkowo drastycznie zmniejszył zużycie płynu do demakijażu oczu, wacików i płynu micelarnego co zdecydowanie należy poczytywać mu za dodatkowy plus. W świetle tego 39zł to rozsądna cena, szczególnie że można go upolować w promocji na zapas.

Nie jest to jeszcze 100% ideał, ale zbliża się w te rejony. Ułatwił mi demakijaż i jest tym elementem wieczornego demakijażowego rytuału, który na prawdę lubię. Jest coś relaksującego w masowaniu buzi, która po rozpuszczeniu tuszu i całego mejkapu wygląda komicznie ;).
Ostatnio widziałam podobny produkt w ofercie The Body Shop, w promocji za 39zł i kiedy skończę z Sephorowym zamierzam dać mu szansę. Dodatkowo z niecierpliwością czekam aż drogeryjne marki wprowadzą coś podobnego w przystępniejszej cenie. Wiem, że na BU można kupić olejki myjące ale tym akurat nie ufam, nie jestem zwolenniczką samodzielnego kręcenia kosmetyków i rzeczy o zbyt prostych składach, zazwyczaj się u mnie nie sprawdzają.

Używałyście może olejków do demakijażu? Kuszą was takie produkty, czy raczej myślicie, że to nie do końca dla was?

sobota, 22 marca 2014

Tour de Alex, czeluści mojej komódki kosmetycznej


Witam! Jesteście wścibskie? Bardo dobrze, że tak bo ja też :). Dzisiaj zabiorę was w podróż po dziewięciu szufladach mojej ikeowskiej komódki Alex. W programie zwiedzania moja kolekcja kosmetyków kolorowych a także kilka innych rzeczy. Wcześniej zbiory mieszkały w czteroszufladowej komódce, która niestety po dwóch latach zaczęła się rozpadać. Z przeprowadzki do Alexa jestem bardzo zadowolona. Wygląda prosto i estetycznie, pasuje do mojego biurka (aka również bardzo popularnej toaletki Malm, która w tym celu mi służy). W szerz zajmuje tyle samo miejsca ale dzięki temu, że jest znacząco wyższy jest w nim znacznie więcej miejsca. Ba, jest tego miejsca nawet więcej niż potrzebuję i na dobrą sprawę w razie czego mogą zawartość niektórych szuflad skompresować i przechowywać więcej skarbów. Nie jestem jeszcze stuprocentowo zadowolona z aktualnego układu wewnątrz, ale wszystko jest na dobrej drodze. Kiedy znajdę idealne koszyczki do przechowywania w szufladach zbliżę się do idealnego wykorzystania przestrzeni.  Zapnijcie pasy, przygotujcie przekąski ;). Zaczynamy.


Na samym wierzchu mieszkają akcesoria codziennego użytku. Niesamowicie brudne lusterko, przy którym się maluje (a w którym odbija się jak widzicie moja szafa znajdująca się naprzeciwko), kubeczek z pędzlami i flakonik perfum, których w konkretnej chwili używam. Dodatkowo stoi tu również talerzyk, na który odkładam zegarek i dwa pierścionki, które noszę codziennie. Czasami pomieszkują tu również pojedyncze lakiery do paznokci.


Szuflada nr 1, produkty do ust. Od balsamów, przez konturówki, tinty, błyszczyki aż do szminek. Chyba jest to moja ulubiona szuflada.


Następnie kolejne oczko w głowie, wszystkie cienie pojedyncze, paletki i bazy pod cienie.


Trzecia szuflada mieści podkłady, bb kremy, korektory, pudry, bazy, róże, rozświetlacze, bronzery i kilka innych drobiazgów. Z tyłu trzymam podróżny komplet pędzli Sigma, puste paletki i różnego rodzaju etui przydatne podczas wyjazdów. Ciekawostka, mam właściwie tylko dwa róże do policzków :D (nie liczę tu wielofunkcyjnych tintów) a w praktyce używam jednego.


Kolejna szuflada jest właściwie bezcelowym bytem. Są tu mokre chusteczki oraz kilka drobiazgów, których nie używam i czekają na lepsze czasy lub oddanie koleżankom. Czasami trafiają tu też nowości, które chcę pilnie przetestować lub resztki produktów o których zużyciu chcę pamiętać.


Ostatnia makijażowa wąska szuflada mieści tusze do rzęs, kredki, eyelinery, pęsety i zapasowe pędzle.


Poniżej pierwsza z dużych szuflad, trzymam tu kosmetyki czekające na testy. Znajdują się tu również próbki i miniaturki, które zabieram podróżując czy nocując poza domem.


Przystanek manicure i pedicure. Wszelkie narzędzia, zmywacze, odżywki, lakiery nawierzchniowe.


W przedostatniej szufladzie znajdują się rzeczy do włosów. Szczotka, suchy szampon, nieliczne kosmetyki do stylizacji. Do tego olejki, serum do końcówek, gumki i spinki do ujarzmienia niesfornej grzywy.


Ostatnia szuflada jest mało reprezentacyjna. Trzymam tu kosmetyczki i puste pudełka potrzebne przy pisaniu recenzji. Cóż, chyba w każdym domu musi być taka chaotyczna i niezbyt elegancka szuflada ;).


Uff. Koniec. Oto mój Alex. Pielęgnacja twarzy, żele, szampony, maseczki mieszkają w łazience. Lakiery do paznokci po staremu na stojaczku z Tkmaxxa a perfumy w szafie, gdzie mają ciszę, spokój i zacienienie.

Gdzie trzymacie swoje skarby?

niedziela, 16 marca 2014

Ulubieńcy stycznia i lutego


Bardzo proszę, moje karygodne spóźnienie pomińmy milczeniem. Przejdźmy gładko do skomasowanego zestawienia moich ulubieńców dwóch poprzednich miesięcy.

Po dłuższej passie używania jedynie korektora i pudru wróciłam znów do odrobiny podkładu. W roli ulubieńca występuje to mój KWC, przysięgam najlepszy podkład pod słońcem- Bourjois 10 hours sleep effect. Idealne wykończenie, odpowiedni poziom krycia, piękny zapach. Lubiłam go w liceum, na studiach, uwielbiam nadal. Wreszcie znalazłam dobry korektor pod oczy, po kilku nieudanych próbach kupiłam polecany na Wizażu Eveline Art Scenic. Eveline zdecydowanie staje się jedną z ulubionych firm, większość rzeczy, jakie testowałam bardzo dobrze się sprawdziło. Ponieważ jest to korektor pod oczy, wybrałam najjaśniejszy odcień. Ładnie rozświetla, nie zbiera się w załamaniach i dobrze kryje (nadaje się nawet do zatuszowania niedoskonałości). W ostatniej promocji -40% kupiłam puder Bourjois Healthy Balance, jestem z niego bardzo bardzo zadowolona. Daje półmatowe, lekkie wykończenie i rozkosznie pachnie. Zachęcona pochlebnymi opiniami na Youtubie kupiłam tusz L'oreal False Lash Wings w wersji wodoodpornej. Tusze L'oreal nie są moimi ulubionymi, ale ten zdał egzamin. Szczoteczka, choć dziwna, okazała się wygodna. Bardzo dobrze rozczesuje i podkręca. Nie jest to absolutny ulubieniec, ale myślę, że jest wart przetestowania. Nie podoba mi się tylko cena, nawet w promocji kosztował 41zł, co przy Eveline Big Lash (około 17zł) czy tuszach Maybelline jest ceną nieco zbyt wysoką. Kolejnym świetnym produktem Eveline jest Sos Lash Booster w wersji arganowej. Miałam kilkakrotnie wersję biało-zieloną i bardzo lubiłam, ale ta jest jeszcze lepsza. Świetna baza pod tusz, bardzo wydłuża rzęsy. Nie mam problemu z pokryciem jej tuszem. Jedynym mankamentem jest fakt, iż niestety prostuje podkręcone zalotką rzęsy, ale to raczej problem moich rzęs niż produktu samego w sobie (zazwyczaj tak się zachowują przy tuszu o niewodoodpornej, mokrej formule). Na ustach najczęściej gościł cudowny elixir L'oreal Color Riche w kolorze Fushia Drama oraz pomadki Light Tint Bell w kolorze 02 i 03. Bardzo je polubiłam i muszę chyba napisać na ten temat ciut więcej. W kategorii pędzel/narzędzie mam nieco idiotycznego ulubieńca. Od dawna szukam idealnego pędzla do rozświetlacza. Okazało się, że najlepszym, jaki do tej pory znalazłam jest ten ,który był dołączony do Hervany Benafita. Muszę upolować coś podobnego ale z długą rączką. Jakieś sugestie?
Moja perfumowa obsesja jest winą mojej przyjaciółki Asi, (Szugar :*). Na początku stycznia dosłownie przyssałam się do Kim Kardashian EDP. Piękny, piękny zapach. Idealny dla fanek białych kwiatów, tego typu ciężkich klimatów. Prawdziwy zbieracz komplementów.
A teraz prawdziwy gwóźdź programu, paleta TheBalm Meet the Matt(e) Nude. Kocham i uwielbiam. Wszystko od opakowania poczynając, przez konsystencję po kolory. Idealne maty, mam tu nawet dwa kolory nadające się do brwi. Ukoronowaniem całości jest wielkie lusterko. Ta paletka to must-have, jeżeli tylko używacie matów. Nawet od czasu do czasu. Będzie recenzja, zdecydowanie!


Znów miałam dziwną ochotę na mlecznoróżowe lakiery. Głownie skrzypce grały Essie Muchi Muchi i  Limo Scene. 


Ostatni mój ulubieniec to reorganizacja systemu przechowywania kosmetyków. Zostałam oficjalnie typową blogerką urodową i kupiłam w Ikei Alexa z dziewięcioma szufladami. Jestem bardzo bardzo zadowolona, jest bardzo funkcjonalny i stylistycznie świetnie wpisuje się w przestrzeń.

Jak tam wasi ulubieńcy w pierwszych miesiącach 2014? Coś nowego i ekscytującego czy raczej powrót do kosmetycznych korzeni?

niedziela, 2 marca 2014

L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust

Muszę, muszę, muszę mieć je wszystkie…i wcale nie chodzi tu o Pokemony ;). Uwielbiam produkty do ust i mam wewnętrzny przymus testowania wszelkich nowości. Szczególnie, kiedy dotyczy to produktów obiecujących trwałość i komfort noszenia. Pamiętacie pewnie, że ubóstwiam poprzednie dziecko L'oreala, Caresse Shine będące bliźniakiem YSL Glossy Stain. Od czasu zrecenzowania ich na blogu moja kolekcja powiększyła się i jest to produkt, bez którego (obok Revlon Kissable Balm Stain) nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pomimo chęci ograniczenia mojego rozpasania w dziedzinie kupowania produktów do ust, skusiłam się na nowość, L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust (cóż za niewygodna do pisania i cytowania nazwa). Wybór kolorów nie jest oszałamiający, ale te z odcieni, które trafiły u nas do sprzedaży są bardzo ładne i nie mogłam się zdecydować. Jest sporo róży, korali, ale są też nudziaki i intensywna czerwień. W końcu wybór padł na żywą fuksję z niebieskim shimmerem 401 Fuchsia Drama. Załapałam się na promocję, w Superpharmie zapłaciłam niecałe 39zł, cena regularna jest dość wysoka, około 53zł.
Producent obiecuje, że jest to innowacyjna hybryda (uwielbiam to słowo!) błyszczyka i szminki. Formuła ma być oparta na olejkach, i powodować, że ów produkt jest szminką-eliksirem i zapewnia zarówno kolor i połysk, jak i pielęgnację. Zamknięty jest w eleganckim, złotym opakowaniu. Opakowanie jest na prawdę bardzo ładne, ale dodatkowo umożliwia szybką identyfikację koloru dzięki "okienku" z boku i kolorowej naklejce. Aplikator ma nieco kosmiczny kształt, jest miękki i wygodny.
Jednym słowem rzekomo mamy do czynienia z cudem myśli kosmetycznej ;). Prawda to?




PRAWDA! Eliksir ten (jak tu się do niego mniej szumnie odnosić?) jest rewelacyjny. Będą pieśni pochwalne. Bajecznie prosta i przyjemna aplikacja, konsystencja, nie chciałabym tak tego określić ale inaczej nie umiem, nie do opisania. Maślana i niesamowicie przyjemna na ustach. Świetny kolor, rewelacyjna pigmentacja. Usta wyglądają jak polakierowana tafla. Jest bezproblemowy i bardzo przyjemny w noszeniu. Trwałość nie jest może tak imponująca, jak w przypadku stainów (ale fakt faktem nikt tego nie obiecywał) ale trzyma się na prawdę bardzo dobrze szczególnie biorąc pod uwagę wykończenie i komfort noszenia. Kiedy zje się błyszcząca warstwa, na ostach zostaje kolor, ale podejrzewam że jest to kwestia konkretnego koloru, który wybrałam i nudziaki niekoniecznie będą zachowywać się tak samo. Pięknie pachnie, brzoskwiniami.



Jestem zachwycona, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Nawet wybór kolorów jest tym razem trafiony. Wolałabym ,żeby był tańszy ale zawsze można upolować w promocji i śmiem twierdzić, że jest wart grzechu nawet w regularnej cenie.
Wczoraj dostałam w spadku 600 Nude Ballet, brzoskwiniowego nudziaka, który również zapowiada się przepysznie.


piątek, 21 lutego 2014

Organique Balsam do ciała z masłem shea

Ostatnio miałam spory problem z suchością rąk. Smaruję ręce bardzo regularnie, kilka razy dziennie a kremy mam pochomikowane wszędzie, przy biurku, przy łóżku, w łazience, w aucie, na biurku w pracy. Wszędzie. Niestety na początku tego sezony grzewczego skóra zaczęła swędzieć i pękać a tradycyjne kremy nie pomagały. Wtedy przypomniało mi się o maśle Organique, które wielokrotnie zachwalał mi Kasia ze Sweet&Punchy. Poszłam więc zdecydowana na zakup. Balsam ten można kupić w kilku wariantach zapachowych, na wagę lub w gotowym pudełeczku. Po dłuższej kontemplacji wszystkich dostępnych wariantów zdecydowałam się na 100g słoiczek limitowanej edycji pierniczkowej. Za taką pojemność zapłaciłam 29zł. Dużo? Wcale nie, produkt jest diabelnie wydajny. Balsam składa się w większości z masła shea i ma stałą konsystencję. Trzeba go krótko rozgrzać w dłoniach przed aplikacją. Trochę tak, jak olej kokosowy. Potem nakłada się już bezproblemowo. Moja wersja pachnie iście rozkosznie, pierniczkowo-imbirowo, ale nie za słodko. Zapach zebrał już spore grono fanów, które to z mojego polecenia poszło kupić owy balsam.



Jestem zachwycona nie tylko zapachem, ale i działaniem. Świetnie zmiękcza, natłuszcza i chroni skórę. Używam tylko do rąk i stóp, ale do ciała również by się sprawdził, szczególnie punktowo na wyjątkowo suche miejsca. Uporał się z suchością dłoni w ciągu kilku dni a problem nie wrócił. Jak już wspominałam jest niesamowicie wydajny, wystarczy na prawdę odrobinka na każdorazowe użycie. Przekładam go sobie do mniejszych pojemniczków i noszę zawsze przy sobie w torebce. Kiedy skończę ten słoiczek, na pewno kupię kolejne. Świetny, bardzo skuteczny i przyjemny w używaniu produkt. Polecam, zdecydowanie warto!



Znacie to masło? Jaki jest wasz ulubiony zapach?

wtorek, 11 lutego 2014

W poszukiwaniu palety idealniej, odcinek 1: Glambox


Mam misję, poważną misję z którą mierzę się od dłuższego czasu. Znaleźć idealną paletę, która pomieści wszystkie moje matowe cienie. Jestem święcie przekonana, że do osiągnięcia pełnego szczęścia i harmonii potrzebne jest im zamieszkanie razem, pod jednym dachem. Dotychczas rozstrzelone były po różnych mniejszych paletach ale nie zdawało to egzaminu. W zbiorczej inglotowskiej palecie bez przegródek zabrakło już dla nich miejsca.
Dziś recenzja bohatera mojego pierwszego podejścia do sprawy, paletki magnetycznej Glambox. To zgrabne metalowe pudełeczko dostępne jest w sklepie producenta w kilku wariantach kolorystyczno-wzorniczych i dwóch rozmiarach. Wybrałam duży Glambox w czerwone kwiaty. Duża paleta ma wymiary 13x18x1,5cm i mieści mniej więcej tyle wkładów dowolnego rodzaju, ile widać na zdjęciach poniżej. Kosztuje 34zł, więc całkiem przyzwoicie. Przesyłkę dostałam szybko, nie mam do czego się przyczepić.



Paletka jest przyjemna dla oka, fakt może wygląda trochę jak pudełko kredek, ale za to pudełko na prawdę urodziwe ;). Wewnątrz znajduje się magnetyczna płachta pokrywająca całe dno. 
Niestety, tu kończą się zalety. Moim głównym problemem jest sposób zamykania/otwierania. Nie jestem w stanie tej palety wygodnie otworzyć. Nie da się tego zrobić absolutnie jedną ręką, nie da się też dostać do cieni szybko. Zawsze coś się zacina, wieczko nie chce się otworzyć. Próbowałam już lekko odgiąć metal, ale nadal pozostaje problem z wygodnym uchwyceniem palety. Palce się ślizgają i kończy się znów siłowaniem z zamknięciem. W końcu pudełeczko wyślizguje mi się i z impetem leci na ziemię. To z kolei skończyło się już kilkukrotnie ukruszeniem zawartości. 
Dodatkowo cienie niezbyt dobrze trzymają się magnesu. Szczególnie dotyczy to cieni MAC, ale Ingloty lubią się przemieszczać. Zawartość nie jest więc w pełni bezpieczna.

Jestem trochę zawiedziona, koncept fajny i miłe dla oka wykonanie. Słyszałam wiele pozytywnych opinii, ja niestety nie jestem szczególnie zadowolona. Muszę szukać dalej.

Macie jakieś sugestie dotyczące pustych palet godnych polecenia?

środa, 5 lutego 2014

Cienie Makeup Geek wkłady: Creme Brulee, Bitten i Purely Naked


Marleny z Makeup Geek chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jakiś czas temu w internetowym sklepie zaczęła stopniowo pojawiać się linia kosmetyków sygnowana nazwą Makeup geek. Ponieważ do wspomnianej pani mam sympatię, jest youtubową weteranką i bardzo sympatyczną osobą, miałam też ogromną ochotę przetestować kilka produktów. Na pierwszy ogień poszły prasowane cienie, te zawsze sprawiają mi ogromną radość i jednocześnie łatwo jest ocenić ich jakość na tle innych znajdujących się w mojej kolekcji. Wybrałam wkłady magnetyczne, ale można je również kupić w wersji pudełkowanej ;). Kosztują odpowiednio 5,99 i 7,99$ za 1,8g a cena wysyłki jest rozsądna i nie odstrasza. Paczka dotarła do mnie po nieco ponad tygodniu, co jest standardowym czasem dla przesyłek zza wielkiej wody. Wybór kolorów i wykończeń jest interesujący, cienie kuszą obietnicą wysokiej pigmentacji i wyraźnymi, przystępnie zaprezentowanymi swatchami.
Wybrałam dwa maty i jeden kolor, który określiłabym jako satynę.

Creme Brulee (medium sand color with a soft matte finish) to ciepły, morelowy, matowy brąz. Trochę jak MAC Texture ale nie do końca. Świetny na całą powiekę i do załamania. Podoba mi się w zestawie z czarną kreską oraz ustami w wyrazistym kolorze.

Purely Naked (shimmering tan) jest do Creme Brulee bardzo podobny, ale nieco chłodniejszy i jaśniejszy.

Bitten (deep maroon red) to piękny kolor, ciemny burgund złamany brązem. Świetna pigmentacja, muszę z nim jeszcze trochę popracować bo pomimo iż bardzo lubię takie kolory, to nie do końca mam na niego pomysł



Cienie są bardzo dobrze napigmentowane i łatwe we współpracy, pomimo matowego wykończenia. Konsystencja ok, choć są raczej bardziej suche niż kremowe (w przeciwieńtwie np. do matów Urban Decay). Cena porównywalna z Ingotem czy Nyxem a tym samym rozsądna. Jestem ciekawa innych kolorów i wykończeń. Kolejne zakupy są podejrzewam tylko kwestią czasu, muszę się tylko zdecydować jak by się tu ograniczyć troszkę bo mam za dużo typów :)

Bardzo podoba mi się idea, jaki przyświeca kosmetykom Makeup Geek: wysokopółkowa jakość w przystępnej cenie. Produkowane są w USA i są nietestowane na zwierzętach.

Miałyście do czynienia z "kosmetycznymi dziećmi" Marleny?

niedziela, 2 lutego 2014

Cece of Sweden Argan masło do ciała i żel pod prysznic


Argania spinosa, niewielkie endemicznie marokańskie drzewo jest od dobrych kilku lat gwiazdą szeroko rozumianego rynku kosmetycznego. Olej z jego nasion znajdziemy w składzie wielu kosmetyków, jest też mnóstwo fanek stosowania go solo do pielęgnacji ciała, twarzy i włosów. Silny konkurent wszechstronnego oleju kokosowego i oliwkowego. Dodatkowo jego marokański rodowód nadaje mu odrobiny orientalnej tajemniczości ;).

Dziś mam dla was recenzję dwóch arganowych produktów firmy Cece, która debiutuje w kategorii pielęgnacji ciała (wcześniej skupiali się na kosmetykach do włosów): masło do ciała i żel pod prysznic. Seria wygląda zachęcająco, eleganckie ciemnobrązowe opakowania ozdobione orientalnymi złotymi motywami, zdecydowanie podoba mi się taka stylistyka. Ceny wahają się w granicach 20-40zł, do tej pory widziałam te produkty tylko w Superpharmie, ale za pewne można jest też upolować na allegro i w innych miejscach.
Muszę pochwalić również zapach, orientalny i niezwykle przyjemny jednocześnie nie jest męczący. Nie jest to może nic zaskakującego, bo jeżeli używałyście wcześniej jakichkolwiek kosmetyków z dodatkiem olejku arganowego to pewnie wiecie jak producenci wyobrażają sobie cały koncept pod kontem zapachu, ale bardzo uprzyjemnia stosowanie.

Żel pod prysznic ma gęstą, przyjemną konsystencję, nie miałam problemów z rozprowadzeniem go na skórze (nie używam myjek ani gąbki). Po umyciu skóra była rzeczywiście przyjemna w dotyku, efekt przypominał mi ten, jaki znam z olejku pod prysznic Nivea. Niestety, muszę się trochę przyczepić do zapachu. Jak napisałam wcześniej, zapach jest bardzo przyjemny, ale w przypadku żelu  mało intensywny. Uwielbiam, kiedy zapach wypełnia całą łazienkę a w tym przypadku czułam go tylko śladowo i tylko przy samej aplikacji. Wiem, że dla niektórych będzie to zaletą, jeżeli lubicie nawilżające kosmetyki pod prysznic ale drażni was intensywny zapach, jestem przekonana że produkt wam się spodoba. Ja raczej nie kupię ponownie.


Masło do ciała dla odmiany pachnie wystarczająco wyraźnie i to przez całkiem długi czas. Dodatkowo jest gęste i treściwe jednocześnie pozostając łatwym do rozsmarowania. Ciekawa sprawa, masło to nie jest przesadnie tłuste a działa skutecznie. Pod wpływem ciepłą dłoni lekko topnieje (podejrzewam, że to ze względu na obecność masła shea wysoko w składzie, podobnie dzieje się z masłami do ciała Organique). Świetnie nawilża i zmiękcza skórę. Z powodzeniem używałam go też do stóp i rąk a nie zdarza się często, żeby produkt do ciała spełniał moje oczekiwania w tym aspekcie. Bardzo je polubiłam i sądzę, że nie będzie to jednorazowa przygoda.


Seria arganowa Cece zdecydowanie mnie zaciekawiła, chętnie wypróbuję produkty do włosów bo opinie na KWC są zachęcające.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...