Zgodnie z obietnicą, dzisiaj kolejne jesienne propozycje produktów do ust, ale te bardzo delikatne.
O pomadkach (choć nie powinnam nazywać ich pomadkami bo opis producenta to "hydrating sheer lipshine") Rouge Coco Shine jest głośno od dość dawna. Są to lżejsze siostry Rouge Coco. Obie wersje kusiły mnie strasznie, ale w końcu kupiłam RCS w kolorze 52 Fetiche. Prawdopodobnie nie kupiłabym jej gdyby nie zamknięcie wrocławskiej perfumerii Marionnaud i towarzysząca temu wyprzedaż. Razem z bonem i rabatem za 86zł miałam pomadkę Chanel i cień L'oreala Infallible. Niezły interes, prawda :)?
Fetiche to róż z chłodnymi, fioletowymi tonami i bardzo ładnym połyskiem dającym efekt miękkich i wypielęgnowanych ust. Jest transparentny i wygląda bardziej jak balsam do ust czy też błyszczyk, ożywia naturalny kolor ust. Przyjemnie się ją nosi, dobrze nawilża ale co za tym idzie trwałość jest kiepska. Ma delikatny, różany zapach. Dla mnie to taki bardziej miły i przepięknie opakowany gadżet niż szminka, która odmieniła moje życie i będzie to zdecydowanie jednorazowa przygoda. Uważam, że nie jest warta swojej ceny, ale może stanowić miły prezent (czy to do kupienia sobie czy też innej osobie) i raczej większość kobiet zużyje ten produkt z przyjemnością.
Inglot kredka do ust w kolorze 23 to kolejny odcień zbliżony do koloru moich ust, ale bardziej pomarańczowo-różowy, w cieplejszej tonacji. Prawdę mówiąc planowałam kolor 17, który jest typową kredką w kolorze ust, ale niestety akurat ten kolor się skończył. 23 nadaje się do noszenia solo, z bezbarwnym błyszczykiem oraz pod większość szminek jako konturówka. Jest trwała (nieco mniej niż opisywana wcześniej 34, ale to już kwestia koloru a nie samego produktu), bajecznie prosta w obsłudze i niedroga. Te inglotowskie kredki to dla mnie prawdziwe odkrycie i na pewno skuszę się na więcej.
Idąc za ciosem i pozostając w Inglotowym transie (który doprowadził także do zakupu dwóch kolejnych błyszczyków Sleeks, ale o tym innym razem) postanowiłam przetestować pomadkę. Pomadka ta dziwnym trafem nazywa się po prostu "Pomadka do ust" (choć z tego co wiem za granicą nazywa się Slim Gel Lipstick i ta nazwa dobrze oddaje zarówno właściwości, jak i wygląd). Małe smukłe metalowe opakowanie mieści w środku sztyft wyprofilowany bardziej jak balsam do ust niż klasyczna szminka. Kosztuje, z tego co pamiętam 28zł i zawiera niewiele, bo tylko 2g produktu. Wychodzi dość drogo, ale moim zdaniem zdecydowanie warto bo szminka jest świetna. Kolor nr 41 to taki nieokreślony różo-koral. Na swatchach wypada trochę blado, na żywo może się pochwalić bardzo dobrą pigmentacją. Bardzo łatwo się aplikuje i gładko sunie po ustach. Wykończenie jest kremowe, zdecydowanie błyszczące, ale nie błyszczykowe. Świetnie nawilża, kolejna z tych szminek która komfortem noszenia dorównuje produktom pielęgnacyjnym. Zaskoczyła mnie jej trwałość, jak na szminkę nawilżającą trzyma się na prawdę długo. Zapach jest słodki, bardzo przyjemny.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Chanel RCS nie dorasta jej do pięt. Inglot może ma mniej efektowne opakownie, ale jest ono nadal eleganckie i przyjemne dla oka.
O mój biedny portfelu, będziesz musiał znieść zakup kolejnej pomadki z tej serii...:P
Która podoba się wam najbardziej? Może możecie polecić jakieś inne odcienie z tych linii produktów?