Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

Collistar Magiczne krople samoopalające



Lato to dla mnie zdecydowanie sezon samoopalaczy. Zarówno tych do twarzy, jak i do ciała. Mam kilku sprawdzonych ulubieńców, ale jednocześnie lubię testować nowości. Ponieważ słyszałam dużo dobrego o płynnych samoopalaczach kropelkach postanowiłam dać im szansę. Zamysł jest bardzo ciekawy, są to produkty, które można stosować mieszając z ulubionym kremem nawilżających samodzielnie dostosowując ilość samoopalacza a tym samym intensywność opalenizny. Idea szczególnie interesująca dla wybrednych kosmetykomaniaczek, którym nie udało się dobrać jeszcze idealnego środka do uzyskania sztucznej opalenizny. Pierwszym tego typu produktem, o którym słyszałam, były kropelki Clarins. Niestety nie udało mi się ich zlokalizować w perfumerii, zainteresowałam się więc wersją włoskiej marki Collistar czyli Magicznymi kroplami samoopalającymi, o których dziś wam napiszę.


Klasyczne opakowanie to szklana buteleczka z zakraplaczem (lub jak wolałby powiedzieć biolog, pipetą Pasteura ;) ) o pojemności 30ml. Taka buteleczka kosztuje dość sporo, w Douglasie ( i to chyba jedyne miejsce, gdzie Collistar jest dostępne stacjonarnie) kosztuje 119zł. Mnie udało się dorwać go w limitowanej większej wersji, 50ml w tej samej cenie.
Produkt ma ciemnobrązowy kolor i jest zupełnie płynny. Przjemnie pachnie, chociaż da się wyczuć alkohol znajdujący się wysoko w składzie. Nietłusty, bardzo szybko się wchłania aczkolwiek aplikacja nie jest najłatwiejsza bo płyn potrafi przeciekać przez palce. Na początku chciałam go mieszać z kremem do twarzy, ale taka opcja okazała się mało skuteczna. Ciężko było połączyć dwa kosmetyki na dłoni. Przeszłam więc do używania kropelek pod krem, jak serum. Producent obiecuje, że opalenizna będzie ultra szybka, ma pojawić się po godzinie. Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby była szybsza niż w przypadku innych samoopalaczy. Standardowo trzeba około 2-3 godzin i wydaje mi się, że tak samo jest w tym przypadku. Efekt nie jest też jakoś wyjątkowo mocny, po użyciu pełnej pipetki rzeczywiście twarz nabiera zdrowego koloru, ale nie jest to jakaś szalenie mocna opalenizna. Używałam go również do ciała, z tym samym rezultatem. Aplikacja na ciało była dużo mniej wygodna, trzeba było oczywiście większej ilości preparatu i trudniej było opanować przeciekanie przez palce podczas wsmarowywania.


Nie jest to produkt zły, ale jednocześnie zupełnie mnie nie zachwycił. Wywiązuje się ze swojego zadania, opala i fajna jest możliwość stopniowania. Szybko się wchłania i nie robi smug. Można go stosować pod ulubiony krem (opcja mieszania z nim niestety nie sprawdziła się w moim przypadku).
Uważam jednak, że jest za drogi, znam wiele tańszych produktów które jeszcze lepiej wywiązują się z zadania. Dodatkowo szklana butelka choć wygląda ładnie, jest bardzo ciężka i jeżeli tak jak ja bywacie niezdarne może przedwcześnie zakończyć żywot na łazienkowych kafelkach ;).
Kropelki powinny spodobać się tym z was, które mają tłustą skórę i nie dogadują się z klasycznymi samoopalaczami mającymi tendencję do wywoływania nadmiernego błyszczenia się buzi. Ten wchłania się rzeczywiście szybko i nie pozostawia żadnego filmu.


wtorek, 29 kwietnia 2014

Organique Balsam do ust kokosowe ciasteczka


Jakiś czas temu odwiedzając Organique trafiłam na nowość i to nowość w promocji. Nowe balsamy do ust, dwa w cenie jednego. Normalnie kosztują 30zł, w promocji miałam więc jeden za 15zł. Do wyboru były cztery wersje: kokosowa, czekoladowa, pomarańczowa i wiśniowa. Niestety trzech z czterech zapachów nie lubię, wzięłam więc dwa kokosowe (kokosowe rzeczy dla odmiany uwielbiam) i jeden dałam koleżance w prezencie.
Balsam zapakowany jest w wygodną i bardzo ładna aluminiową zakręcaną puszeczkę. Producent obiecuje same naturalne składniki i brak konserwantów.


Rzeczywiście, skład jest bardzo dobry i na pewno ucieszy nawet fanatyczki naturalnych składów. Olej ze słodkich migdałów, oliwa, olej z awokado. Bardzo fajnie. Balsam rzeczywiście dobrze i długotrwale nawilża. Łatwo się aplikuje, jest bezbarwny i delikatnie błyszczący. Nadaje się do stosowania pod kolorowe pomadki. Zapach jest niezwykle apetyczny, rzeczywiście kokosowo-ciasteczkowy. Jedyne co mi się nie podoba to smak, jest niepotrzebnie słodki. Wolę, kiedy produkty do ust nie mają słodkiego smaku.

Balsam nie jest najtańszy, ale zapowiada się na bardzo wydajny. Dodatkowo skład jest na prawdę imponujący. Warto dać mu szansę, myślę że jest godny polecenia. Przyjemnie mi się go używa, włożyłam go do torebki i sięgam po niego często. 

niedziela, 2 lutego 2014

Cece of Sweden Argan masło do ciała i żel pod prysznic


Argania spinosa, niewielkie endemicznie marokańskie drzewo jest od dobrych kilku lat gwiazdą szeroko rozumianego rynku kosmetycznego. Olej z jego nasion znajdziemy w składzie wielu kosmetyków, jest też mnóstwo fanek stosowania go solo do pielęgnacji ciała, twarzy i włosów. Silny konkurent wszechstronnego oleju kokosowego i oliwkowego. Dodatkowo jego marokański rodowód nadaje mu odrobiny orientalnej tajemniczości ;).

Dziś mam dla was recenzję dwóch arganowych produktów firmy Cece, która debiutuje w kategorii pielęgnacji ciała (wcześniej skupiali się na kosmetykach do włosów): masło do ciała i żel pod prysznic. Seria wygląda zachęcająco, eleganckie ciemnobrązowe opakowania ozdobione orientalnymi złotymi motywami, zdecydowanie podoba mi się taka stylistyka. Ceny wahają się w granicach 20-40zł, do tej pory widziałam te produkty tylko w Superpharmie, ale za pewne można jest też upolować na allegro i w innych miejscach.
Muszę pochwalić również zapach, orientalny i niezwykle przyjemny jednocześnie nie jest męczący. Nie jest to może nic zaskakującego, bo jeżeli używałyście wcześniej jakichkolwiek kosmetyków z dodatkiem olejku arganowego to pewnie wiecie jak producenci wyobrażają sobie cały koncept pod kontem zapachu, ale bardzo uprzyjemnia stosowanie.

Żel pod prysznic ma gęstą, przyjemną konsystencję, nie miałam problemów z rozprowadzeniem go na skórze (nie używam myjek ani gąbki). Po umyciu skóra była rzeczywiście przyjemna w dotyku, efekt przypominał mi ten, jaki znam z olejku pod prysznic Nivea. Niestety, muszę się trochę przyczepić do zapachu. Jak napisałam wcześniej, zapach jest bardzo przyjemny, ale w przypadku żelu  mało intensywny. Uwielbiam, kiedy zapach wypełnia całą łazienkę a w tym przypadku czułam go tylko śladowo i tylko przy samej aplikacji. Wiem, że dla niektórych będzie to zaletą, jeżeli lubicie nawilżające kosmetyki pod prysznic ale drażni was intensywny zapach, jestem przekonana że produkt wam się spodoba. Ja raczej nie kupię ponownie.


Masło do ciała dla odmiany pachnie wystarczająco wyraźnie i to przez całkiem długi czas. Dodatkowo jest gęste i treściwe jednocześnie pozostając łatwym do rozsmarowania. Ciekawa sprawa, masło to nie jest przesadnie tłuste a działa skutecznie. Pod wpływem ciepłą dłoni lekko topnieje (podejrzewam, że to ze względu na obecność masła shea wysoko w składzie, podobnie dzieje się z masłami do ciała Organique). Świetnie nawilża i zmiękcza skórę. Z powodzeniem używałam go też do stóp i rąk a nie zdarza się często, żeby produkt do ciała spełniał moje oczekiwania w tym aspekcie. Bardzo je polubiłam i sądzę, że nie będzie to jednorazowa przygoda.


Seria arganowa Cece zdecydowanie mnie zaciekawiła, chętnie wypróbuję produkty do włosów bo opinie na KWC są zachęcające.

piątek, 19 lipca 2013

Rewolucja czy niewypał? Nivea Odżywczy balsam do ciała pod prysznic


Od pewnego czasu nie sposób nie natknąć się na reklamy nowych produktów Nivea: balsamów do ciała pod prysznic. Niektóre drogerie rozdają miniaturki (ostatnio dostałam takiego malucha w Hebe), na faceboou można również wygrać pełnowymiarowe produkty. Ja swój Odżywczy balsam (dostępna jest jeszcze wersja nawilżająca do cery normalnej i suchej) mam już od dość dawna, kupiłam zaraz po pojawieniu się go w Rossmannie. Duża butelka 400ml kosztowała 25zł. Skusiła mnie w tym wypadku oczywiście wrodzona ciekwaość ;) oraz zapach. Granatowa wersja pachnie klasycznym kremem Nivea a zapach długo utrzymuje się na skórze.

Na początek muszę ponarzekać na opakowanie. Jest masywne, nieładne a produkt lekko przecieka brudząc zakrętkę od środka. Jest niewygodne do trzymania mokrą ręką.
Sam balsam jest dość rzadki, rzadszy np. od kremowych żeli pod prysznic Dove (co dobrze obrazuje to dziwne, bądź co bądź, zdjęcie ;) ) . Nie miałam większego problemu z aplikacją.



Rekomendowany sposób użycia to nałożenie na umyte, wilgotne ciało a następnie spłukanie. Czytałam też również, że można go tylko wytrzeć ręcznikiem (jak oliwkę). Wypróbowałam oba sposoby. Niestety, zarówno w jednym, jak i drugim przypadku balsam okazał się mało przydatny.
Spłukany nawilża zdecydowanie za mało, wytarty ręcznikiem również niewystarczająco. Odczuwam potrzebę nałożenia balsamu. Dość przydatny okazał się tylko przed użyciem samoopalacza, nie musiałam stosować dodatkowej warstwy balsamu.
Być może przypadłby do gustu osobom, które nie lubią wyraźnej warstwy  balsamu? Albo tym, które nie mają suchej skóry( ale przecież jest to produkt dedykowany właśnie takiej skórze!). Myślę jednak, że nadal nie jest to atrakcyjna propozycja dla osób, którym nie chce się wsmarowywać w ciało nawilżaczy. Bo cały proces wydłuża się o dodatkową czynność, balsam nie zastępuje żelu pod prysznic, trzeba go dodatkowo rozprowadzić a dodatkowo jeszcze spłukać.

Dla mnie balsam pod prysznic okazał się bezużyteczny. Nie zastępuje balsamu do ciała i nie wnosi nic pożytecznego do codziennej pielęgnacji.


Testowałyście go już? Co o nim sądzicie?

środa, 29 maja 2013

Przegląd półki łazienkowej, oczyszczanie, demakijaż i pielęgnacja twarzy.



Dziś mam dla was krótką recenzję zbiorczą produktów, które w ostatnim czasie goszczą lub gościły na mojej półce. Kategoria: pielęgnacja twarzy.


Żele do mycia twarzy. Nie mogą nadmiernie wysuszać, ostatnio polubiłam także te z delikatnym peelingiem. O tak, zdecydowanie potrzebuję regularnego ale za razem delikatnego peelingu. Polubiłam też bardzo peelingujące płatki kosmetyczne, ale do rzeczy....



AA Pielęgnacja Młodości 18+ Peelingujący żel do mycia twarzy. Bawi mnie nie co klasyfikowanie żelu do mycia twarzy jako produktu przeznaczonego dla konkretnej grupy wiekowej. Taka tendencja jest często spotykana, większość żeli jest adresowana do nastolatek. Bo starsze kobiety to co? Pewnie nie myją twarzy ;).
Sam produkt bardzo przyjemnie pachnie, trochę perfumeryjnie i elegancko. Drobinki są delikatne, ale zdecydowanie są. Używam go kilka razy w tygodniu ale spokojnie możnaby używać go codziennie. Delikatne usuwa martwy naskórek, ale nie jest to rzecz jasna agresywny ścierak. Nie ściąga mojej podatnej na to skóry.

Synergen Pianka do mycia twarzy Sweet Touch. Lubię pianki do mycia twarzy, szkoda że tak mało ich ostatnio na półkach. Ta konkretna nie rzuciła mnie na kolana. Pachnie bardzo słodko i sztucznie, ale jest to przyjemny zapach. Z gatunku landrynkowych.
Konsystencja jest bardzo lekka, pianka szybko znika podczas aplikacji. Używam na raz 2-4 pompek co sprawia, że produkt ma umiarkowaną wydajność. Nie ściąga skóry. Taki przeciętniak, na dodatek jest dość droga (10zł) jak na rossmannowski produkt. Nie kupię ponownie.

AA

Synergen

Płyny micelarne. Są dla mnie nieodzownym elementem oczyszczania, zmywam nimi makijaż twarzy (niestety tuszu wodoodpornego nie ruszają) a ostatnio używam ich też rano zamiast żelu do mycia twarzy. Lubię kiedy micel jest łagodny i nie pozostawia tłustej warstwy. Ładny zapach mile widziany.


Floslek Płyn micelarny do cery wrażliwej. Bardzo lubię kosmetyki Floslek, nie raz pozytywnie mnie zaskoczyły jakością i działaniem. Niestety ten płyn zupełnie mi nie odpowiada. Podrażnił mnie, skóra po przemyciu piecze mnie przez dłuższy czas :(. Robiłam do niego kilka podejść, ale za każdym razem sytuacja się powtarzała.
Jest bezzapachowy i nie pozostawia lepkiej warstwy.


Eveline Hydra Expert Płyn Micellarny. Łagdony, bezzapachowy. Nie podrażnia oczu ani twarzy. Jest ok, cena atrakcyjna (poniżej 10zł). Wolałabym jednak chyba, żeby miał jakiś zapach.

Bielenda Esencja Młodości Nawilżający Płyn Micelarny. Ostatnio ulubiony. Bardzo dobrze oczyszcza , odświeża lepiej od Eveline i nie piecze w oczy. Brak jakiejkolwiek nieprzyjemnej warstwy, nie trzeba go zmywać. Bardzo ładnie pachnie. Kupię na pewno.

W kolejce na przetestowanie czekają dwa płyny micelarne AA i jeden Lirene.

Floslek

Eveline

Bielenda


Bez płynu dwufazowego nie istnieje dla mnie demakijaż. Lubię testować różne, ale zazwyczaj wracam z podkulonym ogonem do Garniera dla wrażliwej skóry. Większość innych niestety albo podrażnia albo nie zmywa tuszu wodoodpornego, albo obie te rzeczy na raz.
 Płyn dwufazowy Floslek dobrze poradził sobie z usunięciem grubej warstwy tuszu, jest bardzo mało tłusty ale niestety bardzo podrażnił mi oczy. Szkoda bo zmywa makijaż oczu na prawdę szybko.

Floslek


W kategorii kremów do twarzy lubię mieć wybór i mam zazwyczaj przynajmniej dwa. Na dzień i na noc, ale najczęściej krem na dzień występuje na półce w kilku odsłonach. Krem pod ozy to absolutny must-have!

Ziaja Sopot krem brązujący relaksujący lubię nie tylko za delikatną opaleniznę, ale i za to że to jeden z lepszych nawilżaczy jakie znam. Bardzo lubię używać go na noc, budzę się z wypoczętą i nawilżoną buzią w zdrowym kolorze. Pod makijaż również dobrze się nadaje. Opalenizna jest delikatna i równomierna. Świetny krem. Pachnie bardzo przyjemne, jak cała seria Sopot. Cena rewelacyjna.

Jego kuzyn Ziaja krem opalizujący w wersji do cery tłustej i mieszanej również uważam za udany. Czasami sprawdza się lepiej a czasami gorzej (w zależności od stanu mojej skóry) ale nawilża i rzeczywiście rozświetla. To takie fajne rozświetlenie, nie brokat a delikatne złociste opalizowanie. Nie wiem, czy spodobałby się jednak posiadaczkom bardzo tłustej skóry bo może podkreślać problem. Kolejny krem, który prześlicznie pachnie, ale inaczej niż brązujący. Taki zapach miały kiedyś inne kremy do twarzy Ziaja. Nie mogę jednak przypomnieć sobie, jak się nazywały.

Krem rozświetlająco-nawilżający Corine di Farme kupiłam, bo słyszałam same dobre rzeczy o tej marce. Trudno je gdzieś znaleźć, ja swój kupiłam w Hebe ale podobno je  stamtąd wycofują. Kosztował 20zł, co uważam za całkiem dobrą cenę biorąc pod uwagę naturalny skład. Nie jestem, jak wiecie, maniaczką kosmetyków organicznych, ekologicznych itp. Ten krem jest po prostu ok. Ma lekką, ale nawilżającą konsystencję. Nadaje się pod makijaż. Podoba mi się zapach (identyczny jak brązujący krem Sopot) i wygodna pompka. Raczej nie kupię ponownie, nie zachwycił mnie ale jest to zdecydowanie solidny kosmetyk.

AA Energia Młodości 30+ Krem na pierwsze zmarszczki na noc. Nigdy nie byłam wielką fanką AA, ale zaczyna zmieniać zdanie. Krem kupiłam, bo szukałam czegoś fajnego na noc a ten miał dobrą cenę (sporo poniżej 20zł). Rzeczywiście, jest odżywczy i bardzo dobrze wpływa na kondycję skóry twarzy. Zauważam różnicę szczególnie, kiedy użyję go wracając do domu nad ranem. Po obudzeniu twarz wygląda na dużo bardziej wypoczętą niż ja sama ;). Pachnie bardzo przyjemnie. Jest treściwy, ale nie bardzo tłusty. Spełnia moje oczekiwania dotyczące kremu na noc, nie mam co prawda jeszcze zmarszczek ale i tak widzę pozytywny działanie na kondycję skóry. Nie podoba mi się tylko masywny słoiczek, nie mieści mi się do szufladki na półce łazienkowej. Dodatkowo jest bardzo plastikowy i po prostu brzydki.

Zadowolona z kremu na noc, kupiłam jego kolegę pod oczy. Krem pod oczy nawilżająco-wygładzający jest jednym z lepszych, jakich używałam. Zaraz obok Floslekowego kremu pod oczy na dekolt i szyję. Jest odpowiednio treściwy, nawilża i chroni moją suchą skórę pod oczami. Dodatkowym plusem jest cena. Bardzo fajny krem.

Lirene Folacyna Intense 30+ z tego samego przedziału cenowego i wiekowego sprawdza się dużo gorzej. Jest za lekka, zaraz po nałożeniu go na powieki mam ochotę nałożyć kolejną warstwę. Zużyłam już ten krem i na pewno do niego nie wrócę.


AA

Sopot opalizujący

Sopot brązujący

Corine di farme

A jakie ciekawostki do pielęgnacji twarzy znajdują się obecnie na waszych półkach?

piątek, 28 grudnia 2012

The Body Shop Ginger Sparkle


Święta się skończyły, to nie podlega dyskusji. Zaraz po Świętach zaczęły się jednak wyprzedaże, także te kosmetyczne. Dzisiaj będzie o zimowej serii limitowanej TBS, którą zdecydowanie warto upolować na wyprzedaży.
Ginger sparkle (lub jak kto woli Migoczący imbir) to jeden z najbardziej udanych sezonowych zapachów ostatnich lat. Zazwyczaj  Body Shop tworzy je według luźnego schematu wanilia, imbir, żurawina (była też i śliwka) ale za każdym razem trochę inaczej. Ubiegłoroczny imbir mnie nie zachwycił, za to ten jest świetny.
Pachnie jak pikantna, korzenna wersja żelek Haribo Cola. Nie jest mdło ciasteczkowy, kwaśna żelkowa nuta bardzo fajnie tą całość przełamuje.
Miała okazję przetestować miniaturkę masła (12zł), żelu pod prysznic (9zł) i peelingu (10zł). Szczególnie pokochałam oczywiście masło, jest gęste i należy do tych bardziej nawilżających maseł z Body Shopu. Nosiłam je w torebce, jako krem do rąk (bardzo wam polecam ten sposób, masła nawilżają lepiej niż nie jeden krem do rąk, są wydajne, o zapachu już nie wspomnę). Zapach jest dość hmm...ekspansywny i wywołuje bardzo pozytywne reakcje osób postronnych :D.
Do ciała było mi szkoda używać tego maluszka, dla tego ogromnie ucieszyłam się, gdy pod choinką zalazłam dużą wersję (69zł, aktualnie wszystkie masła są w promocji za 35zł, także to).

Żel pod prysznic pachnie intensywnie, właściwości ma podobne do innych żeli TBS, jakich próbowałam. Jest dość gęsty i całkiem wydajny. Najmniej jestem zadowolona z peelingu, rozpieszczona mocnymi peelingami cukrowymi, ten uważam bardziej za żel z drobinkami niż peeling z prawdziwego zdarzenia. Pachnie pięknie, ale nie kupię go w pełnym wymiarze.



Jeżeli lubicie słodko-pikantne zapachy to serdecznie polecam wam upolowanie jakiegoś produktu w poświątecznej promocji. Z tego co wiem, linia zawiera jeszcze balsam do ciała z pompką, mydło do rąk, mydełko serde, błyszczyk do ust, krem do rąk i sól do kąpieli. Moje serce zdecydowanie skradło masło.


Lubicie limitowane serie zapachowe?

sobota, 27 października 2012

Alterra Rumiankowa pomadka do ust


Tak, jak przepadam za wieloma produktami Alterra, Isana i im pokrewnymi, tak pomadki do ust z Rossmanna nigdy mi do końca nie odpowiadają.
Wypróbowałam pomadkę rumiankową Alterra, jak tylko pojawiła się w drogeriach dawno dawno temu. Nie spodobała mi się, wysuszała usta i pachniała mocno olejkiem rycynowym i czymś co nadawało jej zapach zjełczałego kremu. Zużyłam ją do smarowania łokci, czy innego tego typu celu niewymagającego jej wąchania ;). Na KWC pojawiało się coraz więcej recenzji i szminka szybko stała się wysoko ocenianym hitem. Cóż, zazwyczaj zgadzam się z ocenami na KWC ale to był jeden z tych wyjątków.

Jakiś czas temu produkt przeszedł lifting, nie wiem czy wiązało się to ze zmianą składu ale mam wrażenie, że tak bo zrobiłam do alterrowego balsamu kolejne podejście i tym bardziej podoba mi się bardziej.
Nadal pachnie tak jak wszystkie rossmannowskie pomadki (nawet te zapachowe, w których ta nuta zamaskowana jest wiśnią czy innym owocem) ale wydaje się bardziej nawilżająca i treściwa. Ma na pewno lepsze opakowanie, pokrywka nie połamała się do samego końca a w poprzedniej wersji już w połowie była ukruszona. Mam też wrażenie, że łatwiej sunie po ustach, i lepiej natłuszcza.
Nie wiem jednak, czy to psychoza czy starość i skleroza ;) czy może jednak na prawdę ją trochę ulepszyli.
Jeżeli nie przeszkadza wam zapach to jest to solidny produkt a w ulepszonym opakowaniu łatwiej się go używa. Dodatkowym plusem jest skład, szczególnie jeżeli zależy wam na otaczaniu się kosmetykami naturalnymi.
Ja będę kupować raczej tylko w promocji, ale nie skreślam jej tak jak poprzednim razem.

Ocena: 4


poniedziałek, 8 października 2012

Limitowane kremy do rąk Isana


Nie umiem obyć się bez kremy do rąk. Mam tubkę zawsze przy sobie, w torebce oraz w kilku miejscach w całym domu. Ręce smaruję nałogowo, obowiązkowo po każdym myciu rąk ale także i pomiędzy myciem. W związku z tym, zużywam tego rodzaju kosmetyki tonami i na prawdę lubię, kiedy krem do pielęgnacji rąk jest i dobry i tani.
Wymagam od niego aby dobrze nawilżał i pozostawiał na rękach ochronny film, tak aby działanie można było czuć przez dłuższy czas po aplikacji. Mile widziany jest przyjemny zapach, ale nie jest to konieczność.
Kremy Isana znam i lubię o dawna, szczególnie wersję "czerwoną" z mocznikiem (jeden z bardziej odżywczych i ochronnych preparatów, jakie znam). Kiedy więc wypatrzyłam na półce dwa nowe limitowane zapachy (o rany, któż nie kocha edycji limitowanych :), nawet krem do rąk czy żel pod prysznic jest bardziej ekscytujący w sezonowej odsłonie. Ktoś może powiedzieć, że to niedorzeczne ale mnie na prawdę cieszą w życiu nawet takie drobiazgi). Najpierw przetestowałam wersję z olejkiem migdałowym (kocham zapach migdałów a i sam olejek cenię za dobroczynne działanie) a później kwiat pomarańczy. Ten drugi kupiłam już trzy razy, migdałowego niestety ostatnio nie mogę znaleźć i nie wiem czy już przestali go sprzedawać.
Oba kremy to nieco lżejszy kaliber niż ich kuzyn z mocznikiem. Szybciej się wchłaniają i  mają bardziej płynną konsystencję, ale nadal dbają o dobry poziom nawilżenia przez dłuższy czas. Oba są przeznaczone do suchej skóry i moim zdaniem oprócz zapachu, niewiele się od siebie różnią.
Migdałowy pachnie słodko, delikatnie migdałowo ale bardziej kosmetycznie niż deserowo. Kwiat pomarańczy to zaskakująco ładnie oddany kwiat właśnie a nie owoc, zapach nie jest mocno cytrusowy a delikatnie kwiatowy z nutką pomarańczy.
Z obu limitowanych kremów jestem zadowolona i zamierzam je kupować dopóki będą dostępne. Są skuteczne, tanie a do tego przyjemnie pachną.
Kremy Isana nie zawierają silikonów (choć szczerze mówiąc, ani mnie to ziębi ani grzeje, wiecie że jestem raczej piewcą zalet silikonów niż ich zagorzałą przeciwniczką).

Ocena: 5-


Macie ulubieńców kremów do rąk?

środa, 19 września 2012

Kosmetyki do włosów Green Pharmacy


Dziś porządna recenzja kosmetyków do włosów Green Pharmacy, o których wspominałam wam już przy okazji przeglądu arsenału do pielęgnacji włosów. Używam ich już grubo ponad miesiąc i przyszła pora na spisanie rezultatów tej przygody.

Na początku ikuracji miałam pewne problemy ze wzmożonym wypadaniem włosów, które jednak na szczęście dość szybko przeszło (włosy wspomagane różnymi produktami w końcu się uspokoiły). Czy jest to zasługa produktów Green Pharmacy? Na pewno się do tego częściowo przyczyniły, ale używałam również innych wzmacniających produktów.

Eliksir ziołowy do włosów wzmacniający przeciw wypadaniu to rodzaj odżywki bez spłukiwania w spray, z tym jednak wyjątkiem, że szczególnie zaleca się wcieranie jej w skórę głowy. Ma wzmacniać i zapobiegać wypadaniu włosów.
Jest przezroczysty, zupełnie płynny. Spray rozpyla produkt bardzo skutecznie, mgiełka jest lekka i ma dość duży zasięg (wszystkie chyba znamy koszmarne produkty w spray, które odmawiają współpracy i "plują" wielką porcją płynu punktowo i utrudniają aplikację) za co zdecydowanie należy się plus. Niestety sama butelka jest duża i pękata co skutecznie utrudnia jej trzymanie.


Produkt ma bardzo przyjemny zapach, pachnie jak ziołowa herbata z miodem. Jest lekki, ale po zastosowaniu go widzę różnicę, nie jest to tak jak gdyby spryskiwać włosy czystą wodą (a często takie wrażenie pozostawiają po sobie odżywki w sprayu). Używałam go po każdym myciu przed rozczesywaniem włosów oraz wieczorem przed olejowaniem. Wcierałam w skórę głowy i rozpylałam na całej długości włosów. Ułatwia rozczesywanie i lekko wygładza włosy. Nie jest jednak pod tym względem tak skuteczny, jak mój ukochany Biosilk Silk Filler.
Lubię takie spraye a ten jest całkiem przyjemny. Lepszy od sprayu Jantar Farmona, porównywalny z Radicalem (ale nie ma alkoholu).

Kosztuje około 8zł za 250ml

Ocena: 4



Olejek łopianowy z czerwoną papryką był produktem, który najbardziej mnie zainteresował. Jak wiecie, jestem członkinią sekty dziewczyn traktujących olejami włosy ;). Olej łopianowy z dodatkiem papryki ma przyspieszać porost włosów przez pobudzanie mikrokrążenia. Służy do olejowania skóry głowy. Ma dość ciężką konsystencję, ale nie mam większych problemów z wmasowaniem go w skórę głowy. Lubię ten olej. Niestety ma bardzo niewygodną buteleczkę, brak skutecznego zabezpieczenia przed wylewaniem zbyt dużej ilość powoduje, że zmarnowałam już niechcący sporą ilość produktu. Dużo wygodniejsza byłaby butelka podobna do tej, w którą zapakowane są olejki Alterra.
Produkt kosztuje około 5zł za 50ml. Ma neutralny, prawie nieobecny zapach oleju roślinnego.


Ocena: 5-


Balsam do włosów przeciw wypadaniu z olejkiem łopianowym polubiłam najmniej ze wszystkich kosmetyków GP. Owszem, ma przyjemny zapach, ale denerwuje mnie rzadka konsystencja. Trudno nałożyć go na włosy, nie jest też zbyt wydajny bo na jednorazową aplikację zużywam sporo. Producent zaleca nakładanie go na 5-10 minut. Trzymałam go na włosach zarówno minutę jak i godzinę, nakładałam przed myciem na suche włosy oraz jako pierwszy etap OMO. Efekty za każdym razem były podobne. Włosy lekko zmiękczone i wygładzone, ale absolutnie bez rewelacji. Po odżywce spodziewam się więcej, lubię produkty mocniejszego kalibru. To jest poprawna odżywka, ale bardziej spodoba się dziewczynom lubiącym lekkie produkty do pielęgnacji włosów. Nie ma w składzie silikonów ciężkiego kalibru.

Ocena: 4-

około 8zł/ 300ml



Używałyście tych, albo innych kosmetyków Green Pharmacy? Jakie są wasze wrażenia?

wtorek, 18 września 2012

Essence My Skin Odświeżający tonik do twarzy



Pojawienie się pielęgnacyjnej linii Essence oczywiście wywołało moje spore zainteresowanie :). Szczególnie, że na samym początku dostępne były w promocji (a i cena wyjściowa jest na prawdę przystępna). Ponieważ mam spory zapas kremów, które trzeba w końcu zużyć albo w inny sposób zutylizować, skusiłam się na tonik.
Za standardowe 200ml zapłaciłam poniżej 10zł, cena regularna też wydaje mi się nie przekracza 11zł. Butelka jest na prawdę sympatyczna, ma wygodny i dość niespotykany korek a skład jest ok. Na drugim miejscu znajduje się ekstrakt z liczi. Od toniku nie oczekuję cudów, ale obecność naturalnych składników jest zawsze miła. Gdzieś tam w oddali majaczy alkohol, ale szczerze mówiąc zupełnie nie czuję jego obecności (nie ma ani jego zapachu, ani działania wysuszającego).




Tonik przyjemnie odświeża i usuwa resztki makijażu. Raz rozrobiłam przy jego pomocy glinkę do maseczki (lenistwo nie pozwoliło mi iść do kuchni po wodę mineralną ;) ) i maseczka ta byłą jak najbardziej ok. Podoba mi się zapach, ładna butelka i wygodne otwarcie. Nie mam mu właściwie nic do zarzucenia, wywiązuje się ze wszystkich zadań, jakie stawiam przed tonikiem. Nie jest cudotwórcą, ale tego nie oczekuję. Po prostu sympatyczny produkt.

Ocena: 4+



piątek, 14 września 2012

Po czwarte: Dbaj o skórę wokół oczu

Kolejna odsłona Dekalogu zdrowej skóry Floslek. Jedna z najważniejszych bo dotyczy dbania o wrażliwą skórę wokół oczu.


"Kremy pod oczy i kremy do twarzy mają różne pH, dlatego nie powinno się ich stosować zamiennie. Dobrze dobrany preparat pod oczy i odpowiednio wykonany delikatny masaż skóry w trakcie aplikacji zapobiegają powstawaniu zmarszczek.
Skóra w okolicach oczu wymaga szczególnej pielęgnacji. Przede wszystkim powinniśmy ją prawidłowo oczyszczać specjalnymi preparatami. Bardzo ważny jest również odpowiedni dobór preparatu pielęgnacyjnego uwzględniającego specyfikę tego obszaru skóry. Powinien on nawilżać i ujędrniać skórę, a także łagodzić podrażnienia, regenerować i chronić ją przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi – radzi dr Henryka Dąbrowska."


Mam mieszaną cerę, ale nie przepadam za bardzo lekkimi kremami. Szczególnie w przypadku pielęgnacji skóry okolic oczu. Tym czasem na półkach aż roi się od lekkich kremów, które obiecują że będą szybko się wchłaniać i nie pozostawią tłustego filmu. Cóż jednak z tego, skoro ja takiego właśnie ochronnego filmu pod oczami potrzebuję. Znazałam kilka całkiem fajnych, bardziej nawilżających kremów (min. Floslek pod oczy do skóry wrażliwej, o którym już wcześniej pisałam) jednak żadne nie był idealny. Niektóre podrażniały, inne były mało wydajne a jeszcze inne nieco za drogie (np. Dermika z kwasem hialuronowym).
Myślałam już, że będę musiała zdecydować się na krem 60+ ;). W końcu jednak trafiłam na krem idealny, Floslek znowu potwierdził, że zasługuje na miano mojej ulubionej polskiej firmy.
Bio-certyfikowany krem pod oczy, na dekolt i szyję z serii Be Eco wreszcie spełnił wszystkie moje oczekiwania, jeżeli chodzi o pielęgnację skóry wokół oczu.


Ma bardzo gęstą, maślaną konsystencję. Dobrze się wchłania i dogaduje się z produktami do makijażu, ale jednocześnie pozostawia ochronny nawilżający film. Jest bardzo wydajny, wystarczy na prawdę odrobinka. Smaruję nim tylko okolice oczu, na szyi i dekolcie lepiej sprawdzają się u mnie kremy, których używam do reszty twarzy. Myślę jednak, że posiadaczki suchej lub nieco bardziej dojrzałej cery polubią go również do pielęgnacji dekoltu i szyi (co potwierdza moja mama, która również kupiła sobie ten krem).
Dodatkowym plusem jest bardzo dobry, naturalny skład.
Niezbyt podoba mi się ciężki słoiczek. Nakrętka jest plastikowa i mało elegancka a srebrna obwódka ściera się natychmiast. Są to jednak jedyne aspekty, do których mogę się przyczepić. Krem kosztuje ponad 30zł/50ml, ale biorąc pod uwagę wydajność na prawdę nie można go nazwać drogim.

Zdecydowanie polecam, mój ulubiony krem pod oczy! Wreszcie coś co na prawdę nawilża.

Ocena: 6-


poniedziałek, 3 września 2012

Mariza Ujędrniające masło do ciała melon


Jako posiadaczka suchej skóry, bardzo lubię masła do ciała i z przyjemnością testuję wszystkie, jakie wpadną w moje ręce. Intensywnie poszukuję tańszych zamienników masełek Body Shop, i muszę przyznać że na tak zwanej niższej półce cenowej znajduje się mnóstwo perełek.

Dzisiaj mam dla was recenzję masła marki Mariza. Kosztuje ono 11zł za 200ml, więc chociażby to sprawia, że jest godne uwagi. Wybrałam wersję melonową. Bardzo lubię melona i melonowe kosmetyki, przypominają mi nieodżyłowaną serię melonową Avon.
Masło Mariza pachnie melonem, ale niestety nie tak prawdziwie, jak bym chciała. Zapach jest przyjemny, przypomina mi jednak bardziej dobry płyn do płukania tkanin niż owoce.
Jeżeli chodzi o właściwości pielęgnacyjne, to sprawdza się na prawdę dobrze. Masło jest bardzo gęste, trzeba włożyć nieco wysiłku we wsmarowanie go w ciało. Wysiłek ten jednak zdecydowanie się opłaca bo skóra po zastosowaniu masła jest miękka, gładka i bardzo dobrze natłuszczona. Jest to nawilżacz ciężkiego kalibru i nie spodoba się wielbicielkom lekkich mleczek. Jednak te z was, które jak ja mają suchą skórę na pewno je docenią.
Producent wspomina coś o ujędrnieniu. Niestety nie wierzę specjalnie w tego typu działanie, ale na pewno intensywny masaż masłem pozytywnie wpływa na ciało (i nastrój).


Masło jest godne polecenia bo jest tanie i skutecznie. Zapach jest ok, ale ten aspekt akurat bym udoskonaliła. Skład poniżej, całkiem miły. Masło shea, olej ze słodkich migdałów i awokado na początku składu.


Ocena: 4+

Jakie są wasze ulubione masła do ciała?

niedziela, 19 sierpnia 2012

Tak tak, Burn też laminuje żelatyną :)


Oczywiście, nie mogłam przejść obojętnie obok wizji pięknych włosów, jaką roztaczała Anwen :). Skusiłam się na laminowanie żelatyną, czyli hit ostatnich dni w blogosferze. Prawdę mówiąc, chciałam lecieć i żelatynować włosy zaraz po przeczytaniu posta, ale oczywiście jak to zwykle bywa rzeczywistość jest złośliwa i oczywiście żelatyna się skończyła. W końcu pokonując kolejne przeciwności, w tym brak czasu, zabrałam się dziś za laminowanie.

Włosy wieczorem jak zwykle naolejowałam oliwką Hip i olejkiem łopianowym. Rano umyłam je szamponem i nałożyłam normalną odżywkę (ekspresową maseczkę Isana), osuszyłam włosy ręcznikiem i lekko rozczesałam aby ułatwić aplikacje maski. Łyżkę żelatyny rozpuściłam w około 1/4 kubka wrzątku. Dokładnie wymieszałam (na tyle dokładnie, na ile pozwoliła mi ograniczona cierpliwość ;) ) a następnie dodałam do płynu łyżeczkę maski Eva Natura z bawełną i brzoskwinią, o której pisałam Wam w przedostatnim poście. Ponieważ maska jest gęsta i ciężko było ją rozmieszać z żelatyną,użyłam trzepaczki (takiej zwykłej, kuchennej). Następnie taką dość rzadką miksturę nałożyłam na całą długość włosów. Trzeba trochę uważać, ponieważ całość jest dość płynna i lubi się rozlewać. Na wszystko nałożyłam plastikowy, elegancki ;) czepek i zostawiłam na pół godziny. Niestety nie miałam dziś więcej czasu, ale to 30 min okazało się wystarczające.

Po zmyciu nie zauważyłam żadnych specjalnych efektów, włosy spryskane Eliksirem Green Pharmacy rozczesałam i z powodu pośpiechu przystąpiłam od razu do suszenia. Zazwyczaj lubię podsuszyć włosy na wolnym powietrzu przynajmniej w połowie, ale dziś nie miałam innego wyjścia.
Kiedy włosy były suche natychmiast zauważyłam różnicę. Zaraz po spłukaniu maski nie byłam zachwycona, ale nie długo potem przyglądając się wysuszonym kudełkom byłam pełna podziwu dla efektu. Zamieściłam wam powyżej trochę nieudolne zdjęcie, nie udało mi się niestety oddać efektu. Musicie mi uwierzyć na słowo, włosy są po laminowaniu odmienione. Bardzo sypkie, błyszczące, miękkie i puszyste (ale gładkie, zero puszenia się). Wydaje się jakby było ich więcej i lepiej się układają. Zdecydowanie lepiej. Nie mogę się oprzeć dotykaniu ich :D.

Zabieg na pewno będę powtarzać. Na szczęście nie wystąpił u mnie efektu przeproteinowania, może dla tego że przed zabiegiem nałożyłam najpierw olej a potem zwyczajną odżywkę. Trudno mi powiedzieć. Tak czy inaczej moje włosy polubiły żelatynę.


Testowałyście laminowanie? Jak wrażenia?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...