Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2013

Lirene Ideale Glam&Matt Fluid matująco-rozświetlający


Swego czasu pasjami używałam podkładu Lirene City Matt. Był jednym z moich ulubionych, ze względu na świetne krycie, ładne wykończenie i bardzo przystępną cenę. Razem z kuponami rabatowymi Superpharmu dostałam próbkę najnowszego dziecka podkładowej dywizji Eris- fluidu rozświetlająco-matującego Glam&Matt. Rozświetlanie i matowanie w jednym? Brzmi na prawdę świetnie, wbrew pozorom taki efekt jest bardzo pożądany i bez wątpienia do osiągnięcia. Lekki świetlisty mat to cecha wykończenia, jaki daje np. mój ukochany Bourjois 10 hours sleep effect. Popaćkałam się trochę próbką ;) i korzystając z promocji kupiłam pełnowymiarowe opakowanie za 30zł. Z jednej strony całkiem ok, ale myślę ze 30zł to mogłaby być cena regularna. Ponad 40zł, które sobie śpiewają to zdecydowanie za dużo. W tym przedziale cenowym jest sporo silnych konkurentów i cena w granicach 30zł czyniłaby z Lirene bardziej atrakcyjną propozycję. 
Wybrałam odcień 03 Beżowy, niestety jest dla mnie nieco za ciemny, podczas gdy 02 był znacząco za jasny. Do wyboru są 4 odcienie, pole manewru jest więc niewielkie.
Podoba mi się opakowanie, eleganckie z higieniczną i łatwą do kontrolowania pompką. Szkło jednak jest dość ciężkie i niezbyt przyjazne w podróży. Coś za coś jak to mówią. 


Konsystencja raczej płynna, ale przyjemna we współpracy. Zapach miły, nienachalny.
 Muszę powiedzieć, że w pierwszej chwili po aplikacji byłam na prawdę pod wrażeniem. Podkład bardzo dobrze kryje, wykończenie jest rzeczywiście zarazem matowe jak i świetliste. Skóra wygląda naturalnie i po prostu dobrze.
Niestety zachwyt nie trwał długo. Makijaż zaczynam od nałożenia podkładu, potem przechodzę do makijażu oczu. Kiedy skończyłam zabawę z cieniami buzia nie wyglądała już idealnie a potem było tylko gorzej. Zaczęłam wyglądać jakoś tak…nieświeżo? Twarz nieestetycznie się błyszczała. Przypudrowanie podkładu niewiele pomogło i w ciągu dnia musiałam wykonać kilka poprawek przy użyciu pudru prasowanego. To dla mnie coś niecodziennego, co prawda mam mieszaną cerę ale podkład zazwyczaj nie wymaga poprawek w ciągu dnia, a już na pewno nie więcej niż jednej.
Dałam Glam&Matt kilka szans, z różnymi kremami pod spodem, z bazą i bez. Ba, nawet z kilkoma różnymi pudrami wykończeniowymi. Efekt za każdym razem był taki sam, nieestetyczne świecenie się. Róż również trzymał się gorzej niż na innych podkładach.


Jestem zawiedziona. Mogło być tak pięknie! Gdyby tylko wyjściowy efekt utrzymywał się przez cały dzień. Niestety matowo-świetlista cera to coś, czym w wypadku tego podkładu mogłam cieszyć się w porywach 20 minut. Szkoda.

Macie doświadczenie z podkładami Lirene? Lubicie mocno matujące, czy te bardziej rozświetlające fluidy?

środa, 30 października 2013

Yves Rocher Pure Light


Zapewne większość z was zgodzi się ze mną, że znalezienie dobrego podkładu to wcale nie takie proste zadanie. Odnalezienie się w gąszczu wykończeń, poziomu krycia i kolorów to nie lada zadanie. Bohaterem dzisiejszego posta będzie podkład, z którym udało mi się jednak w tym zamieszaniu odnaleźć i bardzo przypadliśmy sobie do gustu :).
Po trwającej kilka lat przygodzie z podkładami mineralnymi zdecydowałam się na powrót do tradycyjnych, płynnych fluidów. Wiele ciekawych produktów pojawiło się w tym czasie na rynku i na prawdę było co testować. Jednym z nich był właśnie Yves Rocher Pure Light. Mając dobre doświadczenia z podkładami tej marki skorzystałam z rabatowej ulotki i wybrałam kolor 200 Beige Clair (tu muszę zaznaczyć, że wybór kolorów nie jest oszałamiający i niestety podejrzewam, że te z was, które mają bardzo jasną cerę mogą mieć problemy z wybraniem czegoś) średnio jasny odcień w ciepłej tonacji. W szczytowym momencie letniej opalenizny był dla mnie nieco za jasny, ale teraz powoli wszystko wraca do normy. 30ml Pure Light w cenie regularnej kosztuje 56zł. Z jednej strony sporo, ale jest to cena porównywalna z L'orealem czy Bourjois. Dodatkowo YR często oferuje różnego rodzaju zniżki. Z tego, co pamiętam kupiłam go z 40% rabatem.
Na zdecydowaną pochwałę zasługuje opakowanie, jest nie tylko przyjemne dla oka, ale i wygodne. Pompka dozuje odpowiednią ilość podkładu, można ją też w razie potrzeby nacisnąć tylko do połowy.
Pure Light opisywany jest jako podkład rozświetlający z efektem drugiej skóry. Taki opis jest trochę mylący. Faktycznie, jest to bardzo lekki i naturalnie wyglądający podkład ale jakichkolwiek drobin rozświetlających brak (i bardzo dobrze!). Jedynym rozświetlaniem, jakiego mogę się dopatrzyć jest po prostu bardzo fajne, naturalne wykończenie niebędące płaskim matem. Nie ma natomiast żadnego niechcianego połysku. Konsystencja jest bardzo lekka, płynna a produkt rozprowadza się na twarzy bezproblemowo. Krycie jest delikatne, nieco stopniowalne ale do zatuszowania poważniejszych niedoskonałości przyda się korektor.



Lekko przypudrowany trzyma się na twarzy bez zarzutu. Sprawdził się nawet w upały, nie spływa z buzi, prawdę mówiąc w ogóle go nie czuć, jest na prawdę lekki. Kiedy akurat nie używam bb kremu, sięgam po Pure Light z przyjemnością bo wygląda po prostu bardzo dobrze i naturalnie. To podobna kategoria jak mój wieloletni ulunieniec, 10 h Sleep Effect Bourjois.
 Myślę, że warto dać mu szansę, jeżeli lubicie lżejsze fluidy z naturalnym efektem. Aha, bardzo przyjemnie pachnie :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Iwostin Correctin Puritin Fluid matujący trwale kryjący SPF30


Dziś o produkcie, którego używam już od dłuższego czasu. Zaczęło się od kilku próbek produktów z serii Correctin ( fluid matujący, wzmacniający i łagodzący), zużyłam je z przyjemnością i zdecydowałam się na zakup pełnowymiarowej tuby. Właściwie wszystkie trzy wersje były bardzo dobre, nie zauważyłam pomiędzy nimi większych różnic. Ostatecznie kupiłam matujący Purritin w kolorze 02 Naturalny. W Superpharmie kosztował 32,99zł za 30ml, co uważam za na prawdę świetną cenę.


Jestem bardzo, bardzo zadowolona z iwostinowej interpretacji pielęgnującego wielofunkcyjnego podkładu/bb kremu. Za ogromną pochwałę zasługuje filtr SPF 30. Sprawdził się w greckim słońcu, nie spływał z twarzy, trzymał się dobrze i chronił przed poparzeniem. Produkt ma przyjemną konsystencję, jest kremowy ale nie tłusty, nie muszę go przypudrowywać (choć tu muszę zaznaczyć, że nie mam aktualnie dużych problemów z nadmiernym błyszczeniem się skóry). Dobrze kryje, ale wygląda naturalnie. Nakładam go z powodzeniem zarówno palcami, jak i pędzlem typu flat top.
Kolor 2 Naturalny był idealny przed wakacjami, teraz jestem mocniej opalona ale nadal go noszę, używam tylko trochę bronzera. Kolory są ciepłe i raczej naturalne.
Tubka jest miękka i łatwo z niej wydobyć produkt, jednak przez matową powierzchnię łatwo się brudzi.

Nie tylko nie mam się czego przyczepić w kwestii tego produktu, ale uważam go za wyjątkowo udaną premierę. Spełnia obietnice producenta, jest tani i sprawdza się jako ochrona przeciwsłoneczna. Zdecydowanie polecam!



sobota, 29 czerwca 2013

Test europejskich BB kremów: Eveline Matujący i Super Lifting 4D


BB kremowej krucjaty ciąg dalszy, dzisiejszy odcinek współdzielą dwaj bohaterowie marki Eveline: Matujący krem do cery mieszanej i tłustej oraz Super Lifting 4D Multifunkcyjny krem przeciwzmarszczkowy. Pierwszy kupiłam skuszona bardzo dobrymi recenzjami na KWC i promocją a drugi z czystej ciekawości. Jak się okazało, mimo iż oba kremy mocno się różnią, to zarówno jeden i drugi bardzo przypadły mi do gustu. Uważam, że to jedne z najlepszych propozycji na drogeryjnej półce, szczególnie biorąc pod uwagę cenę (nie przekracza ona 17zł w żadnym z przypadków).

Kremy wybrałam w kolorze jasnym, ale kolory, tak jak i inne właściwości sporo się różnią. Krem matujący ma więcej żółtych tonów i jest zdecydowanie jaśniejszy od chłodniejszego różowo-brzoskwiniowego kremu przeciwzmarszczkowego. Żaden nie jest idealny, matujący jest za jasny a drugi trochę za chłodny, ale dobrze dopasowują się do mojej cery.
Oba zamknięte są w przyzwoitych tubkach, nie są szczególnie piękne, ale też nie rażą. Matujący zawiera 40ml a przeciwzmarszczkowy 50ml (wydaje mi się, że różnica może mieć związek z różną konsystencją). Krem matujący ma konsystencję lekkiego fluidu a przeciwzmarszczkowy raczej gęstego musu. Mają ładne wykończenie, nie nazwałabym go szczególne matowym, ale skóra wygląda bardzo zdrowo i świeżo. Spokojnie można pominąć wykończenie pudrem, choć ja zazwyczaj oprószam je odrobiną.
Krycie jest bardzo dobre, w obu przypadkach, wydaje mi się że matujący jest odrobinę bardziej kryjący. Ładnie ujednolicają koloryt i kryją niedoskonałości. Określiłabym stopień krycia jako średni, stopniowalny.





Wygodnie aplikują się zarówno palcami, jak i pędzlem typu flat top. Krem przeciwzmarszczkowy lepiej nawilża ze względu na bardziej treściwą konsystencję, matujący jest z kolei nieco lżejszy co powinno spodobać się posiadaczkom tłustej cery. Oba zawierają filtr SPF 15.

Trudno mi powiedzieć, który lubię bardziej. Jednego i drugiego używam bardzo często, zamiennie. Co więcej, są to te bb kremy, po które sięgam chyba najczęściej, obok Garniera do cery mieszanej (a kolekcję na skutek chęci przetestowania wszystkich, zgromadziłam sporą :) ) Przeciwzmarszczkowy jest nieco bardziej treściwy, ale absolutnie nie jest tłusty, skóra nie błyszcze się po nim nieestetycznie. Oba są zdecydowanie godne polecenia, dobrze kryją, przyjemnie się noszą i mają całkiem przyzwoity filtr. Cena również stanowi atut. Firma Eveline po raz kolejny pozytywnie mnie zaskakuje.

wtorek, 25 czerwca 2013

Test europejskich bb kremów: Miss Sporty Morning Baby!


Kontynuując naszą przygodę w kreinie europejskich bb kremów ;), dzisiaj propozycja marki Miss Sporty. Tubka jest tak urocza, że nie mogłam się jej oprzeć. Morning Baby dostępny jest w dwóch kolorach, wybrałam ciemniejszy 02. Tubka 30ml kosztuje poniżej 12zł w Rossannie (a ja dodatkowo upolowałam ją w promocji -40%). Producent obiecuje krycie, rozświetlanie, nawilżenie i ochronę. Produktu można używać jako bazy pod klasyczny makijaż.


Niestety, to chyba najsłabszy produkt w całej puli testowanych przeze mnie kremów BB. Kolor wyjściowo wygląda ok, jest ciepły i naturalny, ale po chwili bardzo ciemnieje. Nie mam zazwyczaj problemów z ciemnieniem podkładów ale ten ściemniał na prawdę znacząco i to już po jakichś 20 minutach.Konsystencja raczej płynna, fluidopodobna. Krycie jest słabe teraz nie mam specjalnie nic do ukrycia na buzi ale jeżeli zależy wam na tuszowaniu niedoskonałości zdecydowanie odpuście sobie zakup tego kremu. Lekko ujednolica buzię.
Wykończenie ok, błyszczące drobinki nie są na szczęście na twarzy zbyt widoczne (chociaż zasadność ich obecności jest co najmniej wątpliwa, da się przecież wymyślić produkt delikatnie rozświetlający bez oczywistych drobinek, prawda?). Nie miałam wielkiego problemu z nadprogramowym połyskiem, ale może to dzięki temu, że utrwaliłam go pudrem. Obietnica 14 godzin świeżości makijażu to drobne nadużycie ;).
Bardzo duży minus za brak filtra, jest to jedna z głównych zalet bb kremów i podobnych produktów a ten krem nie zapewnia ochrony.
Jedyne plusy to przyjemny zapach i ładna tubka.



Jestem zawiedziona. Bardzo ciemnieje, nie kryje. Nie jest też wcale taki tani bo chociaż kosztuje niewiele to tubka ma tylko 30ml a większość produktów z tej kategorii zawiera 40-50ml.

Nie polecam.

niedziela, 9 czerwca 2013

Test europejskich BB kremów: Bielenda Orzech&Bursztyn

Ponieważ moja skóra jest ostatnio w tak idealnym stanie, w jakim nigdy nie była a dodatkowo zbliża się lato, spojrzałam dużo przychylniejszym okiem na dostępne na naszych półkach BB kremy, czy jako kto woli poczciwe kremy koloryzujące. Chciałabym w związku z tym zaproponować wam serię postów z recenzjami tego typu produktów. Wiem, że zdania co do tego czy można je nazywać kremami BB są  podzielone, ale nie mnie to rozstrzygać. Miałam do czynienia z azjatyckimi kuzynami naszych kremów i rzeczywiście różnią się one w sposób znaczący.
 Posty mają być w zamierzeniu mini przewodnikiem dla tych z was, które podobnie do mnie szukają teraz czegoś co będzie bardziej lekkie od podkładu, dodatkowo ochroni buzię przez słońcem i ewentualnie będzie ze sobą niosło jeszcze jakieś benefity pielęgnacyjne.
Typując bb kremy, które miały trafić do mojego koszyka kierowałam się głównie ocenami na KWC, ceną ( przychylniejszym okiem patrzyłam na te tańsze czy w promocji). Co z tego wszystkiego wyników? Który bebik został moim ulubieńcem :)? Tego dowiecie się w podsumowaniu, dzisiaj natomiast charakterystyka pierwszego bohatera- Bielenda Orzech&Bursztyn Nawilżający krem udoskonalający z lekkim podkładem 5w1.


Na pierwszy ogień idzie rodzimy produkt marki Bielenda. Kupiony w promocji w Hebe za 10zł, cena regularna to, jeżeli dobrze pamiętam, około 14zł za 40ml. Bielenda produkuje jeszcze inne typy kremów bb (min. matujący czy do cery naczynkowej), które dostępne są w dwóch kolorach, jednak Orzech i Burstyn występuje w jednym "naturalnym słonecznym" odcieniu. Kolor rzeczywiście jest dość naturalny, to raczej jasny lekko ciepły beż. Dobrze dostosowuje się do koloru mojej skóry.
Krem zawiera SPF 15. W składzie znajdziemy wyciąg z orzecha włoskiego który ma za zadanie lekko poprawić koloryt. Oprócz tego zawiera olej z awokado, aloes i hialuronian sodu.

Konsystencja w sam raz, ani zbyt płynna ani za gęsta.


Krycie lekkie do średniego, ale dość plastyczne bo spokojnie można nałożyć na twarz dwie warstwy produktu. Wykończenie jest naturalne, satynowe. Nie ma matu, także dobrze jest lekko przyprószyć twarz pudrem. Nie powoduje nadmiernego błyszczenia się i wytrzymuje na twarzy całkiem długo, nawet podczas umiarkowanego wysiłku fizycznego. Nie wysusza twarzy (nakładam go na krem nawilżający).
Zauważyłam, że kiepsko współpracuje z pędzlem. Aplikowany w ten sposób tworzy smugi, najlepiej nakładać go bezpośrednio rękami.

Nie mam zastrzeżeń ani do opakowania, ani do zapachu, który jest delikatny i nieinwazyjny. To bardzo przyjemny produkt, który nie odbiega za bardzo swoimi właściwościami od obietnic producenta. Dodatkowym atutem jest niska cena. Nie spodoba się pewnie tym z was, które mają wiele do ukrycia lub bardzo tłustą cerę, ale generalnie typuję go na dość uniwersalnego ulubieńca.



sobota, 21 stycznia 2012

Burn testuje: Alterra krem brązujący




Krem brązujący Alterra kupiłam w lecie,stoi na mojej półce już więc dość długo.Recenzję zacząć muszę od tego,że polska nazwa wprowadza w błąd,nie jest to bowiem krem brązujący (nie zawiera samoopalacza) a tonujący.Innymi słowy jest to coś pomiędzy kremem nawilżającym a podkładem,pielęgnuje i poprawia koloryt.
Zawiera ekstrakt z brzoskwini i,według producenta,jest przeznaczony do cery mieszanej i normalnej.

Występuje tylko w jednym kolorze,mnie bardzo on odpowiadał,ale podejrzewam że dla niektórych osób może być za ciemny.Odcień jest w miarę neutralny,bez wyraźnych ciepłych czy chłodnych tonów.Dobrze rozprowadza się na twarzy,daje całkiem niezły poziom krycia-w letnich warunkach wystarczający.Wykończenie raczej matowe,nie powoduje świecenia się a wręcz matuje,szczególnie w duecie z sypkim pudrem.



Konsystencja kremowa,ale nie tłusta.Nawilżenie przyzwoite,chociaż szczerze mówiąc zazwyczaj stosowałam go na krem nawilżający.Zawiera w składzie alkohol,wychodzę z założenia że nie ma co tego składnika demonizować,podobno szybko paruje z powierzchni skóry.Oczywiście,częste używanie np. toniku składającego się z dużej ilości alkoholu raczej nikomu nie służy ale kupując kosmetyki naturalne często spotkamy się w ich składzie z alkoholem,bo jest popularnym naturalnym konserwantem.W niewielkich ilościach nie powinien wywoływać wielkiego niepokoju ;).
Zapach kremu jest średnio przyjemny,cytrynowo-cukierniczy jak w przypadku innych produktów Alterra.

Utrzymuje się na twarzy całkiem sługo,porównywalnie do podkładów.Na prawdę byłabym z tego kremu bardzo zadowolona,gdyby nie fakt że mnie zapycha i to dość znacząco :(.Od jakiegoś czasu moja skóra stała się podatna na zapychanie i niestety ten krem znalazł się na liście szkodników.Mam wielką nadzieję,że kiedy wrócę do niego latem okaże się,że jest ok ale pewnie tylko się łudzę.

Polecam go przetestować,za kilkanaście złotych (10,90? nie pamiętam dokładnie) otrzymujemy 50ml bardzo dobrego produktu.Jeżeli nie będziecie miały takiego pecha jak ja,może się on stać godnym zamiennikiem dla podkładu w letnie upały.Do tego w składzie mamy sporo fajnych pozycji jak np. oliwa z oliwek,olej z pestek moreli czy olej sezamowy.



Znacie ten produkt?Jak go oceniacie?


Ps.Przepraszam za ostatnią absencję.Sesja i inne obowiązki powoli dobierają się do mojego wolnego czasu...:(

czwartek, 16 czerwca 2011

Który mam wybrać?:podkłady mineralne, Pixie Cosmetics Cover de Luxe vs. Lily Lolo

http://www.culturefeast.com/wp-content/uploads/picresized_th_1233975540_mineralmakeup-400x300.jpg

Moja przygoda z minerałami zaczęła się ponad dwa lata temu od zakupu pseudomineralnego podkładu L'oreal True Match Minerals.Zabrałam go na wakacje i tak mi się spodobało mazianie się proszkami,że wsiąkłam na dłużej i od tej pory nie wracałam już do klasycznych płynnych fluidów.Przeszłam też "fazę" innych produktów mineralnych to znaczy róży,cieni,rozświetlaczy.Doszłam jednak do wniosku,że tak na prawdę uwielbiam tylko mineralne podkłady a cała reszta lepsza jest w starej dobrej chemicznej wersji ;).

Wiedzę o tym,czego spróbować,jaki kolor wybrać i o co w ogóle w tym całym mineralnym zamieszaniu chodzi zdobywałam na nieocenionym forum Wizaż.pl i podczytując bloga Cathy,który w międzyczasie przekształcił się w stronę będącą prawdziwą skarbnicą wiedzy dla początkujących i tych bardziej zaawansowanych minerałomaniaczek.
Pierwszymi prawdziwymi minerałami,jakie kupiłam były podkłady Everyday Minerals.Przez dłuższy czas z nimi eksperymentowałam,ale ponieważ nie udało mi się dobrać żadnego dobrego odcienia szukałam dalej.
Potem było Lucy Minerals(niestety warzył się na mojej twarzy),Joppa(brak idealnego koloru) i Lumiere(ok,ale bez rewelacji).
Ostatecznie trafiłam na podkłady Meow Cosmetics,których używam od roku.Najlepszym kolorem okazał się 03 Naughty Abyssinian w formule kryjącej Flawless Feline,mieszany lub stosowany na zmianę z lżejszą formułą Pampered Puss.Meow bardzo dobrze kryje,matuje i po prostu dobrze dogaduje się z moją skórą.Zużyłam już jeden mniejszy słoiczek-tzw. Munchckin oraz część wielkiego słoika.
Abyssinian to kolor opisywany jako beige/yellow.Drugim dobrym dla mnie kolorem Meow jest Naught Manx(yellow/peach).
Tak na prawdę będąc takim dziwnym,pechowym indywiduum  będącym zawsze pomiędzy rozmiarami/kolorami w 100% byłabym zasolona z mieszanki Abyssinian 3 z odrobinką 2.Sama 3 jednak jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonująca(szczególnie latem).

Dla porównania,moja skóra jest jasna/średnia(light medium)ciepła,z mocnymi zółtymi tonami i jak się wydaje(na podstawie pasujących mi kolorów) odrobiną tonów brzoskwiniowych.


http://www.meowcosmetics.com/FoundationAbyssinian.htm

 Skład Meow Flawless Feline: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxides 

Ponieważ jednak lubię mieć alternatywę w codziennym makijażu postanowiłam wyruszyć na kolejną mineralną krucjatę i kupiłam próbki mineralnych podkładów Pixie w formule Cover de Luxe oraz podkładów Lily Lolo.

Które z nich spodobały mi się najbardziej?Czytajcie dalej :)


Podkłady Llily Lolo

Przeglądając stronę polskiego dystrybutora zdecydowałam się zamówić 4 odcienie podkładu:

Warm Peach o "ciepłym kolorycie dla cery jasnej"
Blondie "o zbalansowanym kolorycie dla jaśniejszej cery"
Popcorn "o średnio-jasnym odcieniu w ciepłym kolorycie"
Warm Honey "o średnim odcieniu i ciepłym kolorycie"

 (proszę weźcie pod uwagę,że odcienie są zeswatchowane na ręce grubą warstwą,dla tego to co wydaje się najbardziej pasować do koloru mojej ręki jest zazwyczaj zdecydowanie za jasne ;) )


Warm Peach okazało się dużo za jasne,Blondie za różowe i za jasne a Warm Honey zbyt pomarańczowe.Najlepszym odcieniem okazał się Popcorn,który nadal nie był jednak idealny ani nawet bardzo zbliżony do ideału.Wyglądał ok,ale przy ogromnej liczbie dostępnych kolorów na mineralnym rynku  "ok" to trochę za mało.Większość odcieni wygląda na ciemniejsze w opakowaniu niż w rzeczywistości są na skórze.
Dużymi minusem będzie więc w przypadku Lily Lolo stosunkowo mały wybór odcieni.18 kolorów przy 86 kolorach Moew wypada trochę blado.
Muszę przyznać,że zdecydowanie bardziej wolę też,kiedy kolorystyka jest podzielona na kolory i stopnie jasności.Wiele odcieni może być dezorientujące dla osób,które jeszcze nie znają swojego przybliżonego koloru,ale na dłuższą metę daje to znacznie większe pole manewru(np. w lecie kiedy się opalimy lub w zimie kiedy jesteśmy bardziej blade możemy pozostać w obrębie jednego koloru wybierając odpowiednio ciemniejszy lub jaśniejszy stopień).

Konsystencja podkładów Lily Lolo jest bardzo przyjemna,miękka i kremowa.Łatwo się nakłada,jednak do uzyskania porządnego krycia trzeba zastosować około 3 cienkie warstwy.Przez pierwsze parę minut wygląda na twarzy bardzo ładnie,brak pudrowego efektu,podkład wtapia się w skórę wzorowo.
Ku mojemu ubolewaniu jednak po około 15-20 min makijaż przechodzi transformację i wygląda...nieświeżo :(.Nie waży się jak podkłady Lucy,nie błyszczy się ale wygląda na mojej skórze po prostu źle.Testowałam wszystkie kolory,z różnymi kremami pod spodem,z bazą i bez,z finisherem i bez.Niestety rezultat był zawsze tak samo nieciekawy.
Widać nie dla mnie Lily Lolo.

Skład:Mika, Tlenek Cynku, Dwutlenek Tytanu, Tlenki Żelaza, Ultramaryna


Podkład Pixie Cover de Luxe

W przypadku Pixie kupiłam na allegro próbki trzech kolorów.Wszystkie w stopniu 2 czyli light-medium.

Sinnie-słoneczny kolor z dużą ilością żółtych tonów
Cameo-beż z bardzo dużą ilością żółtych,słonecznych tonów
Blossom-ciepły,słoneczny beż,w porównaniu do Cameo ma mniej żółtych tonów.


Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie kolory bardzo dobrze współgrały z moją karnacją.Najmniej Blossom,która jest za bardzo beżowa,lepiej mocno żółta Sinnie która była odrobinę za jasna a najlepiej Cameo.Cameo to ciepły,żółty kolor z odrobiną brzoskwiniowo-beżowych tonów.Jest dopasowana tak idealnie,że kiedy nakładałam na twarz zupełnie nie było widać koloru,czułam się jakbym nakładała po prostu warstwę mojej własnej skóry,tylko że w idealnym wydaniu(tak dobrze stapiała się z jej kolorem).
Okazało się nawet,że dzięki minimalnej brzoskwiniowej domieszce jest jeszcze lepsza niż Naughty Abyssinian.Stopień 2 nr jest jak najbardziej odpowiedni.

W noszeniu Pixie Cover de Luxe sprawdza się również rewelacyjnie.Jest nieco bardziej suchy niż Lily Lolo ale trochę bardziej kremowy niż Meow.Świetnie kryje,i po kilku minutach pięknie wtapia się w skórę nie pozostawiając pudrowej warstwy.Zaskakująco dobrze trzyma się na mojej kapryśnej skórze.
Jestem zachwycona zarówno kolorem,jak i formułą.Mam też wrażenie,że odkąd używam podkładów Pixie moja skóra ma się lepiej(może to ze względu na dodatkowe,nietypowe dla podkładów mineralnych składniki?)
Do tego wszystkiego opakowanie jest śliczne a Pixie to polska firma.Na pewno kupię pełnowymiarowy słoik!

Skład:INCI: Mica, Silica, Sodium Stearyl Fumarate, Allantoin, Hydrogenated Lecithin, Sodium Hyaluronate, Tin Oxide, [+/-  CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77947 (Zinc Oxide), CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77288]  





Mam nadzieję,że wam troszkę pomogłam.Jakie są wasze ulubione podkłady?Lubicie kosmetyki mineralne?



 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...