Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3+. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3+. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2013

Inglot Sleeks & Sleeks Cream moja mała kolekcja


Dziś o mojej kolekcji błyszczyków dla biologa :) czyli Inglot Sleeks i Sleeks Cream zamkniętych we wdzięcznej fiolce w kształcie próbówki. Nazbierało mi się ich 5 (właściwie w tym momencie 4, ale o tym za chwilę).

Błyszczyki zawierają 6ml i kosztują 19-19,5 i 20-20,5 (odpowiednio klasyczne Sleeks i Sleeks Cream).  Aplikator to dość wygodna gąbeczka na długiej "nóżce". Klasyczna wersja pachnie truskawkową Mambą a Cream słodko, waniliowo (moja koleżanka określiła ten zapach, jako krem do karpatki i miała sporo racji).
Zacznę od razu od tego, że zdecydowanie wolę kremową, bezdrobinkową wersję błyszczyków. Nie chodzi tu nawet o ładniejszy zapach, ale przede wszystkim o gładką konsystencję i piękne kolory. Klasyczne Sleeki są właściwie bezbarwne i zawierają drapiące drobinki, które ładnie połyskują ale są zdecydowanie za duże. Sleeks Cream to zupełnie inna bajka, mają balsamowatą aksamitną konsystencję i są mocno napigmentowane. Niektóre kolory przypominają raczej płynne pomadki. Ich używanie jest bardzo przyjemne, niektóre kolory są wymagające w aplikacji ale za to wyglądają efektownie. Błyszczyki byłyby moim KWC, gdyby nie kiepska trwałość. Szybko się zjadają, chyba ze względu na to, że pomimo treściwej konsystencji nie są ani trochę lepkie.



 34 to brzoskwiniowy róż ze złotymi drobinkami. Jak już wspomniałam, drobiny są drapiące i nieco zbyt duże. Błyszczyk ma lekką konsystencję, owocowy zapach jest niezbyt przyjemny- pierwsze wrażenie jest przyjemne, ale potem staje się bardzo chemiczny. Po kilku użyciach oddałam go w dobre ręce.



101 to brzoskwiniowy odcień typu nude.


97 to bardzo bardzo jasny chłodny róż. Podoba mi się efekt, błyszczyk jest jednak bardzo trudny we współpracy. Dość mocno smuży, trzeba uważać żeby nie nałożyć go za dużo. Bardzo ładnie wygląda nakładany na pomadki. Niektórzy uważają go za brata słynnego Nars Turkish Delight, z tego co widziałam jednak na internetowych swatchach, Inglot jest jaśniejszy i chłodniejszy.


94 to chłodny róż o fioletowych tonach. Najbardziej bezproblemowy kolor, można nakładać go bez lusterka. Lekko rozjaśnia i ożywia naturalny kolor ust.


103 był moim pierwszym błyszczykiem z tej linii. Ciepła czerwień mocno wpadająca w pomarańczowy. Kolor jest nieco bardziej kryjący, niż na to wygląda na zdjęciach i można spokojnie stosować go jako lżejszy zamiennik szminki. Lubię go nakładać na kredki do ust Inglot.


Bardzo lubię błyszczyki Sleeks Cream, nie są w stu procentach idealne, ale mają piękny zapach i miłą konsystencję. Do wyboru jest bardzo dużo ładnych i ciekawych kolorów (od cielistych, przez czerwienie i fuksje a na fioletach kończąc). Klasycznych Sleeków nie polecam.

Sleeks Cream: 4+
Sleeks: 3


Lubicie błyszczyki Inglot? Jakieś ulubione kolory?

piątek, 22 czerwca 2012

Soraya Piękne Ciało Balsam do ciała rozświetlająco-nawilżający


Seria Soraya Piękne ciało składa się z kilku różnych wariantów balsamów opakowanych w uroczą różową tubę. Wiem, że taka stylistyka nie każdemu będzie odpowiadała, ale ja jestem nią zawchwycona. Delikatnie różowa tubka w groszki ozdobiona sympatycznymi rysunkami. Kosmetyk kosztuje w Rossmannie niecałe 14zł za 200ml.

Nie wiedziałam, na który wariant się zdecydować (mamy do wyboru min. nawilżająco-wygładzający, wyszczuplający i inne takie cuda) i w końcu wybrałam ten, który ozdobiony był torebką (cześć torebkomanio :D ). Balsam rozświetlająco-nawilżający miał zawierać "złociste drobinki". Niestety okazało się, że owe drobinki to gigantyczny złoty brokat :(. Brokat, który osypuje się z człowieka intensywnie i uniemożliwił mi właściwie stosowanie go w innych warunkach niż na noc. Sam balsam zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ma przyjemną dość gęstą ale nie tłustą konsystencję, pachnie delikatnie owocowo-malinowo. Bardzo fajnie nawilża, wygładza. Tuba jest miękka i wygodnie wydobywa się z niej produkt do samego końca.



Strasznie szkoda, że ten brokat jest tak wielki i irytujący. Nie mam nic przeciwko złotym drobinkom, ba nawet je lubię. Jednak lubię kiedy to są DROBINKI a nie brokat. Inne właściwości produktu bardzo mi odpowiadają, więc skuszę się ponownie, ale na inną wersję.

Ocena: 3 (ale tylko i wyłącznie ze względu na koszmarny brokat)


niedziela, 27 maja 2012

The Body Shop Chocomania masło do ust



Nie szaleję za czekoladowymi rzeczami.Nie lubię deserów o smaku czekolady (jogurtów,lodów),zazwyczaj nie wybieram też czekoladowych kosmetyków bo rzadko zapach okazuje się fajny (oczywiście od tej reguły są wyjątki jak np. wazelina Floslek czekoladowa która pachnie delikatnie i bardzo fajnie czy też żele Oryginal Source).W ogóle nie jestem czekoladoholikiem a raczej wyznawcą kultu białej czekolady :D.Wszystko co "białoczekoladowe"waniliowe,jogurtowe,śmietankowe zawsze mnie kusi.Mleczną lub gorzką czekoladę w czystej postaci zjem z przyjemnością,ale wszelkie okołoczekoladowe produkty nie wywołują przyspieszonego bicia serca.
Nie wiem właściwie dla czego kupiłam masełko do ust The Body Shop Chocomania z góry wiedząc,że pewnie go nie pokocham.Chyba skusił mnie rabat 20%.

 Masełko kosztuje tradycyjnie 20zł za 10ml i jest dostępne w dużej gamie smaków.Od razu muszę też powiedzieć,że za masłami do usy TBS nie przepadam.Przetestowałam sporo i jak dotąd zadowolona byłam na prawdę tylko z cytryny (choć denerwuje mnie jej słodki posmak) i papai(choć jej zapach bywa męczący).
Masło ma gęstą konsystencję,ale niestety nawilżenie i natłuszczenie mnie nie zachwyca.Zdarzyło mi się nawet,że niektóre warianty wysuszyły mi usta,wywoływały podrażnienie.Chocomania nie wysusza,ale też specjalnych cudów nie zdziała (a ja nie mam większego problemu z ustami,smaruję je czymś non stop i są dobrze nawilżone).Nie przepadam za smakiem produktu,jeżeli przypadkiem dostanie się do ust jest dość nieprzyjemny.
Słoiczek śliczny i wygodny (choć wiem,że wiele z was nie lubi słoiczków,w których trzeba grzebać paluchami :) ) a sam produkt jest raczej wydajny.Zapach?Tu ocena jest bardzo subiektywna i pewnie wiele z was się nie zgodzi ale nie zachwycił mnie.Pachnie mocną gorzką czekoladą i po jakimś czasie bytowania na ustach (w tak bliskim sąsiedztwie nosa :) ) zwyczajnie mnie męczy.Trzeba jednak przyznać,że faktycznie jest dość intensywnie czekoladowy.
Jeżeli lubicie masełka do ust z TBS i/lub jesteście typowymi czekoladoholikami możecie ten produkt nawet pokochać.Ja specjalnie ciepłymi uczuciami go nie darzę.Leży w szufladzie z zapasami i czeka na moment,kiedy wszystkie inne balsamy się skończą i nie będę miała innego wyjścia jak i ten zużyć.

Ocena: 3

wtorek, 22 maja 2012

Korres Wild Rose Lip Butter Stick


Pamiątka z wakacji.Ten sztyft oraz zasłoiczkowaną wersję jaśmoniową oraz lakier Pomegranate przywiozłam z Rodos.Ponieważ Korres to grecka firma miałam okazję kupić ich kosmetyki dużo dużo taniej niż każe sobie płacić Sephora.

Masło do ust w formie sztyftu to stosunkowo nowy produkt,wcześniej była dostępna jedynie wersja w słoiczku.Postanowiłam dokonać konfrontacji i nabyłam dwie wersje.Sztyft kosztował mnie kilka euro,poniżej 30zł jeżeli mnie pamięć nie myli.W Sephorze zakup tego 5ml masełka to 50(!)zł.Opakowanie jest ok,ale sprawia wrażenie taniego.Dużo ładniejszy jest słoiczek.
Sztyft to masełko różane,nadające ustom kolor(jak zaraz zobaczycie kolor całkiem wyraźny).Zawiera SPF 15 oraz sporo dobrych naturalnych nawilżaczy takich jak masło shea.Ma neutralny,lekko różany zapach(jaśminowa wersja w słoiczku pachnie o niebo intensywniej i lepiej),raczej lekką konsystencję nie przypominającą jej zapuszkowanego brata :).


Rozprowadza się gładko i bezproblemowo,ale brakuje mi w nim trochę nawilżania i natłuszczenia ust.Konsystencja jest zbyt lekka jak na mój gust (lubię ciężkie i treściwe produkty do pielęgnacji ust)



Kolor jest bardzo ładny.To klasyczna,spokojna czerwień.Pigmentacja jest na prawdę niezła,szczególnie biorąc pod uwagę,że to balsam do ust.Porównałabym efekt do transparentnej szminki,nieprzytłaczający,ale zdecydowanie widoczny.Przy aplikacji wymagane jest lusterko,sztyft jest płaski dla tego ciężko się nim operuje w połączeniu z jego kolorem.
Efekt bardzo mi się podoba,podkreślone usta ale nadal wygląda to raczej subtelnie.Niestety balsam utrzymuje się na ustach raczej krótko i szybko się zjada.

Lubię jego kolor,ale poza tym nie podbił mojego serca.Nawilża dużo słabiej niż jaśminowe masło Korres w słoiczku,krócej się utrzymuje i nie daje takiego połysku.Za kilka euro jest po prostu przyzwoity,ale 50zł na pewno nie warto na niego wydawać.Jeżeli będziecie akurat w Grecji i macie ochotę spróbować to można się skusić,ale zakup w Polsce odradzam.

Ocena: 3 (szczególnie biorąc pod uwagę polską cenę)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...