Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2014

NYX Lipstick Spellbound 644


Skusiłam się i ja na pomadkę NYX. A właściwie nie miałam innego wyjścia jak się skusić. Wybór padł na kolor Spellbound. Testowałam ją pewnego dnia w Douglasie po czym wyszłam z tym różo-malino-neonem na ustach i poszłam szukać butów (jestem przekonana, że tego dnia szukałam butów, pamiętam bo butów kupować nie lubię ). W drodze dostałam trzy komplementy dotyczące jej koloru od zupełnie przypadkowych ludzi. Odwróciłam się więc na pięcie i poszłam kupić tą że pomadkę. Przyznajcie, w tej sytuacji nie było innego wyjścia :).
Wybór kolorów w Polsce jest niestety dość okrojony, ale większość klasycznych odcieni ma w tej gamie swojego przedstawiciela. Spellbound to dość nieokreślony kolor, róż wpadający w czerwień. Intensywny i dobrze napigmentowany. Bardzo przypomina mi lakier Essie Watermelon, to ten sam odcień. Wykończenie jest kremowe, nie mocno błyszczące ale też i nie matowe. Konsystencja miękka i bardzo przyjemna w noszeniu. Łatwo się aplikuje i dość długo pozostaje na ustach. Nie jest to typowo trwała szminka, ale trzyma się przyzwoicie. Nie ma zapachu ani smaku. Opakowanie proste, ale praktyczne, na jednym z końców widoczny jest nie tylko numer ale i kolor co ułatwia odnalezienie konkretnego odcienia jeżeli mamy sporą kolekcję.





Śmiało mogę powiedzieć, że ta szminka jest produktem bardzo dobrej jakości w wyjątkowo przyjaznej cenie (23zł). Formuła przypomina mi Rimmel Lasting Finish, które również bardzo lubię. Zdecydowanie warta polecenia, myślę że zainteresuję się innymi odcieniami.

środa, 23 kwietnia 2014

Bell Tint Lipstick Pomadki trwale barwiące usta


Jak pamiętacie, przepadam za tintami i stainami. Na co dzień jestem dość zabiegana i niekoniecznie mam czas na ciągłe poprawki makijażu ust. Jednocześnie bez pewnej dawki koloru czuję się blado. Tinty są idealny rozwiązaniem ,zazwyczaj są to produkty dużo bardziej bezproblemowe niż klasyczne pomadki i błyszczyki. Są trwałe a w takcie dnia można je łatwo reaplikować lub odświeżyć za pomocą balsamu do ust czy błyszczyka. Są odporne na jedzenie czy mówienie (a to ważne, nie jest żadną tajemnicą, że jestem gadułą ;) ).
 Lubię zarówno te, dające więcej koloru (YSL Glossy Stains, Revlon Kissable Balm Stains) jak i nieco bardziej subtelne (np. Tinty Benefita). Dziś o dwóch (a właściwie trzech) propozycjach z rodzimej półki kosmetycznej: pomadkach Bell Tint Lipsticktrwale barwiących usta.

Mam kolor 02 i 03. Pierwszy to intensywny chłodny róż, drugi chłodna czerwień również zmierzająca na ustach w kierunku różowych tonów. Dostępny jest jeszcze jeden odcień będący subtelniejszą wersją 02. Kosztują około 12zł, zamknięte są w klasycznym szminkowym opakowaniu. W skład kolekcji wchodzą również płynne tinty (nowa, delikatniejsza w kolorze odsłona znanych już płynnych tintów). Opakowanie ozdobione jest logo marki, jeden ozdoba ta ściera się natychmiastowo. Bardzo nie lubię, kiedy napisy tak łatwo się ścierają ale cóż.









Kolory są transparentne, wykończenie bardzo błyszczące. Pomadki są miękkie i bardzo komfortowe w noszeniu. Tak właściwie są to bardziej koloryzujące balsamy niż typowe pomadki. Kolor rzeczywiście pozostaje na ustach dość długo, nawet po tym jak sama szminka już się zje. Dodatkowo można go stopniować, aż do uzyskania całkiem intensywnego zabarwienia (szczególnie w przypadku różu). Bardzo ładnie ożywiają buzię, będą również fajną alternatywą dla tych z was, które nieco nieśmiało podchodzą do koloru na ustach. Generalnie efekt, jaki dają na ustach przypomina mi trochę Smashbox O Gloss czy też inne produkty do ust mające dostosowywać się do koloru ust. Myślę, że wiecie o co mi chodzi.

Bardzo lubię ich używać, ale jednocześnie strasznie się złoszczę za każdym razem, kiedy nakładam je na usta. Konsystencja sztyftu jest bardzo bardzo miękka, co stanowi zarówno zaletę, jak i wadę. Dobrze nawilża i przyjemnie się nosi ale bardzo łatwo je "rozciapciać". Dzieje się to praktycznie natychmiastowo i zanim się obejrzałam skończyłam z czymś takim jak na zdjęciu poniżej:


Bardzo mało estetyczne i jeszcze mniej wygodnie. Forma nie jest chyba do końca dobrze przemyślana, może lepiej byłoby zapakować je do słoiczka?

Mam mieszane uczucia, sięgam po nie dość często ale ze względu na postępującą deformację stają się one coraz mniej wygodne. Lubię efekt, jaki dają ale zdecydowanie nie lubię zamieszania związanego z aplikacją. Mają dość przystępną cenę, opakowanie jest dość sympatyczne, ale napisy na opakowaniu szybko się ścierają.

Nie wiem, czy kupię ponownie. Mam z nimi podobny problem, jak z pomadkami Celia Nude. Są bardzo dobre ale jednocześnie mocno niedopracowane.


 Ps. Czy ktoś wie jak zapanować nad bloggerem samowolnie retuszującym ładowane zdjęcia...irytuje mnie to straszliwie.

niedziela, 10 listopada 2013

Bourjois Color Boost kredka Peach on the beach


 Popularność pomadek w formie przerośniętych kredek do ust ciągle rośnie. Forma ta jest bardzo wygodna, przyjazna w aplikacji i najzwyczajniej w świecie bardzo sympatyczna. Moimi absolutnymi faworytami w tej kategorii są rewelacyjne balsamy Revlon, jakiś cza temu postanowiłam jednak dać szansę kredce Bourjois Color Boost. Producent obiecuje lekkość i wodoodporny kolor o 10-cio godzinnej trwałości. Cena regularna to około 28zł, ja kupiłam ją w promocji -40%. Ostatnio pojawiły się dwa nowe kolory, wybój odcieni jest całkiem satysfakcjonujący. Moja kredka to Peach on the beach (nazwa jest rozbrajająca, musicie przyznać :) ) czyli dość intensywny różo-koral. Pomadka ma typowo kredkowy ostry "dziubek" i wykręca się dzięki pokrętłu (jak inaczej to określić nie wiem) na dole opakowania. Zapach bardzo delikatny, przyjemny ale zupełnie neutralny. Taki szminkowo-kosmetyczny można by rzec.


Pomadka jest faktycznie leciutka, maślana i łatwo ślizga się po ustach. Po aplikacji prawie jej nie czuć (chyba wolałabym, żeby była odrobinę bardziej treściwa). Ma ładny, naturalnie wyglądający połysk. Kolor jest z jednej strony transparentny, ale z drugiej dość dobrze napigmentowany (czasami zdarza się, że te dwie cechy nie są przeciwieństwami i to jest taki właśnie ewenement).



Trwałość ok, trochę lepsza niż w przypadku większości nawilżających pomadek czy balsamów koloryzujących. Usta zostają lekko zabarwione nawet, kiedy produkt zaczyna się zjadać. Nie jest to jednak na pewno bardzo trwały, ani tym bardziej wodoodporny kosmetyk. Możliwe, że ciemniejsze odcienie spisują się pod tym względem lepiej.
 Na pochwałę zasługuje rzeczywiście lekka konystencja, niemalże jakby mieć gołe usta :). Pomadka nie wysusza, jest komfortowa w noszeniu i aplikacji. Kolor ładny i odpowiednio intensywny. Kissable Balm Stain'sów nie pobije, ale nadal jest to solidny kosmetyk. Jeżeli lubicie kredki do ust, myślę że propozycja Bourjois was nie zawiedzie. To jeden z tych produktów, które lubię mieć w torebce i w ciągu dnia dokonywać szybkich poprawek w biegu. Szkoda tylko, że napisy na opakowaniu błyskawicznie się ścierają...

niedziela, 19 maja 2013

Revlon Colorburst Lip Butter czyli co sądzę o słynnych masełkach



Ileż ja się naczekałam na te masełka! W Stanach pojawiły się już przeszło dwa lata temu i stały się youtuowo-blogowym hitem. Ja, jako stworzenie bardzo podatne na tego rodzaju kuszenie straszliwie miałam ochotę je przetestować.
Na polskich półkach pojawiły się, jeżeli nie myli mnie pamięć, z ponad rocznym opóźnieniem i w mocno ograniczonej gamie kolorów. Entuzjazm zdołał już trochę opaść a dodatkowo przygasiła go cena, masełka kosztowały w Douglasie 40zł. Uznałam to za cenę dość bandycką, szczególnie że w sieci Hebe kosztowały one podobno poniżej 30zł jak donosiły Warszawianki. Dodatkowo nie dotarł do nas kolor, który sobie upatrzyłam i nie zdecydowałam się na zakup. Nadal jednak gdzieś pałętała się myśl, że to może być produkt który pokocham. Kiedy we Wrocławiu otwarto drogerię Hebe i wkrótce po tym przytrafiła się promocja -40% na kosmetyki Revlon udało mi się wreszcie dorwać słynne masełka (razem z kredkami Kissable Balm Stains, o których napiszę więcej niedługo).
Wybrałam soczysty, bezdrobinkowy róż o kolarowym zacięciu czyli Sweet Tart oraz połyskujący chłodny róż z wyraźnymi fioletowymi tonami czyli Cotton Candy.


Pomadki mają na prawdę świetne opakowanie, zakrętka nie tylko różni się odcieniem w zależności od koloru szminki, ale także ma na szczycie przezroczyste okienko pozwalające dokładnie obejrzeć zawartość :). Całość wygląda porządnie i elegancko, naklejka z nazwą odcienia nie ściera się i jest bardzo czytelna.Sztyft jest ukośnie ścięty, wyprofilowany bardziej jak balsam do ust, niż pomadka. Produkt nie ma zapachu ani smaku (co poczytuję mu raczej jako zaletę, niż wadę).






Producent reklamuje Lip Butters jako hybrydę szminki i balsamu do ust. Jak jest praktyce?

Muszę wam powiedzieć, że ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie polubiłam się specjalnie z tymi mazidełkami. Myślałam, że staną się stałymi bywalcami mojej torebki, kieszeni i kosmetyczki a tym czasem muszę sobie przypominać, żeby ich używać.
Faktycznie, konsystencja jest bardzo przyjemna i kremowa. Produkt gładko sunie po ustach a aplikacja nie nastręcza trudności zarówno w przypadku mocno napigmentowanego Sweet Tart, jak i transparentnego Cotton Candy. Niestety początkowe uczucie nawilżenia szybko mija, pomadki wyraźnie wysuszają moje usta, dają uczucie ściągnięcia i podkreślają wszelkie suche miejsca. Ten aspekt noszenia Lip Butters bardzo mnie irytuje, znam wiele pomadek które nie są reklamowane jako nawilżające a są dużo bardziej komfortowe na ustach (np. Rimmel Lasting Finish). Dostępne kolory są bardzo ładne, w palecie znajdziemy spory przekrój kolorów od mocno nasyconych do bardzo transparentnych, o różnych wykończeniach. Trwałość jest bardzo kiepska, nie przetrwają absolutnie jedzenia i picia a i bez tego konieczne będą częste poprawki. Oczywiście, balsamowi do ust wybaczyłabym słabą trwałość, ale gdy produktowi brak i właściwości pielęgnacyjnych i trwałości to ciężko być wyrozumiałym.
 Za słabą trwałością idzie również kiepska wydajność, ze względu na konsystencję sztyft zużywa się błyskawicznie.
Nie mogę też nie ponarzekać ponownie na cenę, te pomadki absolutnie nie są warte 40zł! Szczególnie, jeżeli uwzględnimy wydajność i bardzo małą pojemność (2,55g).

Nazywanie ich masełkiem to moim zdaniem pomyłka. To po prostu pięknie opakowane lekkie pomadki o błyszczącym wykończeniu (swoją drogą, nic rewolucyjnego i specjalnie nowego), które z pielęgnacją ust mają bardzo niewiele wspólnego.

Nie planuję zakupu kolejnych. Jeżeli spotkacie je w promocji i akurat spodoba się wam konkretny odcień to można rzucić na nie okiem, ale na pewno nie w cenie regularnej. Nie są oczywiście tragiczne i pewnie gdyby kosztowały 20zł patrzyłabym na nie nieco łaskawiej, ale w takiej sytuacji po prostu nie mogę.



środa, 20 marca 2013

Apokaliptyczna porażka z Rimmelem w roli głównej.




Muszę przyznać, że jestem nieco rozgoryczona. Bardzo chciałam polubić Rimmel Apocalips, słyszałam o tym produkcie wiele dobrego, oglądałam niezwykle kuszące swatche. Wyczekałam więc promocję (nieco ponad 18zł w Superpharmie) i kupiłam. Wypatrzyłam sobie delikatny koral Luna, okazało się jednak że ten akurat odcień nie jest dostępny w Polsce. Zdecydowałam się więc na podobny, jak mi się  wydawało, brzoskwiniowy odcień typu nude 100 Phenomenon. Zapowiadało się na prawdę fajnie, świetna pigmentacja, kremowa konsystencja, ładny połysk. Niestety, dobry początek był preludium do absolutnej klapy, leży sobie Apocalips w mojej szufladzie i absolutnie nie nadaje się do używania. Dlaczego?

Opakowanie ładne, wygląda dość ciekawe. Wygodny , precyzyjny aplikator. Zapach nieco dziwny, sztucznie melonowy ale nie męczący.


Kolor swatchowany na ręce wygląda pięknie, jak widać na załączonym obrazku.


Niestety na ustach okazuje się, że świetna pigmentacja tylko utrudnia życie. Pomijam już fakt, że brzoskwinia przestaje być brzoskwinią i wygląda trupio (niektórzy lubią przecież jasne nudziaki). Podstawowym problemem jest fakt, iż pomadki absolutnie nie da się równomiernie rozprowadzić. Waży się, smuży niemiłosiernie i wygląda po prostu straszliwie.


Zdjęcie jest i tak dość łaskawe, na żywo wygląda to dużo gorzej. Nie jest to ten rodzaj smużenia, z którym można coś zrobić nakładając mniejszą ilość produktu. Taki efekt daje już minimalna ilość. Aplikator nabiera bardzo dużą ilość i nawet po użyciu ułamka z tego, efekt jest nieakceptowalny.
Trwałość prawdopodobnie niezła, ciężko było mi go usunąć z ust.

Jestem bardzo, ale to bardzo zawiedziona. Nie wiem, czy ten problem dotyczy tylko Phenomenon, ale zupełnie odechciało mi się testować inne kolory.
Chciałam codziennego brzoskwiniowego nudziaka o mam koszmarne coś, co nie nadaje się absolutnie do używania i tylko leży w szufladzie irytując swoją obecnością.


Jakie macie doświadczenia z Apocalips?

niedziela, 28 października 2012

Usta w jesiennym klimacie, odcinek II: my lips but better


Zgodnie z obietnicą, dzisiaj kolejne jesienne propozycje produktów do ust, ale te bardzo delikatne.


O pomadkach (choć nie powinnam nazywać ich pomadkami bo opis producenta to "hydrating sheer lipshine") Rouge Coco Shine jest głośno od dość dawna. Są to lżejsze siostry Rouge Coco. Obie wersje kusiły mnie strasznie, ale w końcu kupiłam RCS w kolorze 52 Fetiche. Prawdopodobnie nie kupiłabym jej gdyby nie zamknięcie wrocławskiej perfumerii Marionnaud i towarzysząca temu wyprzedaż. Razem z bonem i rabatem za 86zł miałam pomadkę Chanel i cień L'oreala Infallible. Niezły interes, prawda :)?
Fetiche to róż z chłodnymi, fioletowymi tonami i bardzo ładnym połyskiem dającym efekt miękkich i wypielęgnowanych ust. Jest transparentny i wygląda bardziej jak balsam do ust czy też błyszczyk, ożywia naturalny kolor ust. Przyjemnie się ją nosi, dobrze nawilża ale co za tym idzie trwałość jest kiepska. Ma delikatny, różany zapach. Dla mnie to taki bardziej miły i przepięknie opakowany gadżet niż szminka, która odmieniła moje życie i będzie to zdecydowanie jednorazowa przygoda. Uważam, że nie jest warta swojej ceny, ale może stanowić miły prezent (czy to do kupienia sobie czy też innej osobie) i raczej większość kobiet zużyje ten produkt z przyjemnością.

Inglot kredka do ust w kolorze 23 to kolejny odcień zbliżony do koloru moich ust, ale bardziej pomarańczowo-różowy, w cieplejszej tonacji. Prawdę mówiąc planowałam kolor 17, który jest typową kredką w kolorze ust, ale niestety akurat ten kolor się skończył. 23 nadaje się do noszenia solo, z bezbarwnym błyszczykiem oraz pod większość szminek jako konturówka. Jest trwała (nieco mniej niż opisywana wcześniej 34, ale to już kwestia koloru a nie samego produktu), bajecznie prosta w obsłudze i niedroga. Te inglotowskie kredki to dla mnie prawdziwe odkrycie i na pewno skuszę się na więcej.

Idąc za ciosem i pozostając w Inglotowym transie (który doprowadził także do zakupu dwóch kolejnych błyszczyków Sleeks, ale o tym innym razem) postanowiłam przetestować pomadkę. Pomadka ta dziwnym trafem nazywa się po prostu "Pomadka do ust" (choć z tego co wiem za granicą nazywa się Slim Gel Lipstick i ta nazwa dobrze oddaje zarówno właściwości, jak i wygląd). Małe smukłe metalowe opakowanie mieści w środku sztyft wyprofilowany bardziej jak balsam do ust niż klasyczna szminka. Kosztuje, z tego co pamiętam 28zł i zawiera niewiele, bo tylko 2g produktu. Wychodzi dość drogo, ale moim zdaniem zdecydowanie warto bo szminka jest świetna. Kolor nr 41 to taki nieokreślony różo-koral. Na swatchach wypada trochę blado, na żywo może się pochwalić bardzo dobrą pigmentacją. Bardzo łatwo się aplikuje i gładko sunie po ustach. Wykończenie jest kremowe, zdecydowanie błyszczące, ale nie błyszczykowe. Świetnie nawilża, kolejna z tych szminek która komfortem noszenia dorównuje produktom pielęgnacyjnym. Zaskoczyła mnie jej trwałość, jak na szminkę nawilżającą trzyma się na prawdę długo. Zapach jest słodki, bardzo przyjemny.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Chanel RCS nie dorasta jej do pięt. Inglot może ma mniej efektowne opakownie, ale jest ono nadal eleganckie i przyjemne dla oka.
O mój biedny portfelu, będziesz musiał znieść zakup kolejnej pomadki z tej serii...:P






Która podoba się wam najbardziej? Może możecie polecić jakieś inne odcienie z tych linii produktów?

środa, 20 czerwca 2012

Celia Nude 2w1 Nawilżająca Pomadka-błyszczyk



Dziś o perełce, którą pewinie większość z Was już zna. Pomadka Celia nude trafiła do mnie przypadkiem w paczce z kosmetykami do przetestowania ale pokochałam ją od pierwszego użycia. Zaczęło się od 602, bardzo niedługo potem kupiłam zapas trego koloru i odcień 601 (oraz dwie dodatkowe 602 do Blogboxa i dla mojej mamy, tak pokochałam tą szminkę :) ) a wczoraj udało mi się dorwać 606 (uwaga Wrocławianki, pomadki Celia Nude dostępne są już w drogerii w Feniksie).

Celia Nude to idealne połączenie pomadki w "okołocielitym" kolorze, błyszczyka oraz nawilżającego balsamu. Szminka jest mięciutka, nawilżająca i ekhem...tłusta (ale w dobrym tego słowa znaczeniu, zapewnia to odżywienie i absolutną gwarancję braku wysuszania ust). Na ustach jest niezwykle przyjemna i sprawia wrażenie produktu wysokopółkowego a nie czegoś co kupimy za 10-13zł. Kolor jest półtransparentny, ale zależy to też od konkretnego koloru bo odcienie różnią się intensywnością i stopniem krycia. Nakładanie bezproblemowe, można pokusić się o aplikację bez lusterka. Trwałość raczek krótka, ale to typowe dla takich lekkich nawilżających szminek w nudziakowych kolorach. Zapach poziomkowo-winogronowy, dość intensywny ale mni bardzo się podoba.
Opakowanie proste i ładne, ale niestety napisy ze spodu szybciutko się ścierają dla tego lepiej zachować kartonik lub zapisać numer bo możemy go potem nie odgadnąć ;).
Trzeba uważać, żeby nie naciskać zbyt mocno na sztyft podczas aplikacji ani nie zostawiać na długo w ciepłych miejscach, bo jak każda miękka pomadka jest podatna na łamanie się i topienie (co widać niestety na załączonym obrazku, ja mam szczęście do różnych wypadków ze szminkami a te są wyjątkowo podatne)








606 (zdjęcia powyżej) to najbardziej transparentna szminka, ciepła brzoskwinia ze sporą dawką beżu.



602 to mój ulubiony kolor, cielisty beżo-róż.



601 to cukierkowy jasny mleczny róż.


Zdecydowanie polecam, te pomadki są świetne do codziennego "maziania" :). Bardzo nawilżające, przyjemne i łatwe w obsłudze. W gamie znajduje się 6 kolorów i coś tak czuję, że prędzej czy poźniej wypróbuję wszystkie.

Ocena: 5+
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...