Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsamy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2014

Organique Balsam do ciała z masłem shea

Ostatnio miałam spory problem z suchością rąk. Smaruję ręce bardzo regularnie, kilka razy dziennie a kremy mam pochomikowane wszędzie, przy biurku, przy łóżku, w łazience, w aucie, na biurku w pracy. Wszędzie. Niestety na początku tego sezony grzewczego skóra zaczęła swędzieć i pękać a tradycyjne kremy nie pomagały. Wtedy przypomniało mi się o maśle Organique, które wielokrotnie zachwalał mi Kasia ze Sweet&Punchy. Poszłam więc zdecydowana na zakup. Balsam ten można kupić w kilku wariantach zapachowych, na wagę lub w gotowym pudełeczku. Po dłuższej kontemplacji wszystkich dostępnych wariantów zdecydowałam się na 100g słoiczek limitowanej edycji pierniczkowej. Za taką pojemność zapłaciłam 29zł. Dużo? Wcale nie, produkt jest diabelnie wydajny. Balsam składa się w większości z masła shea i ma stałą konsystencję. Trzeba go krótko rozgrzać w dłoniach przed aplikacją. Trochę tak, jak olej kokosowy. Potem nakłada się już bezproblemowo. Moja wersja pachnie iście rozkosznie, pierniczkowo-imbirowo, ale nie za słodko. Zapach zebrał już spore grono fanów, które to z mojego polecenia poszło kupić owy balsam.



Jestem zachwycona nie tylko zapachem, ale i działaniem. Świetnie zmiękcza, natłuszcza i chroni skórę. Używam tylko do rąk i stóp, ale do ciała również by się sprawdził, szczególnie punktowo na wyjątkowo suche miejsca. Uporał się z suchością dłoni w ciągu kilku dni a problem nie wrócił. Jak już wspominałam jest niesamowicie wydajny, wystarczy na prawdę odrobinka na każdorazowe użycie. Przekładam go sobie do mniejszych pojemniczków i noszę zawsze przy sobie w torebce. Kiedy skończę ten słoiczek, na pewno kupię kolejne. Świetny, bardzo skuteczny i przyjemny w używaniu produkt. Polecam, zdecydowanie warto!



Znacie to masło? Jaki jest wasz ulubiony zapach?

wtorek, 19 listopada 2013

Bielenda, nowe balsamy i masełka do ust


Pod koniec września w Rossmannie pojawiła się nowa seria do pielęgnacji ust Bielendy. Dwa rodzaje produktów (masełka i balsamy), każdy w trzech wariantach: brzoskwinia, malina i wiśnia. Kosztują niecałe 7zł. Oczywiście, musiałam przetestować. Ponieważ nie lubię za bardzo wiśni, wybrałam malinowy balsam i brzoskwiniowe masełko. Opakowania są tak urocze, że trudno się im oprzeć. Balsam to wygodna, spora tubka z dziubkiem a masełko to plastikowa puszeczka (jest w ogóle coś takiego jak plastikowa puszeczka ;)?).


Niestety, za ślicznym opakowaniem nie idzie nic więcej. Oba produkty zachowują się zupełnie jak zwykłe, pospolite smakowe wazeliny. Nawet tak samo pachną, malinowy balsam jest identyczny z poziomkową wazeliną Kosmed. Z pielęgnacji czy odżywienia nici. Konsystencja bardzo lekka, tłusta i po prostu wazelinowa. Na ustach są lekko błyszczące, zostawiają tłusty ale nienawilżający film, który błyskawicznie ucieka z ust. Powiem to jeszcze raz, zupełnie jak zwykła tania wazelina. Od balsamu do ust wymagam nawilżenia i ochrony trwającej dłużej niż pięć minut.
Nie barwią ust, nie wiem jak byłoby w przypadku wiśniowej wersji.


Jestem zawiedziona. Nie spełniają swojego zadania, nawet nie pachną ciekawie. Co mi w tym wypadku po synaptycznym opakowaniu? Dużo ładnych słów na opakowaniu ale efektów zero. A miało być tak fajnie.

Jakie są wasze doświadczenia z tą serią? Testowałyście już?

poniedziałek, 22 lipca 2013

Sun Ozone Samoopalacz w sprayu i mleczko samoopalające


Lato to dla mnie zdecydowanie sezon samoopalaczowy. Zdecydowanie nie przepadam za opalaniem się, nie umiem uleżeć w miejscu ;), nie lubię żaru lejącego się z nieba i bardzo ciężko jest mi nabrać jakiegokolwiek koloru. Lubię natomiast skórę w lekko złocistym odcieniu, szczególnie kiedy mowa o nogach. Nie mam obsesji na punkcie opalenizny, ale kiedy odsłaniam nogi lepiej czuję się, kiedy są choć odrobinę ciemniejsze.
Testowałam sporo kosmetyków samoopalających (tak na marginesie, kiedyś było ich na pułkach więcej, poznikały na przykład świetne samoopalacze L'oreala i Garniera), najczęściej używam mleczek stopniowo opalających, z których ulubionymi są Dove i Ziaja Sopot. Lubię, kiedy po 2-3 aplikacjach można uzyskać w miarę wyraźne efekt. Ostatnio z ciekawości skusiłam się na dwa produkty z rossmannowskiej serii Sun Ozone: mleczko samoopalające do skóry normalniej i ciemnej oraz samoopalacz w sprayu (występujący w jednej wersji). Oba produkty mają przystępną cenę, spray kosztuje 9zł a mleczko 11zł.
Nie mam przekonania do produktów w sprayu (z wyjątkiem antyperspirantów). Obawiałam się plam, nierównomiernego koloru i armagedonu w łazience. Pod tym względem, jestem pozytywnie zaskoczona. Spray nakłada się szybko, psika bez zacinania się w każdej pozycji (co ułatwia aplikację z tyłu nóg czy na plecach). Nie ma potrzeby wmasowywania go w skórę, zgodnie z obietnicą producenta wysycha rzeczywiście błyskawicznie. Jest bardzo łatwy w aplikacji, pod tym względem śmiało polecam go początkującym. Wydajność przyzwoita zupełnie, oceniam ją na kilkanaście aplikacji. Niestety, nie do końca podoba mi się sam efekt, jest bardzo delikatny. Musiałam wielokrotnie powtarzać aplikację, żeby zobaczyć pożądane efekty. Dihydrosksyaceton jest na trzecim miejscu w składzie, spodziewałam się mocniejszego efektu. Ostatecznie zużyłam go do końca stosując jako dodatkową warstwę wzmacniającą efekt mleczka. Nie podoba mi się też zapach, spray pachnie jak sztuczne fiołki. Nie przepadam za fiołkowym zapachem, szczególnie w takim wydaniu.

Mleczko jest dostępne w wersji do skóry jasnej  do skóry normalniej i ciemnej. Wybrałam mocniejszy wariant, zazwyczaj taki właśnie wybieram. Ma lekką konsystencję, łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Nie mam mu nic do zarzucenia w kwestii aplikacji. Zapach taki sam, jak w przypadku sprayu, ale niestety jeszcze bardziej intensywny. Muszę przyznać, że te fiołki mi przeszkadzają.
Mleczko opala mocniej niż spray, ale nadal nie jestem w pełni usatysfakcjonowana.

Oba produkty są przyzwoite i nie powinny sprawić problemów nawet początkującym. Są bardzo łatwe w aplikacji a cena niewątpliwie zachęca do zakupu. Ja jednak więcej się nie skuszę, zdecydowanie lepszy efekt uzyskuję używając balsamu Dove, czy Sopot. Ponieważ w lecie częstotliwość golenia i peelingowania nóg jest częstsza ;), najbardziej cenie sobie samoopalacze dające efekt zanim wszelkie wysiłki zostaną zniweczone złuszczaniem skóry :D.

Nadal bezzskutecznie szukam samooplacza, który oprócz opalania będzie oferował również natychmiatowe zabarwienie skóry, ale odkąd z półek zniknęły kosmetyki samoopalające L'oreal nie mogę nic podobnego znaleźć.



Jaki jest wasz ulubiony samoopalacz?

piątek, 19 lipca 2013

Rewolucja czy niewypał? Nivea Odżywczy balsam do ciała pod prysznic


Od pewnego czasu nie sposób nie natknąć się na reklamy nowych produktów Nivea: balsamów do ciała pod prysznic. Niektóre drogerie rozdają miniaturki (ostatnio dostałam takiego malucha w Hebe), na faceboou można również wygrać pełnowymiarowe produkty. Ja swój Odżywczy balsam (dostępna jest jeszcze wersja nawilżająca do cery normalnej i suchej) mam już od dość dawna, kupiłam zaraz po pojawieniu się go w Rossmannie. Duża butelka 400ml kosztowała 25zł. Skusiła mnie w tym wypadku oczywiście wrodzona ciekwaość ;) oraz zapach. Granatowa wersja pachnie klasycznym kremem Nivea a zapach długo utrzymuje się na skórze.

Na początek muszę ponarzekać na opakowanie. Jest masywne, nieładne a produkt lekko przecieka brudząc zakrętkę od środka. Jest niewygodne do trzymania mokrą ręką.
Sam balsam jest dość rzadki, rzadszy np. od kremowych żeli pod prysznic Dove (co dobrze obrazuje to dziwne, bądź co bądź, zdjęcie ;) ) . Nie miałam większego problemu z aplikacją.



Rekomendowany sposób użycia to nałożenie na umyte, wilgotne ciało a następnie spłukanie. Czytałam też również, że można go tylko wytrzeć ręcznikiem (jak oliwkę). Wypróbowałam oba sposoby. Niestety, zarówno w jednym, jak i drugim przypadku balsam okazał się mało przydatny.
Spłukany nawilża zdecydowanie za mało, wytarty ręcznikiem również niewystarczająco. Odczuwam potrzebę nałożenia balsamu. Dość przydatny okazał się tylko przed użyciem samoopalacza, nie musiałam stosować dodatkowej warstwy balsamu.
Być może przypadłby do gustu osobom, które nie lubią wyraźnej warstwy  balsamu? Albo tym, które nie mają suchej skóry( ale przecież jest to produkt dedykowany właśnie takiej skórze!). Myślę jednak, że nadal nie jest to atrakcyjna propozycja dla osób, którym nie chce się wsmarowywać w ciało nawilżaczy. Bo cały proces wydłuża się o dodatkową czynność, balsam nie zastępuje żelu pod prysznic, trzeba go dodatkowo rozprowadzić a dodatkowo jeszcze spłukać.

Dla mnie balsam pod prysznic okazał się bezużyteczny. Nie zastępuje balsamu do ciała i nie wnosi nic pożytecznego do codziennej pielęgnacji.


Testowałyście go już? Co o nim sądzicie?

wtorek, 21 maja 2013

Revlon Just Bitten Kissable Balm Stain


Przedwczoraj ponarzekałam na revlonowe masełka do ust, dziś zgodnie z obietnicą podzielę się z wami moją opinią na temat kolejnego popularnego produktu tej firmy.
Just Bitten Kissable Balm Stains to kredki kolejna hybryda, tym razem połączenie staina barwiącego usta i nawilżającego balsamu. Oczywiście, ich również chciałam spróbować od dłuższego czasu i również nieco odstraszała mnie cena, tak jak w przypadku masełek. Kupiłam je w tej samej promocji, ze zniżką -40%. Regularna cena wynosi 49,90zł za 2,7g. Forma grubiotkiej kredki jest sympatyczna. Jest to jednak kredka tylko pozornie bo wykręca się ją jak każdy inny sztyft. Szczpiczasty czubek ułatwia aplikację. Podoba mi się przyjemny miętowy zapach, fajnie orzeźwia i nie jest ani trochę słodki.

Wybrałam intensywną fuksję z niebieskimi drobinkami (Lovesick) oraz chłodny róż (Cherish). Miałam okazję testować również zaskakująco twarzowy jasny fiolet (Darling) i mam ochotę dołączy również ten kolor do mojej kolekcji :)


Przepadam za stainami a stainy w połączeniu z właściwościami nawilżającymi mają zawsze ogromną szansę na podbicie mojego serca. Tak też stało się w tym wypadku, bardzo lubię revlonowe kredki.
Łatwo się nakładają, konsystencja jest wystarczająco miękka aby wygodnie ją zaaplikować, ale jednocześnie nie zbyt maślana co powodowałoby łamanie się sztyftu. Przyjemna nawilżająca warstwa zjada się po jakimś czasie (ale muszę tu zaznaczyć, że trwa całkiem długo) ale sam kolor trwa dalej, jak typowy stain. Reaplikacja również nie stanowi większego problemu, można także sam stain pokryć warstwą balsamu do ust czy błyszczyka.




Szczególnie polubiłam Lovesick, jest bardzo przyjemny w noszeniu, łatwy do nakładania w pośpiechu pomimo intensywnego koloru i spokojnie wytrzymuje kilka godzin bez wysuszania moich podatnych na to ostatnimi czasu ust. Do tego sam odcień jest świetny.

Uważam, że kredki są zdecydowanie warte zakupu. Kolory są nasycone i trwałe a obiecany efekt pielęgnacyjny tym razem faktcznie jest zauważalny. Dodatkowym plusem jest łatwość aplikacji. 50zł to co prawda wysoka cena, ale w promocji są niezwykle kuszącą propozycją. Mam na oku jeszcze trzy kolory : Honey, Crush i Darling i prędzej czy później pewnie się złamię i je kupię. Aktualnie można je kupić w Superpharmie za 40zł.

Zasługują również na pochwałę za śliczne nazwy. Mam wrażenie, że nieco radośniej i lżej się żyje używając pomadki Darling czy Honey ;).

niedziela, 19 maja 2013

Revlon Colorburst Lip Butter czyli co sądzę o słynnych masełkach



Ileż ja się naczekałam na te masełka! W Stanach pojawiły się już przeszło dwa lata temu i stały się youtuowo-blogowym hitem. Ja, jako stworzenie bardzo podatne na tego rodzaju kuszenie straszliwie miałam ochotę je przetestować.
Na polskich półkach pojawiły się, jeżeli nie myli mnie pamięć, z ponad rocznym opóźnieniem i w mocno ograniczonej gamie kolorów. Entuzjazm zdołał już trochę opaść a dodatkowo przygasiła go cena, masełka kosztowały w Douglasie 40zł. Uznałam to za cenę dość bandycką, szczególnie że w sieci Hebe kosztowały one podobno poniżej 30zł jak donosiły Warszawianki. Dodatkowo nie dotarł do nas kolor, który sobie upatrzyłam i nie zdecydowałam się na zakup. Nadal jednak gdzieś pałętała się myśl, że to może być produkt który pokocham. Kiedy we Wrocławiu otwarto drogerię Hebe i wkrótce po tym przytrafiła się promocja -40% na kosmetyki Revlon udało mi się wreszcie dorwać słynne masełka (razem z kredkami Kissable Balm Stains, o których napiszę więcej niedługo).
Wybrałam soczysty, bezdrobinkowy róż o kolarowym zacięciu czyli Sweet Tart oraz połyskujący chłodny róż z wyraźnymi fioletowymi tonami czyli Cotton Candy.


Pomadki mają na prawdę świetne opakowanie, zakrętka nie tylko różni się odcieniem w zależności od koloru szminki, ale także ma na szczycie przezroczyste okienko pozwalające dokładnie obejrzeć zawartość :). Całość wygląda porządnie i elegancko, naklejka z nazwą odcienia nie ściera się i jest bardzo czytelna.Sztyft jest ukośnie ścięty, wyprofilowany bardziej jak balsam do ust, niż pomadka. Produkt nie ma zapachu ani smaku (co poczytuję mu raczej jako zaletę, niż wadę).






Producent reklamuje Lip Butters jako hybrydę szminki i balsamu do ust. Jak jest praktyce?

Muszę wam powiedzieć, że ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie polubiłam się specjalnie z tymi mazidełkami. Myślałam, że staną się stałymi bywalcami mojej torebki, kieszeni i kosmetyczki a tym czasem muszę sobie przypominać, żeby ich używać.
Faktycznie, konsystencja jest bardzo przyjemna i kremowa. Produkt gładko sunie po ustach a aplikacja nie nastręcza trudności zarówno w przypadku mocno napigmentowanego Sweet Tart, jak i transparentnego Cotton Candy. Niestety początkowe uczucie nawilżenia szybko mija, pomadki wyraźnie wysuszają moje usta, dają uczucie ściągnięcia i podkreślają wszelkie suche miejsca. Ten aspekt noszenia Lip Butters bardzo mnie irytuje, znam wiele pomadek które nie są reklamowane jako nawilżające a są dużo bardziej komfortowe na ustach (np. Rimmel Lasting Finish). Dostępne kolory są bardzo ładne, w palecie znajdziemy spory przekrój kolorów od mocno nasyconych do bardzo transparentnych, o różnych wykończeniach. Trwałość jest bardzo kiepska, nie przetrwają absolutnie jedzenia i picia a i bez tego konieczne będą częste poprawki. Oczywiście, balsamowi do ust wybaczyłabym słabą trwałość, ale gdy produktowi brak i właściwości pielęgnacyjnych i trwałości to ciężko być wyrozumiałym.
 Za słabą trwałością idzie również kiepska wydajność, ze względu na konsystencję sztyft zużywa się błyskawicznie.
Nie mogę też nie ponarzekać ponownie na cenę, te pomadki absolutnie nie są warte 40zł! Szczególnie, jeżeli uwzględnimy wydajność i bardzo małą pojemność (2,55g).

Nazywanie ich masełkiem to moim zdaniem pomyłka. To po prostu pięknie opakowane lekkie pomadki o błyszczącym wykończeniu (swoją drogą, nic rewolucyjnego i specjalnie nowego), które z pielęgnacją ust mają bardzo niewiele wspólnego.

Nie planuję zakupu kolejnych. Jeżeli spotkacie je w promocji i akurat spodoba się wam konkretny odcień to można rzucić na nie okiem, ale na pewno nie w cenie regularnej. Nie są oczywiście tragiczne i pewnie gdyby kosztowały 20zł patrzyłabym na nie nieco łaskawiej, ale w takiej sytuacji po prostu nie mogę.



piątek, 22 czerwca 2012

Soraya Piękne Ciało Balsam do ciała rozświetlająco-nawilżający


Seria Soraya Piękne ciało składa się z kilku różnych wariantów balsamów opakowanych w uroczą różową tubę. Wiem, że taka stylistyka nie każdemu będzie odpowiadała, ale ja jestem nią zawchwycona. Delikatnie różowa tubka w groszki ozdobiona sympatycznymi rysunkami. Kosmetyk kosztuje w Rossmannie niecałe 14zł za 200ml.

Nie wiedziałam, na który wariant się zdecydować (mamy do wyboru min. nawilżająco-wygładzający, wyszczuplający i inne takie cuda) i w końcu wybrałam ten, który ozdobiony był torebką (cześć torebkomanio :D ). Balsam rozświetlająco-nawilżający miał zawierać "złociste drobinki". Niestety okazało się, że owe drobinki to gigantyczny złoty brokat :(. Brokat, który osypuje się z człowieka intensywnie i uniemożliwił mi właściwie stosowanie go w innych warunkach niż na noc. Sam balsam zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ma przyjemną dość gęstą ale nie tłustą konsystencję, pachnie delikatnie owocowo-malinowo. Bardzo fajnie nawilża, wygładza. Tuba jest miękka i wygodnie wydobywa się z niej produkt do samego końca.



Strasznie szkoda, że ten brokat jest tak wielki i irytujący. Nie mam nic przeciwko złotym drobinkom, ba nawet je lubię. Jednak lubię kiedy to są DROBINKI a nie brokat. Inne właściwości produktu bardzo mi odpowiadają, więc skuszę się ponownie, ale na inną wersję.

Ocena: 3 (ale tylko i wyłącznie ze względu na koszmarny brokat)


piątek, 9 marca 2012

Perfecta SPA Cukrowy peeling i masło antycelulitowe pomarańcza+wanilia



Dzisiaj o zgranym duecie od Perfecty.Kiedy znalazłam w paczuszce cukrowy peeling do ciała i masło z linii SPA bardzo się ucieszyłam.Wcześniej miałam już do czynienia z peelingiem w wersji kokosowo-czekoladowej i bardzo mi się podobał.Masło z kolei było nowością w mojej łazience,ale jako miłośniczka treściwych kremów i balsamów z przyjemnością przetestowałam kolejny.

Kosmetyki zamknięte są w plastikowy słoiczku o pojemności 225ml,kosztują około 14,50zł.Zanim przejdę do recenzji poszczególnych produktów muszę trochę po marudzić na opakowanie.Nie podoba mi się,jest bardzo plastikowe,denko nie jest zbyt stabilne (łatwo je wyłamać utrudniając wygodne postawienie kosmetyku).Posrebrzane napisy błyskawicznie się wycierają i wyglądają nieciekawie.Całość zdecydowanie prosi się o zmianę .
Zapach natomiast jest świetny,seria pachnie tak jak recenzowane wcześniej zabiegi w saszetkach.Korzenna pomarańcza,słodka i trochę ciasteczkowa.Bardzo udana kompozycja,zdecydowanie uprzyjemnia używanie.


Masło ma gęstą konystencję,jak na produkt o tej nazwie przystało.Jest aksamitne i przyjemne w aplikacji.Nie ma problemów ze wsmarowaniem,pomimo treściwości i masełkowatości :).Skóra po użyciu jest miła w dotyku,miękka i nawilżona.Kosmetyk zapewnia też przyzwoity poziom natłuszczenie,nie jest to może odżywienie na miarę masła TBS ale nadal porządne.Zostawia na skórze ochronny film.
Wydajność średnia,zużyłam je dość szybko.Jeżeli lubicie gęste masełka istnieje prawdopodobieństwo,że polubicie i ten.


Ocena: 4+ 






Peelingi cukrowe są moim ulubionym rodzajem "złuszczaczy" a ten od Perfecty jest nie tylko skuteczny,ale i miły w użyciu.Dostępny w większości drogerii,cena jak najbardziej przystępna.Wersja czekoladowo-kokosowa pachnie na prawdę bosko ale pomarańczowo-waniliowa także mi się spodobała.
Drobinki cukru są spore,porządnie peelingują a po rozpuszczeniu się na skórze pozostaje warstwa nawilżającego olejku.Skóra ja tak miło nawilżona,że właściwie te z was,które nie mają bardzo suchej skóry mogą obyć się bez balsamu po wyjściu z kąpieli.
Działaniem przypomina mi sporo droższy peeling cukrowy z YR.Bardzo porządny scrub,będę do niego wracać.

Ocena: 5- (minus za kiepskie opakowania,taka świetna zawartość zasługiwałaby na coś więcej).


Jeżeli chodzi o właściwości antycelulitowe to cóż...jakby to odpowiednio ująć.Mam celulit ale jednocześnie uważam,że są gorsze problemy w życiu niż troszkę(albo nawet więcej niż troszkę) nierówności na skórze.Nie walczę z nim,nie spędza mi on snu z powiek.Nie wierzę w specyfiki przeciwko pomarańczowej skórce.Peeling i masaż skóry na pewno pomaga utrzymać ją ładniejszą i bardziej jędrną i gładką.To by było na tyle w tej kwestii ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...