Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2014

Organique Balsam do ust kokosowe ciasteczka


Jakiś czas temu odwiedzając Organique trafiłam na nowość i to nowość w promocji. Nowe balsamy do ust, dwa w cenie jednego. Normalnie kosztują 30zł, w promocji miałam więc jeden za 15zł. Do wyboru były cztery wersje: kokosowa, czekoladowa, pomarańczowa i wiśniowa. Niestety trzech z czterech zapachów nie lubię, wzięłam więc dwa kokosowe (kokosowe rzeczy dla odmiany uwielbiam) i jeden dałam koleżance w prezencie.
Balsam zapakowany jest w wygodną i bardzo ładna aluminiową zakręcaną puszeczkę. Producent obiecuje same naturalne składniki i brak konserwantów.


Rzeczywiście, skład jest bardzo dobry i na pewno ucieszy nawet fanatyczki naturalnych składów. Olej ze słodkich migdałów, oliwa, olej z awokado. Bardzo fajnie. Balsam rzeczywiście dobrze i długotrwale nawilża. Łatwo się aplikuje, jest bezbarwny i delikatnie błyszczący. Nadaje się do stosowania pod kolorowe pomadki. Zapach jest niezwykle apetyczny, rzeczywiście kokosowo-ciasteczkowy. Jedyne co mi się nie podoba to smak, jest niepotrzebnie słodki. Wolę, kiedy produkty do ust nie mają słodkiego smaku.

Balsam nie jest najtańszy, ale zapowiada się na bardzo wydajny. Dodatkowo skład jest na prawdę imponujący. Warto dać mu szansę, myślę że jest godny polecenia. Przyjemnie mi się go używa, włożyłam go do torebki i sięgam po niego często. 

niedziela, 2 marca 2014

L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust

Muszę, muszę, muszę mieć je wszystkie…i wcale nie chodzi tu o Pokemony ;). Uwielbiam produkty do ust i mam wewnętrzny przymus testowania wszelkich nowości. Szczególnie, kiedy dotyczy to produktów obiecujących trwałość i komfort noszenia. Pamiętacie pewnie, że ubóstwiam poprzednie dziecko L'oreala, Caresse Shine będące bliźniakiem YSL Glossy Stain. Od czasu zrecenzowania ich na blogu moja kolekcja powiększyła się i jest to produkt, bez którego (obok Revlon Kissable Balm Stain) nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pomimo chęci ograniczenia mojego rozpasania w dziedzinie kupowania produktów do ust, skusiłam się na nowość, L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust (cóż za niewygodna do pisania i cytowania nazwa). Wybór kolorów nie jest oszałamiający, ale te z odcieni, które trafiły u nas do sprzedaży są bardzo ładne i nie mogłam się zdecydować. Jest sporo róży, korali, ale są też nudziaki i intensywna czerwień. W końcu wybór padł na żywą fuksję z niebieskim shimmerem 401 Fuchsia Drama. Załapałam się na promocję, w Superpharmie zapłaciłam niecałe 39zł, cena regularna jest dość wysoka, około 53zł.
Producent obiecuje, że jest to innowacyjna hybryda (uwielbiam to słowo!) błyszczyka i szminki. Formuła ma być oparta na olejkach, i powodować, że ów produkt jest szminką-eliksirem i zapewnia zarówno kolor i połysk, jak i pielęgnację. Zamknięty jest w eleganckim, złotym opakowaniu. Opakowanie jest na prawdę bardzo ładne, ale dodatkowo umożliwia szybką identyfikację koloru dzięki "okienku" z boku i kolorowej naklejce. Aplikator ma nieco kosmiczny kształt, jest miękki i wygodny.
Jednym słowem rzekomo mamy do czynienia z cudem myśli kosmetycznej ;). Prawda to?




PRAWDA! Eliksir ten (jak tu się do niego mniej szumnie odnosić?) jest rewelacyjny. Będą pieśni pochwalne. Bajecznie prosta i przyjemna aplikacja, konsystencja, nie chciałabym tak tego określić ale inaczej nie umiem, nie do opisania. Maślana i niesamowicie przyjemna na ustach. Świetny kolor, rewelacyjna pigmentacja. Usta wyglądają jak polakierowana tafla. Jest bezproblemowy i bardzo przyjemny w noszeniu. Trwałość nie jest może tak imponująca, jak w przypadku stainów (ale fakt faktem nikt tego nie obiecywał) ale trzyma się na prawdę bardzo dobrze szczególnie biorąc pod uwagę wykończenie i komfort noszenia. Kiedy zje się błyszcząca warstwa, na ostach zostaje kolor, ale podejrzewam że jest to kwestia konkretnego koloru, który wybrałam i nudziaki niekoniecznie będą zachowywać się tak samo. Pięknie pachnie, brzoskwiniami.



Jestem zachwycona, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Nawet wybór kolorów jest tym razem trafiony. Wolałabym ,żeby był tańszy ale zawsze można upolować w promocji i śmiem twierdzić, że jest wart grzechu nawet w regularnej cenie.
Wczoraj dostałam w spadku 600 Nude Ballet, brzoskwiniowego nudziaka, który również zapowiada się przepysznie.


wtorek, 19 listopada 2013

Bielenda, nowe balsamy i masełka do ust


Pod koniec września w Rossmannie pojawiła się nowa seria do pielęgnacji ust Bielendy. Dwa rodzaje produktów (masełka i balsamy), każdy w trzech wariantach: brzoskwinia, malina i wiśnia. Kosztują niecałe 7zł. Oczywiście, musiałam przetestować. Ponieważ nie lubię za bardzo wiśni, wybrałam malinowy balsam i brzoskwiniowe masełko. Opakowania są tak urocze, że trudno się im oprzeć. Balsam to wygodna, spora tubka z dziubkiem a masełko to plastikowa puszeczka (jest w ogóle coś takiego jak plastikowa puszeczka ;)?).


Niestety, za ślicznym opakowaniem nie idzie nic więcej. Oba produkty zachowują się zupełnie jak zwykłe, pospolite smakowe wazeliny. Nawet tak samo pachną, malinowy balsam jest identyczny z poziomkową wazeliną Kosmed. Z pielęgnacji czy odżywienia nici. Konsystencja bardzo lekka, tłusta i po prostu wazelinowa. Na ustach są lekko błyszczące, zostawiają tłusty ale nienawilżający film, który błyskawicznie ucieka z ust. Powiem to jeszcze raz, zupełnie jak zwykła tania wazelina. Od balsamu do ust wymagam nawilżenia i ochrony trwającej dłużej niż pięć minut.
Nie barwią ust, nie wiem jak byłoby w przypadku wiśniowej wersji.


Jestem zawiedziona. Nie spełniają swojego zadania, nawet nie pachną ciekawie. Co mi w tym wypadku po synaptycznym opakowaniu? Dużo ładnych słów na opakowaniu ale efektów zero. A miało być tak fajnie.

Jakie są wasze doświadczenia z tą serią? Testowałyście już?

niedziela, 10 listopada 2013

Bourjois Color Boost kredka Peach on the beach


 Popularność pomadek w formie przerośniętych kredek do ust ciągle rośnie. Forma ta jest bardzo wygodna, przyjazna w aplikacji i najzwyczajniej w świecie bardzo sympatyczna. Moimi absolutnymi faworytami w tej kategorii są rewelacyjne balsamy Revlon, jakiś cza temu postanowiłam jednak dać szansę kredce Bourjois Color Boost. Producent obiecuje lekkość i wodoodporny kolor o 10-cio godzinnej trwałości. Cena regularna to około 28zł, ja kupiłam ją w promocji -40%. Ostatnio pojawiły się dwa nowe kolory, wybój odcieni jest całkiem satysfakcjonujący. Moja kredka to Peach on the beach (nazwa jest rozbrajająca, musicie przyznać :) ) czyli dość intensywny różo-koral. Pomadka ma typowo kredkowy ostry "dziubek" i wykręca się dzięki pokrętłu (jak inaczej to określić nie wiem) na dole opakowania. Zapach bardzo delikatny, przyjemny ale zupełnie neutralny. Taki szminkowo-kosmetyczny można by rzec.


Pomadka jest faktycznie leciutka, maślana i łatwo ślizga się po ustach. Po aplikacji prawie jej nie czuć (chyba wolałabym, żeby była odrobinę bardziej treściwa). Ma ładny, naturalnie wyglądający połysk. Kolor jest z jednej strony transparentny, ale z drugiej dość dobrze napigmentowany (czasami zdarza się, że te dwie cechy nie są przeciwieństwami i to jest taki właśnie ewenement).



Trwałość ok, trochę lepsza niż w przypadku większości nawilżających pomadek czy balsamów koloryzujących. Usta zostają lekko zabarwione nawet, kiedy produkt zaczyna się zjadać. Nie jest to jednak na pewno bardzo trwały, ani tym bardziej wodoodporny kosmetyk. Możliwe, że ciemniejsze odcienie spisują się pod tym względem lepiej.
 Na pochwałę zasługuje rzeczywiście lekka konystencja, niemalże jakby mieć gołe usta :). Pomadka nie wysusza, jest komfortowa w noszeniu i aplikacji. Kolor ładny i odpowiednio intensywny. Kissable Balm Stain'sów nie pobije, ale nadal jest to solidny kosmetyk. Jeżeli lubicie kredki do ust, myślę że propozycja Bourjois was nie zawiedzie. To jeden z tych produktów, które lubię mieć w torebce i w ciągu dnia dokonywać szybkich poprawek w biegu. Szkoda tylko, że napisy na opakowaniu błyskawicznie się ścierają...

wtorek, 21 maja 2013

Revlon Just Bitten Kissable Balm Stain


Przedwczoraj ponarzekałam na revlonowe masełka do ust, dziś zgodnie z obietnicą podzielę się z wami moją opinią na temat kolejnego popularnego produktu tej firmy.
Just Bitten Kissable Balm Stains to kredki kolejna hybryda, tym razem połączenie staina barwiącego usta i nawilżającego balsamu. Oczywiście, ich również chciałam spróbować od dłuższego czasu i również nieco odstraszała mnie cena, tak jak w przypadku masełek. Kupiłam je w tej samej promocji, ze zniżką -40%. Regularna cena wynosi 49,90zł za 2,7g. Forma grubiotkiej kredki jest sympatyczna. Jest to jednak kredka tylko pozornie bo wykręca się ją jak każdy inny sztyft. Szczpiczasty czubek ułatwia aplikację. Podoba mi się przyjemny miętowy zapach, fajnie orzeźwia i nie jest ani trochę słodki.

Wybrałam intensywną fuksję z niebieskimi drobinkami (Lovesick) oraz chłodny róż (Cherish). Miałam okazję testować również zaskakująco twarzowy jasny fiolet (Darling) i mam ochotę dołączy również ten kolor do mojej kolekcji :)


Przepadam za stainami a stainy w połączeniu z właściwościami nawilżającymi mają zawsze ogromną szansę na podbicie mojego serca. Tak też stało się w tym wypadku, bardzo lubię revlonowe kredki.
Łatwo się nakładają, konsystencja jest wystarczająco miękka aby wygodnie ją zaaplikować, ale jednocześnie nie zbyt maślana co powodowałoby łamanie się sztyftu. Przyjemna nawilżająca warstwa zjada się po jakimś czasie (ale muszę tu zaznaczyć, że trwa całkiem długo) ale sam kolor trwa dalej, jak typowy stain. Reaplikacja również nie stanowi większego problemu, można także sam stain pokryć warstwą balsamu do ust czy błyszczyka.




Szczególnie polubiłam Lovesick, jest bardzo przyjemny w noszeniu, łatwy do nakładania w pośpiechu pomimo intensywnego koloru i spokojnie wytrzymuje kilka godzin bez wysuszania moich podatnych na to ostatnimi czasu ust. Do tego sam odcień jest świetny.

Uważam, że kredki są zdecydowanie warte zakupu. Kolory są nasycone i trwałe a obiecany efekt pielęgnacyjny tym razem faktcznie jest zauważalny. Dodatkowym plusem jest łatwość aplikacji. 50zł to co prawda wysoka cena, ale w promocji są niezwykle kuszącą propozycją. Mam na oku jeszcze trzy kolory : Honey, Crush i Darling i prędzej czy później pewnie się złamię i je kupię. Aktualnie można je kupić w Superpharmie za 40zł.

Zasługują również na pochwałę za śliczne nazwy. Mam wrażenie, że nieco radośniej i lżej się żyje używając pomadki Darling czy Honey ;).

niedziela, 19 maja 2013

Revlon Colorburst Lip Butter czyli co sądzę o słynnych masełkach



Ileż ja się naczekałam na te masełka! W Stanach pojawiły się już przeszło dwa lata temu i stały się youtuowo-blogowym hitem. Ja, jako stworzenie bardzo podatne na tego rodzaju kuszenie straszliwie miałam ochotę je przetestować.
Na polskich półkach pojawiły się, jeżeli nie myli mnie pamięć, z ponad rocznym opóźnieniem i w mocno ograniczonej gamie kolorów. Entuzjazm zdołał już trochę opaść a dodatkowo przygasiła go cena, masełka kosztowały w Douglasie 40zł. Uznałam to za cenę dość bandycką, szczególnie że w sieci Hebe kosztowały one podobno poniżej 30zł jak donosiły Warszawianki. Dodatkowo nie dotarł do nas kolor, który sobie upatrzyłam i nie zdecydowałam się na zakup. Nadal jednak gdzieś pałętała się myśl, że to może być produkt który pokocham. Kiedy we Wrocławiu otwarto drogerię Hebe i wkrótce po tym przytrafiła się promocja -40% na kosmetyki Revlon udało mi się wreszcie dorwać słynne masełka (razem z kredkami Kissable Balm Stains, o których napiszę więcej niedługo).
Wybrałam soczysty, bezdrobinkowy róż o kolarowym zacięciu czyli Sweet Tart oraz połyskujący chłodny róż z wyraźnymi fioletowymi tonami czyli Cotton Candy.


Pomadki mają na prawdę świetne opakowanie, zakrętka nie tylko różni się odcieniem w zależności od koloru szminki, ale także ma na szczycie przezroczyste okienko pozwalające dokładnie obejrzeć zawartość :). Całość wygląda porządnie i elegancko, naklejka z nazwą odcienia nie ściera się i jest bardzo czytelna.Sztyft jest ukośnie ścięty, wyprofilowany bardziej jak balsam do ust, niż pomadka. Produkt nie ma zapachu ani smaku (co poczytuję mu raczej jako zaletę, niż wadę).






Producent reklamuje Lip Butters jako hybrydę szminki i balsamu do ust. Jak jest praktyce?

Muszę wam powiedzieć, że ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie polubiłam się specjalnie z tymi mazidełkami. Myślałam, że staną się stałymi bywalcami mojej torebki, kieszeni i kosmetyczki a tym czasem muszę sobie przypominać, żeby ich używać.
Faktycznie, konsystencja jest bardzo przyjemna i kremowa. Produkt gładko sunie po ustach a aplikacja nie nastręcza trudności zarówno w przypadku mocno napigmentowanego Sweet Tart, jak i transparentnego Cotton Candy. Niestety początkowe uczucie nawilżenia szybko mija, pomadki wyraźnie wysuszają moje usta, dają uczucie ściągnięcia i podkreślają wszelkie suche miejsca. Ten aspekt noszenia Lip Butters bardzo mnie irytuje, znam wiele pomadek które nie są reklamowane jako nawilżające a są dużo bardziej komfortowe na ustach (np. Rimmel Lasting Finish). Dostępne kolory są bardzo ładne, w palecie znajdziemy spory przekrój kolorów od mocno nasyconych do bardzo transparentnych, o różnych wykończeniach. Trwałość jest bardzo kiepska, nie przetrwają absolutnie jedzenia i picia a i bez tego konieczne będą częste poprawki. Oczywiście, balsamowi do ust wybaczyłabym słabą trwałość, ale gdy produktowi brak i właściwości pielęgnacyjnych i trwałości to ciężko być wyrozumiałym.
 Za słabą trwałością idzie również kiepska wydajność, ze względu na konsystencję sztyft zużywa się błyskawicznie.
Nie mogę też nie ponarzekać ponownie na cenę, te pomadki absolutnie nie są warte 40zł! Szczególnie, jeżeli uwzględnimy wydajność i bardzo małą pojemność (2,55g).

Nazywanie ich masełkiem to moim zdaniem pomyłka. To po prostu pięknie opakowane lekkie pomadki o błyszczącym wykończeniu (swoją drogą, nic rewolucyjnego i specjalnie nowego), które z pielęgnacją ust mają bardzo niewiele wspólnego.

Nie planuję zakupu kolejnych. Jeżeli spotkacie je w promocji i akurat spodoba się wam konkretny odcień to można rzucić na nie okiem, ale na pewno nie w cenie regularnej. Nie są oczywiście tragiczne i pewnie gdyby kosztowały 20zł patrzyłabym na nie nieco łaskawiej, ale w takiej sytuacji po prostu nie mogę.



środa, 20 marca 2013

Apokaliptyczna porażka z Rimmelem w roli głównej.




Muszę przyznać, że jestem nieco rozgoryczona. Bardzo chciałam polubić Rimmel Apocalips, słyszałam o tym produkcie wiele dobrego, oglądałam niezwykle kuszące swatche. Wyczekałam więc promocję (nieco ponad 18zł w Superpharmie) i kupiłam. Wypatrzyłam sobie delikatny koral Luna, okazało się jednak że ten akurat odcień nie jest dostępny w Polsce. Zdecydowałam się więc na podobny, jak mi się  wydawało, brzoskwiniowy odcień typu nude 100 Phenomenon. Zapowiadało się na prawdę fajnie, świetna pigmentacja, kremowa konsystencja, ładny połysk. Niestety, dobry początek był preludium do absolutnej klapy, leży sobie Apocalips w mojej szufladzie i absolutnie nie nadaje się do używania. Dlaczego?

Opakowanie ładne, wygląda dość ciekawe. Wygodny , precyzyjny aplikator. Zapach nieco dziwny, sztucznie melonowy ale nie męczący.


Kolor swatchowany na ręce wygląda pięknie, jak widać na załączonym obrazku.


Niestety na ustach okazuje się, że świetna pigmentacja tylko utrudnia życie. Pomijam już fakt, że brzoskwinia przestaje być brzoskwinią i wygląda trupio (niektórzy lubią przecież jasne nudziaki). Podstawowym problemem jest fakt, iż pomadki absolutnie nie da się równomiernie rozprowadzić. Waży się, smuży niemiłosiernie i wygląda po prostu straszliwie.


Zdjęcie jest i tak dość łaskawe, na żywo wygląda to dużo gorzej. Nie jest to ten rodzaj smużenia, z którym można coś zrobić nakładając mniejszą ilość produktu. Taki efekt daje już minimalna ilość. Aplikator nabiera bardzo dużą ilość i nawet po użyciu ułamka z tego, efekt jest nieakceptowalny.
Trwałość prawdopodobnie niezła, ciężko było mi go usunąć z ust.

Jestem bardzo, ale to bardzo zawiedziona. Nie wiem, czy ten problem dotyczy tylko Phenomenon, ale zupełnie odechciało mi się testować inne kolory.
Chciałam codziennego brzoskwiniowego nudziaka o mam koszmarne coś, co nie nadaje się absolutnie do używania i tylko leży w szufladzie irytując swoją obecnością.


Jakie macie doświadczenia z Apocalips?

czwartek, 14 marca 2013

L'oreal Shine Caresse 103 Marilyn


Pamiętacie zapewne, że uwielbiam YSL Glossy Lip Stain. To mój absolutny numer jeden jeżeli chodzi o makijaż ust, niedościgniony ideał. Bardzo ucieszyłam się słysząc od zagranicznych kosmetykomaniaczek, że L'oreal wypuścił na rynek bliźniaczy produkt i nie mogłam doczekać się polskiej premiery L'oreal Shine Caresse. Biorąc pod uwagę cenę pomadki YSL liczyłam po cichu, że rzeczywiście będę mogła kupić identyczny produkt za 3-4 razy mniej.

Wiecie co? To prawda, Shine Caresse oprócz zapachu i nieco innego aplikatora nie różni się od YSL niczym!
Szczerze mówiąc, opakowanie L'oreal Shine Carrese wydaje mi się ładniejsze niż droższego brata bliźniaka. Jest bardziej poręczne i smukłe nadal pozostając ładnym i luksusowo wyglądającym.



Formuła jest identyczna, najpierw rzadka i lekka, po chwili zastyga i staje się bardzo błyszcząca. Kolor jest półtransparentny, jednak pod nałożeniu kolejnych warstw (zazwyczaj nakładam 2-3, tak samo jak w przypadku YSL) nabiera mocny. Wszystko zależy od odcienia, ale w większości przypadków można uzyskać pełne krycie. Ważne jest, aby odczekać chwilkę przed nałożeniem kolejnej porcji aby poprzednia miała czas wyschnąć. Połysk i kolor jest przepiękny i trwa na ustach długie godziny. W dobrej kondycji przeżywa jedzenie czy picie. Idealna hybryda błyszczyka, szminki i staina.

Zapach przyjemny, kwiatowo-owocowy. Aplikator bardzo wygodny.




Wybrałam kolor 103 Marilyn, chłodny róż który na ustach mocno się ociepla i czerwienieje. Uwielbiam ten kolor, to takie podrasowane "my lips but better" które doskonale ożywia twarz. Od lewej: jedna warstwa, dwie warstwy, sam stain po starciu połysku.



Shine Caresse kosztuje 39zł i uważam to za dobrą cenę. Przyzwyczaiłam się do kosmicznych cen L'oreala i na tym tle 40zł za idealny produkt wypada na prawdę przyzwoicie, w promocji widziałam go już za 31zł.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić to gama kolorystyczna. Nie jest zbyt duża i niektóre dostępne kolory są trochę dziwne. Mam nadzieję, że będą stopniowo wprowadzać coś nowego. Tym czasem mam na oku dwa fiolety, jasny podobny do Marilyn (chyba Eve?) i ciemną śliwkę.

Gorąco polecam L'oreal Shine Caresse, zarówno tym z was, które kochają droższy pierwowzór, jak i tym które jeszcze go nie znają. Dla mnie to autentyczny ideał, po prostu nie mam się do czego przyczepić a taki stan zdarza się niezmiernie rzadko ;).

środa, 16 stycznia 2013

Zatintowana :)




 Jestem zakochana we wszelkiego rodzaju stainach i to nie od dziś. Perspektywa trwałego i lekkiego koloru to na prawdę rewelacyjna sprawa. Jakimś jednak cudem do tej pory, nie miałam w swojej kolekcji żadnego z tintów Benefita. Niedopatrzenie zostało jednak naprawione, w ciągu ostatniego miesiąca zatintowałam ;) się totalnie i mam już wszystkie 3.
Zaczęło się od sephorowej promocji na kolorówkę. Wybrałam się aby poszukać nowego różu na miejsce zużytego MAC Warm Soul. Zachęcona przez koleżankę (Asiu, jeszcze raz dzięki :) ) zwróciłam uwagę na benefitowe tinty, po dłuższym zastanowieniu wybrałam Posietint. Kilka dni później dostałam w prezencie zestaw Sugarlicious, zawierający min. miniaturkę klasycznego Benetinta.  Stąd była już bardzo krótka droga do zakupu Chachatinta.

Wszystkie trzy rodzaje tintów, pomimo niewielkich różnic w formule i oczywiście kolorze są świetne.
Zamknięte są w słoiczkach do złudzenia przypominających lakiery do paznokci, apliktorem jest sztywny lakieropodobny pędzelek.




Benetint jest prawie zupełnie płynny, Posietint żelowo-kremowy a Chachatint lokuje się po środku ale zasada działania jest identyczna. Nałożone na policzki lub/i usta barwią je na bardzo trwały kolor. Efekt wygląda bardziej jak naturalny rumieniec, nie ma matowego pudrowego efektu jak w wypadku klasycznych róży. Efekt można stopniować nakładając pojedynczą warstwę lub kilka cienkich. Tinty można też stosować jako bazę pod prasowane czy sypkie produkty. Ponieważ są matowe, bardzo ładnie wyglądają przypruszone połyskującym różem czy pudrem.
Na ustach mogą nieco wysyszać, dla tego dobrze przykryć je warstwą balsamu do ust albo błyszczyka.
Można nakładać je na "gołą skórę" pod podkład albo na podkład. O dziwo sprawdzały się róznież nałożone na puder mineralny. Ostatnio z kilku podów wróciłam do klasycznych płynnych podkłądów, tinty nakładam na twarz ujednoliconą podkładem a na koniec prypruszam transparentnym pudrem.
Tak zastosowane trzymają się aż do zmycia. Trwałość jest fenomenalna.

Jeżeli chodzi o aplikację, trzeba wypróbować je raz czy dwa zanim dojdzie się do wprawy i znajdzie odpowieni sposób nakładania, ale potem nie stanowi to już żandego problemu. Najważniejsze jest to, żeby działać szybko (malujemy po jednym policzku na raz) bo tinty błyskawicznie wysychają i barwią skórę. Najlepszą metodą jest nakładanie cienkich warstw, jeżeli efekt jest zbyt delikatny zawsze można dodać kolejne warstwy. Usunięcie zbyt dużej ilości koloru jest prawie niemożliwe bez całkowitego demakijażu.
Producent poleca nakładać tinty na policzki za pomocą aplikatora i wklepywać palcami. Mi najbardziej odpowiada jednak aplikacja pędzlem typu duo fiber. Nakładam odrobinę (na prawdę odrobinę!) produktu i szybciutko stępluję twarz delikatnie blendując. Kiedy pierwsza warstwa wyschnie, nakładam drugą.





Klasyczny Benetint jest krwistoczerwonym płynem o zapachu róż. Po rozblendowaniu uzyskujemy czerwono-różowe zabarwienie, dość neutralne. Myślę, że jest to chyba najbardziej uniwersalny kolor. Na zdjęciu mam 2 warstwy Benetinta, zarówno na policzkach jak i na ustach. Najłatwiejszy do nakładania na ustach, trzyma się w tym miejscu również najdłużej ze wszystkich kolorów.




Posietint to najdelikatniejszy z kolorów, chłodny cukierkowy róż. Benefit opisuje go, jako "poppy-tinted". Mnie z makiem kompletnie się nie kojarzy, ale jest na prawdę prześliczny. Trzyma się na mnie nieco krócej niż dwa pozostałe kolory, ale nadal załuguje na miano różu nie do zdarcia :). Najbardziej przypomina kolor moich naturalnych rumieńców. 2 warstwy na ustach i na policzkach.





Chachatit to najmłodsze dziecko w rodzinie. Ciepły odcień określony jako mango. Tym razem nazwa jak najbardziej pasuje. Nieco przerażający w buteleczce, na policzkach wygląda bardzo świeżo, brzoskwiniowo-różowo. Będzie najlepszy dla dziewczyn, które borykają się z zaczerwienieniami bo, e względu na brzoskwiniowy odcień nie powinien dodatkowo podkreślać niechcianego zaróżowienia ;). Zaskakująco intensywnie barwi usta na czerwono-koralowy kolor.


Nie potrafię się zdecydować, który z nich lubię najbardziej. Chyba Chachatint (ja i moja słabość do korali :) ), ale bardzo cieszę się że mam wszystkie.

Odkąd wpadły w moje zachłnne kosmetykomaniacze łapki, nie tknęłam żadnego innego różu. Po prostu nie mam ochoty, te wyglądają na policzkach i ustach tak świetnie i są tak trwałe, że zwyczajnie nie mam ochoty ich zdradzać. Jedynym minusem jest cena, bez promocji pełnowymiarowe opakowanie 12,5ml kosztuje 145zł. Myślę jednak, że biorąc pod uwagę rewelacyjną wydajność warto się skusić przy okazji najbliższej promocji w Sephorze.


Który kolor spodobał wam się najbardziej?

sobota, 5 stycznia 2013

Inglot Sleeks & Sleeks Cream moja mała kolekcja


Dziś o mojej kolekcji błyszczyków dla biologa :) czyli Inglot Sleeks i Sleeks Cream zamkniętych we wdzięcznej fiolce w kształcie próbówki. Nazbierało mi się ich 5 (właściwie w tym momencie 4, ale o tym za chwilę).

Błyszczyki zawierają 6ml i kosztują 19-19,5 i 20-20,5 (odpowiednio klasyczne Sleeks i Sleeks Cream).  Aplikator to dość wygodna gąbeczka na długiej "nóżce". Klasyczna wersja pachnie truskawkową Mambą a Cream słodko, waniliowo (moja koleżanka określiła ten zapach, jako krem do karpatki i miała sporo racji).
Zacznę od razu od tego, że zdecydowanie wolę kremową, bezdrobinkową wersję błyszczyków. Nie chodzi tu nawet o ładniejszy zapach, ale przede wszystkim o gładką konsystencję i piękne kolory. Klasyczne Sleeki są właściwie bezbarwne i zawierają drapiące drobinki, które ładnie połyskują ale są zdecydowanie za duże. Sleeks Cream to zupełnie inna bajka, mają balsamowatą aksamitną konsystencję i są mocno napigmentowane. Niektóre kolory przypominają raczej płynne pomadki. Ich używanie jest bardzo przyjemne, niektóre kolory są wymagające w aplikacji ale za to wyglądają efektownie. Błyszczyki byłyby moim KWC, gdyby nie kiepska trwałość. Szybko się zjadają, chyba ze względu na to, że pomimo treściwej konsystencji nie są ani trochę lepkie.



 34 to brzoskwiniowy róż ze złotymi drobinkami. Jak już wspomniałam, drobiny są drapiące i nieco zbyt duże. Błyszczyk ma lekką konsystencję, owocowy zapach jest niezbyt przyjemny- pierwsze wrażenie jest przyjemne, ale potem staje się bardzo chemiczny. Po kilku użyciach oddałam go w dobre ręce.



101 to brzoskwiniowy odcień typu nude.


97 to bardzo bardzo jasny chłodny róż. Podoba mi się efekt, błyszczyk jest jednak bardzo trudny we współpracy. Dość mocno smuży, trzeba uważać żeby nie nałożyć go za dużo. Bardzo ładnie wygląda nakładany na pomadki. Niektórzy uważają go za brata słynnego Nars Turkish Delight, z tego co widziałam jednak na internetowych swatchach, Inglot jest jaśniejszy i chłodniejszy.


94 to chłodny róż o fioletowych tonach. Najbardziej bezproblemowy kolor, można nakładać go bez lusterka. Lekko rozjaśnia i ożywia naturalny kolor ust.


103 był moim pierwszym błyszczykiem z tej linii. Ciepła czerwień mocno wpadająca w pomarańczowy. Kolor jest nieco bardziej kryjący, niż na to wygląda na zdjęciach i można spokojnie stosować go jako lżejszy zamiennik szminki. Lubię go nakładać na kredki do ust Inglot.


Bardzo lubię błyszczyki Sleeks Cream, nie są w stu procentach idealne, ale mają piękny zapach i miłą konsystencję. Do wyboru jest bardzo dużo ładnych i ciekawych kolorów (od cielistych, przez czerwienie i fuksje a na fioletach kończąc). Klasycznych Sleeków nie polecam.

Sleeks Cream: 4+
Sleeks: 3


Lubicie błyszczyki Inglot? Jakieś ulubione kolory?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...