Nigdy nie byłam różomaniakiem. Miałam kilka w szufladzie, ba, zdarzało mi się używać przez kilka miesięcy jednego koloru. Moim absolutnym KWC w kategorii róży do policzków jest MAC Warm Soul. Zużyłam go już dość dawno temu i dla odmiany chciałam poszukać czegoś podobnego. Ostatnio miałam romans z Pupa Luminys Baked All Over, który jest na prawdę świetny ale duży i nieporęczny w podróży (a do tego bardzo łatwo go pokruszyć, na moich oczach babeczka w Douglasie upuściła i unicestwiła jeden z nich a kolejne dwa w sklepowej szufladzie również spotkał podobny los). Lubię również Hervanę ze stajni Benefit, ale to jest raczej kolor którego używam od czasu do czasu, a nie codziennie. Wreszcie mam jeszcze kremowego NYXa, ale kremowe róże to również zabawka na raz na jakiś czas. Jestem bezgranicznie oddana tintom Benefita, używam ich codziennie. Lubię jednak łączyć je z produktami w klasycznej, prasowanej formie. Taka kombinacja zapewnia całodzienną trwałość na kapryśnej cerze.
Doszłam ostatnio do wniosku, że jedyne stuprocentowo trafione zakupy to róże w odcieniu przypomniające mieszankę bronzera i ciepłych brzoskwiniowo-różowych tonów. W takich kolorach wyglądam najbardziej świeżo i korzystnie. Kolorach z pod znaku Warm Soul. W związku z tym, nie uszła mojej uwadze premiera nowego różu Benefit Rockateur. Pojawiła się (częściowo usprawiedliwiona ;) ) potrzeba posiadania nowego produktu w tej kategorii. Nie wiedziałam jednak, czy mam zdecydować się na starego ulubieńca, pozostającego w podobnej tonacji Dallas czy też na świeżutką nowość. Po kilkakrotnym macaniu ;) obu i oglądaniu recenzji na YT wybrałam się do Sephory w celu podjęcia ostatecznych kroków zakupowych. Byłam bardzo dzielna, poszłam z golutkimi policzkami i uzbrojona we własny pędzel. Przetestowałam na żywym organizmie. Odcienie są rzeczywiście w podobnym klimacie, Dallas jest nieco bardziej matowy i brązowy.Do domu wróciłam z odrobinę bardziej różowym i opalizującym Rockateurem.
Rany, ten róż jest rewelacyjny!
Po starciu się cieniutkiej warstwy owersprayu wykończenie produktu jest satynowe. Konsystencja jest mięciutka, prawie kremowa i przypomina mi róż Estee Lauder Pure Gelee. Aplikuje się bajecznie przyjemnie, jest bardzo fajnie napigmentowany. To zdecydowanie najlepiej napigmentowany róż Benefit, na równi z Coralistą. Swatchowany wygląda na bardziej różowy, na twarzy to piękna ciepła mieszanka brązu, brzoskwini i ciepłego różu. Delikatnie opalizuje. Bardzo mój kolor, zdecydowanie przypomina Warm Soul. Daje podobny efekt wypoczętej, świeżej i lekko opalonej cery.
Bardzo ładnie pachnie, nieco inaczej niż Hervana (która pachnie suszonymi śliwkami :) )
Tyle się nasłuchałam jakoby opakowanie było tandetne ale… mnie się podoba. Rockowa tematyka również. Nawet jeżeli jest to inspiracja bardziej z przymróżeniem oka. Jedyne co mi się nie podoba to oczywiście cena, podobnie jak w przypadku innych róży Benefit to 145zł. Warto upolować w promocji.
Nie mogę się od niego odkleić, węszę związek na długie miesiące.
Ps. zdjęcia wyszły nieco blado, na żywo róż jest bardziej widoczny.
Doszłam ostatnio do wniosku, że jedyne stuprocentowo trafione zakupy to róże w odcieniu przypomniające mieszankę bronzera i ciepłych brzoskwiniowo-różowych tonów. W takich kolorach wyglądam najbardziej świeżo i korzystnie. Kolorach z pod znaku Warm Soul. W związku z tym, nie uszła mojej uwadze premiera nowego różu Benefit Rockateur. Pojawiła się (częściowo usprawiedliwiona ;) ) potrzeba posiadania nowego produktu w tej kategorii. Nie wiedziałam jednak, czy mam zdecydować się na starego ulubieńca, pozostającego w podobnej tonacji Dallas czy też na świeżutką nowość. Po kilkakrotnym macaniu ;) obu i oglądaniu recenzji na YT wybrałam się do Sephory w celu podjęcia ostatecznych kroków zakupowych. Byłam bardzo dzielna, poszłam z golutkimi policzkami i uzbrojona we własny pędzel. Przetestowałam na żywym organizmie. Odcienie są rzeczywiście w podobnym klimacie, Dallas jest nieco bardziej matowy i brązowy.Do domu wróciłam z odrobinę bardziej różowym i opalizującym Rockateurem.
Rany, ten róż jest rewelacyjny!
Po starciu się cieniutkiej warstwy owersprayu wykończenie produktu jest satynowe. Konsystencja jest mięciutka, prawie kremowa i przypomina mi róż Estee Lauder Pure Gelee. Aplikuje się bajecznie przyjemnie, jest bardzo fajnie napigmentowany. To zdecydowanie najlepiej napigmentowany róż Benefit, na równi z Coralistą. Swatchowany wygląda na bardziej różowy, na twarzy to piękna ciepła mieszanka brązu, brzoskwini i ciepłego różu. Delikatnie opalizuje. Bardzo mój kolor, zdecydowanie przypomina Warm Soul. Daje podobny efekt wypoczętej, świeżej i lekko opalonej cery.
Bardzo ładnie pachnie, nieco inaczej niż Hervana (która pachnie suszonymi śliwkami :) )
Tyle się nasłuchałam jakoby opakowanie było tandetne ale… mnie się podoba. Rockowa tematyka również. Nawet jeżeli jest to inspiracja bardziej z przymróżeniem oka. Jedyne co mi się nie podoba to oczywiście cena, podobnie jak w przypadku innych róży Benefit to 145zł. Warto upolować w promocji.
Nie mogę się od niego odkleić, węszę związek na długie miesiące.
Ps. zdjęcia wyszły nieco blado, na żywo róż jest bardziej widoczny.