Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 listopada 2013

Benefit Rockateur podbija rockową duszę Burn :)

Nigdy nie byłam różomaniakiem. Miałam kilka w szufladzie, ba, zdarzało mi się używać przez kilka miesięcy jednego koloru. Moim absolutnym KWC w kategorii róży do policzków jest MAC Warm Soul. Zużyłam go już dość dawno temu i dla odmiany chciałam poszukać czegoś podobnego. Ostatnio miałam romans z Pupa Luminys Baked All Over, który jest na prawdę świetny ale duży i nieporęczny w podróży (a do tego bardzo łatwo go pokruszyć, na moich oczach babeczka w Douglasie upuściła i unicestwiła jeden z nich a kolejne dwa w sklepowej szufladzie również spotkał podobny los). Lubię również Hervanę ze stajni Benefit, ale to jest raczej kolor którego używam od czasu do czasu, a nie codziennie. Wreszcie mam jeszcze kremowego NYXa, ale kremowe róże to również zabawka na raz na jakiś czas. Jestem bezgranicznie oddana tintom Benefita, używam ich codziennie. Lubię jednak łączyć je z produktami w klasycznej, prasowanej formie. Taka kombinacja zapewnia całodzienną trwałość na kapryśnej cerze.
Doszłam ostatnio do wniosku, że jedyne stuprocentowo trafione zakupy to róże w odcieniu przypomniające mieszankę bronzera i ciepłych brzoskwiniowo-różowych tonów. W takich kolorach wyglądam najbardziej świeżo i korzystnie. Kolorach z pod znaku Warm Soul. W związku z tym, nie uszła mojej uwadze premiera nowego różu Benefit Rockateur. Pojawiła się (częściowo usprawiedliwiona ;) ) potrzeba posiadania nowego produktu w tej kategorii. Nie wiedziałam jednak, czy mam zdecydować się na starego ulubieńca, pozostającego w podobnej tonacji Dallas czy też na świeżutką nowość. Po kilkakrotnym macaniu ;) obu i oglądaniu recenzji na YT wybrałam się do Sephory w celu podjęcia ostatecznych kroków zakupowych. Byłam bardzo dzielna, poszłam z golutkimi policzkami i uzbrojona we własny pędzel. Przetestowałam na żywym organizmie. Odcienie są rzeczywiście w podobnym klimacie, Dallas jest nieco bardziej matowy i brązowy.Do domu wróciłam z odrobinę bardziej różowym i opalizującym Rockateurem.

Rany, ten róż jest rewelacyjny!


Po starciu się cieniutkiej warstwy owersprayu wykończenie produktu jest satynowe. Konsystencja jest mięciutka, prawie kremowa i przypomina mi róż Estee Lauder Pure Gelee. Aplikuje się bajecznie przyjemnie, jest bardzo fajnie napigmentowany. To zdecydowanie najlepiej napigmentowany róż Benefit, na równi z Coralistą. Swatchowany wygląda na bardziej różowy, na twarzy to piękna ciepła mieszanka brązu, brzoskwini i ciepłego różu. Delikatnie opalizuje. Bardzo mój kolor, zdecydowanie przypomina Warm Soul. Daje podobny efekt wypoczętej, świeżej i lekko opalonej cery.
Bardzo ładnie pachnie, nieco inaczej niż Hervana (która pachnie suszonymi śliwkami :) )


Tyle się nasłuchałam jakoby opakowanie było tandetne ale… mnie się podoba. Rockowa tematyka również. Nawet jeżeli jest to inspiracja bardziej z przymróżeniem oka. Jedyne co mi się nie podoba to oczywiście cena, podobnie jak w przypadku innych róży Benefit to 145zł. Warto upolować w promocji.
Nie mogę się od niego odkleić, węszę związek na długie miesiące.

Ps. zdjęcia wyszły nieco blado, na żywo róż jest bardziej widoczny.



sobota, 13 października 2012

Benefit Hervana


Dla wszystkich, które prosiły i którym owy róż śni się po nocach: Benefit Hervana. Śnił się on i mnie ;) i to przez dłuższy czas. Wyczekiwałam polskiej premiery, chodziłam i sprawdzałam. Niestety dość długo to wszystko trwało, mania nieco odpuściła i w końcu nie kupiłam Hervany zaraz, kiedy pojawiła się w Sephorze. Nadal miałam ogromną ochotę na przygarnięcie tego różu, ale postanowiłam poczekać na promocję. W końcu załapałam się na 40% i kupiłam.
Puder w cenie regularnej kosztuje 145zł ( co jest nie ukrywam dość boleśnie wysoką ceną i zniechęca mnie do zakupu większej ilości benefitowskich pudrów) i zawiera sporo, bo aż 8g produktu.
Hervana to bardzo lubiany i popularny róż w bologow-youtubowym makijażowym świecie i muszę powiedzieć, że wcale mnie to nie dziwi.


Puder zamknięty jest w typowym kartonowym benefitowskim pudełeczku. Pudełko w niczym solidnością nie ustępuje plastikowi, kto kiedykolwiek miał/widział na żywo powder boxy wie, o czym mówię. Klapka wyposażona jest w całkiem spore lusterko, wewnątrz znajdziemy również skośnie ścięty pędzelek z naturalnego włosia który, choć lepszy niż w starszych pudrach Benefit, nadal ma niewiele wspólnego z użytecznym narzędziem do malowania policzków. Zapach różu jest przepiękny, określiłabym go jako mieszanka suszonej śliwki i róży, mogłabym wąchać go bez końca :).
Sam produkt to mozaika złożona z połyskującego beżu i brzoskwini oraz dwóch matowych chłodnych kolorów, różu i fioletu.
Po zmieszaniu otrzymujemy bardzo delikatny odcień różu z chłodnymi tonami, wykończenie praktycznie matowe bo niewielkie drobinki widoczne w pudełku w dwóch z czterech odcienie giną na buzi. Bardzo lubię matowe róże (i lubię też błyszczące, ale czy muszę się do cholery określać i lubić tylko jedne albo tylko drugie :D?), dają nieco większe pole manewru przy wyborze wykończenia na ustach czy oczach.

Z jakiegoś bliżej nie wyjaśnionego powodu, Hervana kiepsko się swatchuje. Na twarzy widać go bardzo ładnie i jest to róż o bardzo dobrej pigmentacji ale na palcach, czy dłoni ciężko wydobyć jego piękno. Być może ma to związek z tym, że ciężko jest zebrać paluchem wszystkie kolory mozaiki. Niech was więc nie zwiodą te kiepskie swatche, Hervana ma świetną pigmentację i jest łatwa we współpracy.



Uwielbiam efekt, jaki daje Hervana. Ma w sobie coś takiego, że chętnie sięgam po niego codziennie. Lekko chłodny kolor jest bardzo świeży, ale nadal na tyle neutralny, że bardzo fajnie wygląda na ciepłej żółtej karnacji. Nie gryzie się z większością makijaży oczu ani ust. To bardzo twarzowy odcień różu i jestem przekonana, że spodoba się praktycznie każdemu.

Trwałość jest bardzo dobra, porównywalna do innych wysokopółkowych róży.
 Dodatkowym plusem jest oczywiście piękny zapach i na prawdę ładne pudełko. Jest to róż, który mogę z czystym sumieniem polecić, szczególnie jeżeli możecie go kupić w promocji.


środa, 29 sierpnia 2012

Nars Madly


Słynne róże Nars. Pewnie każda mejkapomaniaczka miała okazję już o nich słyszeć. Od dość dawna miałam na oku odcień Madly i kiedy nadarzyła się okazja na zakup ze sporym rabatem, skusiłam się. Byłam bardzo ciekawa, jak sprawdzi się marka, której róże są uważane za prawdziwą rewelację.
Opakowanie jest bardzo ładne, proste ale eleganckie. Czarny plastik pokryty matową, miękką warstwą gumy (brzmi mało romantycznie, ale wygląda ciekawie). Wewnątrz kompaktu znajduje się bardzo duże lusterko oraz sam produkt. Nie ma żadnego aplikatora, ale mnie to tylko cieszy bo zazwyczaj bezużyteczne aplikatory zajmują tylko miejsce i sprawiają, że opakowanie jest duże. Puderniczka Nars jest bardzo smukła i poręczna.


Producent opisuje Madly jako "seashell pink". Cóż, taki opis pasuje do tego koloru, jak nieprzymierzając pięść do nosa. Ja określiłabym ten róż jako morelowy brąz z minimalną domieszką różu i satynowym, neutralnym (drobinki nie są ani złote, ani srebrne tylko hm....beżowe) połyskiem. Jednym słowem jest to typowo mój dziwaczny nieokreślony kolor różu :).


Wiele dziewczyn porównuje Madly do mojego ukochanego różu MAC Mineralize Blush Warm Soul. Faktycznie, jeżeli ktoś lubi WS to prawdopodobnie pokocha też Madly bo są to kolory w podobnym klimacie. Nie mniej jednak nie są zbyt podobne i zdecydowanie warto mieć oba, jeżeli są na wszej wishliście.




Madly to bardzo neutralny kolor, który nie będzie się gryzł zarówno z mocnym smoky eyes, jak i delikatnym codziennym makijażem. Pomoże też nadać cerze opalonego, świeżego blasku bo z powodzeniem można go też używać jako bronzera. Lubię ten róż i używam go bardzo często. Ma bardzo dobrą pigmentację (ale jest łatwy we współpracy i trudno z nim przesadzić, czy zrobić "placki"), aksamitną konystencję i ładne luksusowe (w subtelny sposób rozświetlające) wykończenie. Trwałość porównywalna z większością róży, w upale radzi sobie nieco gorzej, ale to żadna nowość.

Jestem zadowolona z zakupu, zdecydowanie jestem. Czy to bardzo dobry wysokopółkowy produkt? Czy warto go kupić? Tak, uważam że watro. Nie widzę jednak, szczerze mówiąc, żeby był to produkt legendarny. Jest to po prostu bardzo dobrej jakości róż z górnej półki.

Ocena: 5

środa, 27 czerwca 2012

Bell 2 Skin Prasowany róż do policzków 054


Uwielbiam róże (z resztą nie tylko róże :) ) o ciepłym i niejednoznacznym odcieniu, trochę przypominające bronzery. Takie jak mój ukochany MAC Warm Soul czy Benefit Dallas (swoją drogą muszę kiedyś do niego jeszcze wrócić). Dodają twarzy zdrowego blasku.
Kiedy więc zobaczyłam tego rodzaju kolor w gamie róży Bell 2 Skin ( ta sama seria co genialny puder prasowany, o którym postaram się naskrobać coś niedługo) nie mogłam się nie skusić. Szczególnie, że róż ten kosztuje mniej niż 10zł. Oglądałam też pozostałe kolory (bardziej klasyczne róże i brzoskwinie) ale miały raczej średnią pigmentację. 054 to mieszanka sporej ilości ciepłego złocistego brązu z różem i odrobiną brzoskwini. Nie powinien kłócić się z większością makijaży, jest bardzo uniwersalny.
 W opakowaniu widać malutkie drobinki i połysk,jednak po nałożeniu na twarz wykończenie jest raczej satynowe. Nie ma co obawiać się zbyt mocnego połysku :).




 Róż ma miękką, ale nie pylącą konsystencję i bez problemu nakłada się zarówno gęstym, jak i bardziej puszystym pędzlem. Pigmentacja jest ok, chociaż nie zachwycająca. Można to jednak uznać za zaletę, kolor jest dość intensywny ale przy takim poziomie pigmentacji nie sposób zrobić sobie nim krzywdy.
Trwałość ok, nie czepiam się chociaż mam bardziej trwałe róże.




Podoba mi się proste, malutkie opakowania które nie zajmuje dużo miejsca w kosmetyczce ( prawdopodobnie znajdzie się w mojej wakacyjnej kosmetyczce).

Róż jest na prawdę fajny, szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Nie wiem, jak w praktyce sprawdzają się inne kolory, ale 054 zdecydowanie polecam.


Ocena: 4


Ps. Moja kolekcja róży powiększa się. Nie wiem co się dzieje :D. Nigdy nie byłam różomaniaczką.

czwartek, 21 czerwca 2012

Anabelle Minerals róże mineralne


Jak pewnie pamiętacie jednym z moich dwóch ulubionych podkładów mineralnych jest Pixie Cover de Luxe, z przyjemnością więc przyjęłam możliwość przetestowania kolejnych polskich minerałów- Anabelle Minerals. Miło,że w naszym kraju produkuje się coraz więcej kosmetyków mineralnych!

Dzisiaj recenzja róży. Miałam okazję przetestować wszystkie kolory, w gamie dostępnych jest 6 odcieni. Róże mają bardzo przystępną cenę, za duże 4g opakowanie zapłacimy 30zł. Słoiczek prosty, typowy dla kosmetyków mineralnych.



Muszę powiedzieć, że jestem miło zaskoczona kolorami. Właściwie wszystkie oprócz Romantic przypadły mi do gustu. Ten ostatni okazał się niestety za jasny i nie widać go na mojej skórze. Pozostałe kolory są bardzo twarzowe i takie trochę nieoczywiste (a takie róże lubię najbardziej). 
Formuła jest przyjazna we współpracy, nakłada się bardzo dobrze przy pomocy pędzla ściętego Anabelle Minerals ( o którym napiszę w oddzielnym poście). Zdecydowanie wolę produkty prasowane, jeżeli chodzi o róże ale po "proszki" AM zaskakująco sięgam często. Trwałość nie odbiega od innych moich ulubionych róży. Dobrze współpracują zarówno z sypkimi minerałami jak i kremami bb.


Najbardziej przypadły mi do gustu róże Honey i Sunrise.

Honey- ciepły, miodowy odcień. Używam jako bronzera i w tej roli sprawdza się super. Nadaje skórze złocisty odcień bez pomarańczu czy szarości. Wykończenie matowe.

Sunrise- trochę przypomina mi mój ukochany MAC Warl Soul, ale w bardziej matowej wersji. Lekko połyskująca złocista brzoskwinia z domieszką różu. Na prawdę świetny kolor!

Romantic- chłodny, pastelowy róż.

Rose- nieco przykurzony ciepły róż, najbardziej klasyczny z kolorów

Coral- kolejny odcień, który nadaje skórze efekt lekkiej zdrowej opalenizny. Brązowo-brzoskwiniowo-różowy. Ciemniejszy niż Sunrise, ale dość podobny. Bardzo mi się podoba

Nude- naturalny beż z domieszką różu. O dziwo, ładnie widać go na twarzy. Lekko przygaszony, nie powinien kłócić się z mocniejszym makijażem ust czy oczu.


Róże Anabelle Minerals na prawdę mi się spodobały. Duży plus za twarzową i nienudną gamę kolorów. Cena bardzo przystępna, szczególnie biorąc pod uwagę zabójczą wydajność produktów mineralnych.

Polecam!

Ocena: 5


Ps. W sklepie internetowym producenta można zamówić trzy darmowe mini słoiczki z dowolnymi produktami (również różami) :)

poniedziałek, 14 maja 2012

Flormar Pretty Compact Blush-on P115


Kiedy przypadkiem natknęłam się we wrocławskich Arkadach na stoisko Flormar byłam w niebo wzięta.Sporo pochlebnych recenzji przewinęło się przez blogi,więc oczywiście ja jak to ja nie mogłabym przejść koło tych kosmetyków obojętnie :).Szczególnie biorąc pod uwagę ceny,które są bardzo przystępne.
Zdecydowałam się na duo róży w kolorze P115.Właściwie tylko jeden z kolorów to róż.A drugi?Ale o tym zaraz.
Kompakt jest bardzo duży,zawiera aż 14g produktu!Kosztuje 13,50zł.Plastikowe białe pudełeczko nie należy raczej do atutów tego duo.Wygląda nieciekawie a zdejmowane wieczko to niezbyt wygodne rozwiązanie.Wkład jest jednak widoczny przez szybkę (co docenią szczególnie posiadaczki więcej niż jednego odcienia z tej serii) i duży co ułatwia manewrowanie nawet gdy używamy dużego pędzla.
Kosmetyk jest lekko perfumowany,pachnie różą i klasyczną pudrowością,trochę "babciowato" ale na tyle delikatnie,że nie powinno to nikogo denerwować.

Pierwszy kolor to pomarańczowo-brzoskwiniowy koral.Wykończenie mocno błyszczące,opalizujące na złoto.Nie lubię bardzo błyszczących róży,ten jednak bardzo polubiłam.Na policzkach daje ładny trójwymiarowy efekt który pozwala fajnie modelować kości policzkowe.W słońcu pięknie się mieni.
Drugi kolor to niestety kompletny niewypał.Puder w kolorze bardzo słabej kawy z mlekiem ma chłodny odcień,na skórze jednak ociepla się.Dużo złotych drobinek.Niestety po roztarciu na mojej skórze jest tak jasny,że aż niewidoczny.Nie nadaje się jako bronzer,nie nadaje jako rozświetlacz a nawet jako cień.Myślę,że może być całkiem przyzwoitym bronzerem dla skrajnie bladolicych lub rozświetlaczem dla tych z was,które mają ciemną karnację.Przy mojej średnio-jasnej skórze jest kompletnie bezużyteczny.

Na pochwałę zasługuje pigmentacja i przyjemna konsystencja.Puder jest miękki,niemalże maślany i nie pyli za bardzo.Łatwo nabrać go na pędzel,rozblendowanie go nie przysparza żadnych problemów.Trwałość bardzo przyzwoita,nieco niższa niż np. w wypadku róży MAC ale nadal dobra.




Bardzo fajny produkt.Piękny kolor,bardzo dobra jakość,duża pojemność a do tego wszystkiego śmiesznie niska cena.Szkoda tylko,że druga połowa nie sprawdziła się u mnie.Nie mniej jednak chętnie kupię go ponownie (jeżeli kiedykolwiek zużyję w całości).

Ocena: 5-




Znacie kosmetyki Flormar?

środa, 18 kwietnia 2012

Etude House Lovely Cookie Blusher #3 Raspberry Tart




Zatrzymajmy się na chwilę,żeby podziwiać opakowanie tego różu.Sama słodycz :).
Kupiłam ten róż trochę przypadkiem podczas poszukiwań BB Creamów,głównie z powodu opakowania.Strasznie mi się spodobał a że cena bardzo przystęna (około 26zł w sklepie Cosmetic Love,który bardzo polecam.Wysyłka dużo szybsza niż w przypadku większości paczek z Azji,dodatkowo dostałam dwie świetne próbki).Jakże ja się cieszę,że go kupiłam!
Etude Lovely Cookie Blusher w kolorze 3 Raspberry Tart jest jednym z kolorów w nowej,ulepszonej wersji tego produktu.Podobno ma być ona lepiej napigmentowana,bardziej trwała a kolory ciekawsze.Niestety z poprzednią wersją nie mam porównania.
Aktualnie do wyboru jest 7 kolorów:


Ja skusiłam się na ten,który na zdjęciu wydawał się najbardziej intensywnym różem.






Raspberry Tart to intesywny,niemalże neonowy,bardzo chłodny róż.Zawiera malutkie drobinki,ale są one właściwie niewidoczne na skórze.Róż ma bardzo dobrą pigmentację,ale jednocześnie jest dość transparentny.Dodaje policzkom koloru w wyraźny sposób już po jednym pociągnięciu,ale nie jest bardzo kryjący.Nie wiem jak to zgrabniej określić,nie miałam jeszcze do czynienia z takiego rodzaju wykończeniem.Pracuje się z nim łatwo i przyjemnie,jest miękki ale nie osypuje się z pędzelka.Nakładanie puszkiem pewnie jest wykonalne,ja jednak wolę klasyczną metodę przy użyciu pędzla.
Kolor również pozytywnie mnie zaskoczył,pomimo tego że mam ciepłą karnację,ten bardzo chłodny odcień okazał się trafiony.Wygląda świeżo i naturalnie.


Kojarzy mi się trochę z różem,który niedawno wypuścił na rynek Dior.Kolor wydaje się być łudząco podobny.


Zupełnie niespodziewanie Etude House Lovely Cookie Blusher stał się jednym z moich ulubieńców,chętnie po niego sięgam i zdecydowanie wam polecam!

Ocena: 5


Miałyście z nim do czynienia?

czwartek, 5 kwietnia 2012

W7 Africa mozika brązująco-rozświetlająca



Chorowałam na ten puder od dawna.Spójrzmy prawdzie w oczy,puder w panterkę po prostu woła moje imię.Na jego widok niemalże słyszałam "Burn Burn,kup mnie.Jesteśmy dla siebie stworzeni" :).Ostatecznie dostałam go do przetestowania od drogerii Urodomania.

Produkt jest w sposób oczywisty wzorowany na produktach Benefit,kosztuje jednak 10 razy mniej (za 14,9zł otrzymujemy 9 g pudru).Opakowanie jest papierowe,ale porządne.Osobiście nie mam nic przeciwko kartonowym opakowaniom,są lekkie i zazwyczaj nie mniej wytrzymałe niż plastik.Wewnątrz znajduje się różowy pędzelek,całkiem znośny(lepszy niż np. w różu PF) ale nadal wątpliwej przydatności dla osób posiadających chociaż podstawowy zestaw pędzli.
Africa to pudrowa mozaika złożona z cukierkowego,intensywnego różu,złocistego beżu i nieco ciemniejszego odcienia o mocnym,złotym połysku.Ma być to zestaw wielofunkcyjny spełniający rolę bronzera,rozświetlacza i różu.



Jak widzicie pigmentacja produktu jest na prawdę dobra,puder ma miękką ale niezbyt pudrową konsystencję.Od lewej swatch najciemniejszego koloru,złocistego (przepraszam za tą pomarańczową plamę,nie zauważyłam jej podczas robienia zdjęcia,została po testowanym wcześniej stainie),różowego a na końcu zmieszana całość.
Wykończenie bardzo błyszczące,niemalże metaliczne.

O tyle o ile jakości W7 Africa nie mam nic do zarzucenia,tak niestety nie pokochałam go.Chodzi głównie o kolor.Jako bronzer jest zbyt różowy(nie da się za bardzo omijać różowych cętek podczas aplikacji)  i błyszczący,jako rozświetlacz zdecydowanie za ciemny.Używam go jako różu,ale z kolei w tym wypadku mógłby być mniej błyszczący.Używam go,ale to raczej przelotna znajomość niż miłość na całe życie ;).

Puder jest cudnym gadżetem,jakość i pigmentacja na  na prawdę dobrym poziomie jak na tak niedrogi puder.Obawiam się jednak,że wielu z was będzie trudno dla niego znaleźć zastosowanie.Muszę jeszcze potesować go jako cień.

Ocena: 4-

Znacie ten produkt?Dajecie się skusić tego typu ładnym kosmetykom?

czwartek, 15 marca 2012

MAC Mocha blush



Rozszerzam moje różowe horyzonty :)!Pisałam wam już 156576544333 razy o tym,jak kocham MAC Warm Soul i o tym,że używam go niemalże bezustannie od sierpnia.Postanowiłam jednak zrobić sobie od niego przerwę i spróbować czegoś innego.Razem z Vegas Volt kupiłam róż Mocha.




Mocha to matowy róż opisywany przez MAC jako "Soft plum-pink".Taki trochę nieokreślony kolor dziwak :) (a jak wiecie uwielbiam takie kolory).Ma ciepły odcień,na skórze przypomina troszeczkę starą wersję Ladyblush(która poleciała  ostatnio w świat w ramach wiosennych porządków),jest jednam mniej różowy.Mieszanka brudnego różu,śliwki,brązu i...sama nie wiem czego.Jest bardzo ładny,dość mocno napigmentowany.Daje efekt świeżego rumieńca,nic w oczywisty sposób różowego.
Mochę uważam za zakup bardzo udany,Warm Soula nadal kocham najbardziej ale dojrzałam do małej odmiany :)

Mam go na twarzy w ostatnich postach tj. poście o Vegas Volt i YSL Glossy Lip Stain.

Teraz w kategorii róży muszę dorwać tylko Hervanę Benefita (do której ślinię się od dawna) oraz coś  brzoskwiniowego.Może MAC Peaches?A może Dainty?
Niestety przykry koniec spotkał mój serduszkowy róż PF .Ostatnio przeglądając toaletkę znalazłam go całego w kawałkach.Nie wiem co się stało,nie upadł ani nie był ruszany od dłuższego czasu.Bu :(

wtorek, 14 lutego 2012

Physicians Formula Happy Booster Glow & Mood Boosting Blush Rose



Przyłapałyście mnie :).Co prawda całe to walentynkowe szaleństwo wprowadzane na siłę obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg (a raczej mniej,śnieg bardzo lubię,nawet ten zeszłoroczny :) ),nie mogłam się jednak powstrzymać,żeby nie napisać o tym różu właśnie dziś.
Physicians Formula Happy Booster Glow&Mood Boosting Blush Blush w kolorze Rose marzył mi się od ponad roku,właściwie od momentu kiedy na YT i zagranicznych blogach zaczęły pojawiać się zdjęcia i recenzje.Bo czyż można nie chcieć czegoś tak ślicznego?!



Róż składa się z mnóstwa wytłoczonych serduszek w różnych tonacjach różu.Od delikatnego,bardzo jasnego,przez fuksję aż po śliwkę.Wszystkie są raczej ciepłe.
Podoba mi się,że można nieco wpływać na odcień i jego nasycenie przez omijanie niektórych serduszek.Samo wytłoczenie pewnie trochę się zetrze po dłuższym używaniu,jednak serduszka nie są tylko namalowane cienką warstwą na powierzchni-tworzą mozaikę przez całą głębokość produktu.


Jak widzicie kolor różni się w zależności od tego,w którym miejscu przyłożymy pędzel.U góry swatch całego różu a na dole wersja z większą ilością ciemnych serduszek.To tylko dwa z wariantów,jest ich całkiem sporo.
Dostępna jest również wersja brzoskwiniowa Natural (która mnie bardzo kusi,jakżeby inaczej).
Róż jest miękki i bardzo dobrze napigmentowany,wystarczy muśnięcie pędzelka aby uzyskać nasycony kolor na policzku.Trzeba go więc używać rozważnie.Kosmetyk zawiera drobinki i ma błyszczące wykończenie,jest to jednak raczej błyszcząca poświata niż brokatowa bombka.Efekt świeży i fajny.



Opakowanie jest niewielkie (mieści się w dłoni) ale dość hmm...pękate."Talerzyk" z różem podnosi się,pod spodem kryje się całkiem przyzwoitej wielkości lusterko oraz małe mieszkanko na pędzelek.Pędzelek choć śliczny,różowy jak grzywa kucyka Pony :) jest kompletnie zbędny.Włosie jest twarde i rozwichrzone,nie ryzykowałabym malowania się czymś takim.
Wykonanie pudełeczka nie rzuca na kolanach,robi dość plastikowe wrażenie.Ponieważ jednak całość wygląda uroczo jestem w stanie to wybaczyć.
Róż pachnie według producenta fiołkiem (co ma być kolejnym czynnikiem poprawiającym humor).Według mnie jest to raczej cukierkowy zapach,z odrobiną kwiatów(niech będzie,że fiołków) jest on jednak bardzo słabo wyczuwalny.

Długo nie mogłam znaleść tego produktu w rozsądnej cenie,na ebayu czy allegro był zdecydowanie za drogi.W końcu Pysicians Formula pojawiło się na IHerb gdzie Happy Booster Blush kosztuje aktualnie w promocji 11,47$ za 7g.Jeżeli macie ochotę się skusić mam dla was kupon na -5$ od pierwszego zamówienia (w ten sposób wysyłka różu wyjdzie gratis).


Myślę,że mogę z czystym sumieniem polecić ten produkt.Uroczy gadżet i udany róż.Czy poprawia humor?Patrzenie na tą całą różowość i serduszkowość zdecydowanie sprawia mi przyjemność!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...