Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust

Muszę, muszę, muszę mieć je wszystkie…i wcale nie chodzi tu o Pokemony ;). Uwielbiam produkty do ust i mam wewnętrzny przymus testowania wszelkich nowości. Szczególnie, kiedy dotyczy to produktów obiecujących trwałość i komfort noszenia. Pamiętacie pewnie, że ubóstwiam poprzednie dziecko L'oreala, Caresse Shine będące bliźniakiem YSL Glossy Stain. Od czasu zrecenzowania ich na blogu moja kolekcja powiększyła się i jest to produkt, bez którego (obok Revlon Kissable Balm Stain) nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pomimo chęci ograniczenia mojego rozpasania w dziedzinie kupowania produktów do ust, skusiłam się na nowość, L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust (cóż za niewygodna do pisania i cytowania nazwa). Wybór kolorów nie jest oszałamiający, ale te z odcieni, które trafiły u nas do sprzedaży są bardzo ładne i nie mogłam się zdecydować. Jest sporo róży, korali, ale są też nudziaki i intensywna czerwień. W końcu wybór padł na żywą fuksję z niebieskim shimmerem 401 Fuchsia Drama. Załapałam się na promocję, w Superpharmie zapłaciłam niecałe 39zł, cena regularna jest dość wysoka, około 53zł.
Producent obiecuje, że jest to innowacyjna hybryda (uwielbiam to słowo!) błyszczyka i szminki. Formuła ma być oparta na olejkach, i powodować, że ów produkt jest szminką-eliksirem i zapewnia zarówno kolor i połysk, jak i pielęgnację. Zamknięty jest w eleganckim, złotym opakowaniu. Opakowanie jest na prawdę bardzo ładne, ale dodatkowo umożliwia szybką identyfikację koloru dzięki "okienku" z boku i kolorowej naklejce. Aplikator ma nieco kosmiczny kształt, jest miękki i wygodny.
Jednym słowem rzekomo mamy do czynienia z cudem myśli kosmetycznej ;). Prawda to?




PRAWDA! Eliksir ten (jak tu się do niego mniej szumnie odnosić?) jest rewelacyjny. Będą pieśni pochwalne. Bajecznie prosta i przyjemna aplikacja, konsystencja, nie chciałabym tak tego określić ale inaczej nie umiem, nie do opisania. Maślana i niesamowicie przyjemna na ustach. Świetny kolor, rewelacyjna pigmentacja. Usta wyglądają jak polakierowana tafla. Jest bezproblemowy i bardzo przyjemny w noszeniu. Trwałość nie jest może tak imponująca, jak w przypadku stainów (ale fakt faktem nikt tego nie obiecywał) ale trzyma się na prawdę bardzo dobrze szczególnie biorąc pod uwagę wykończenie i komfort noszenia. Kiedy zje się błyszcząca warstwa, na ostach zostaje kolor, ale podejrzewam że jest to kwestia konkretnego koloru, który wybrałam i nudziaki niekoniecznie będą zachowywać się tak samo. Pięknie pachnie, brzoskwiniami.



Jestem zachwycona, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Nawet wybór kolorów jest tym razem trafiony. Wolałabym ,żeby był tańszy ale zawsze można upolować w promocji i śmiem twierdzić, że jest wart grzechu nawet w regularnej cenie.
Wczoraj dostałam w spadku 600 Nude Ballet, brzoskwiniowego nudziaka, który również zapowiada się przepysznie.


środa, 20 marca 2013

Apokaliptyczna porażka z Rimmelem w roli głównej.




Muszę przyznać, że jestem nieco rozgoryczona. Bardzo chciałam polubić Rimmel Apocalips, słyszałam o tym produkcie wiele dobrego, oglądałam niezwykle kuszące swatche. Wyczekałam więc promocję (nieco ponad 18zł w Superpharmie) i kupiłam. Wypatrzyłam sobie delikatny koral Luna, okazało się jednak że ten akurat odcień nie jest dostępny w Polsce. Zdecydowałam się więc na podobny, jak mi się  wydawało, brzoskwiniowy odcień typu nude 100 Phenomenon. Zapowiadało się na prawdę fajnie, świetna pigmentacja, kremowa konsystencja, ładny połysk. Niestety, dobry początek był preludium do absolutnej klapy, leży sobie Apocalips w mojej szufladzie i absolutnie nie nadaje się do używania. Dlaczego?

Opakowanie ładne, wygląda dość ciekawe. Wygodny , precyzyjny aplikator. Zapach nieco dziwny, sztucznie melonowy ale nie męczący.


Kolor swatchowany na ręce wygląda pięknie, jak widać na załączonym obrazku.


Niestety na ustach okazuje się, że świetna pigmentacja tylko utrudnia życie. Pomijam już fakt, że brzoskwinia przestaje być brzoskwinią i wygląda trupio (niektórzy lubią przecież jasne nudziaki). Podstawowym problemem jest fakt, iż pomadki absolutnie nie da się równomiernie rozprowadzić. Waży się, smuży niemiłosiernie i wygląda po prostu straszliwie.


Zdjęcie jest i tak dość łaskawe, na żywo wygląda to dużo gorzej. Nie jest to ten rodzaj smużenia, z którym można coś zrobić nakładając mniejszą ilość produktu. Taki efekt daje już minimalna ilość. Aplikator nabiera bardzo dużą ilość i nawet po użyciu ułamka z tego, efekt jest nieakceptowalny.
Trwałość prawdopodobnie niezła, ciężko było mi go usunąć z ust.

Jestem bardzo, ale to bardzo zawiedziona. Nie wiem, czy ten problem dotyczy tylko Phenomenon, ale zupełnie odechciało mi się testować inne kolory.
Chciałam codziennego brzoskwiniowego nudziaka o mam koszmarne coś, co nie nadaje się absolutnie do używania i tylko leży w szufladzie irytując swoją obecnością.


Jakie macie doświadczenia z Apocalips?

czwartek, 14 marca 2013

L'oreal Shine Caresse 103 Marilyn


Pamiętacie zapewne, że uwielbiam YSL Glossy Lip Stain. To mój absolutny numer jeden jeżeli chodzi o makijaż ust, niedościgniony ideał. Bardzo ucieszyłam się słysząc od zagranicznych kosmetykomaniaczek, że L'oreal wypuścił na rynek bliźniaczy produkt i nie mogłam doczekać się polskiej premiery L'oreal Shine Caresse. Biorąc pod uwagę cenę pomadki YSL liczyłam po cichu, że rzeczywiście będę mogła kupić identyczny produkt za 3-4 razy mniej.

Wiecie co? To prawda, Shine Caresse oprócz zapachu i nieco innego aplikatora nie różni się od YSL niczym!
Szczerze mówiąc, opakowanie L'oreal Shine Carrese wydaje mi się ładniejsze niż droższego brata bliźniaka. Jest bardziej poręczne i smukłe nadal pozostając ładnym i luksusowo wyglądającym.



Formuła jest identyczna, najpierw rzadka i lekka, po chwili zastyga i staje się bardzo błyszcząca. Kolor jest półtransparentny, jednak pod nałożeniu kolejnych warstw (zazwyczaj nakładam 2-3, tak samo jak w przypadku YSL) nabiera mocny. Wszystko zależy od odcienia, ale w większości przypadków można uzyskać pełne krycie. Ważne jest, aby odczekać chwilkę przed nałożeniem kolejnej porcji aby poprzednia miała czas wyschnąć. Połysk i kolor jest przepiękny i trwa na ustach długie godziny. W dobrej kondycji przeżywa jedzenie czy picie. Idealna hybryda błyszczyka, szminki i staina.

Zapach przyjemny, kwiatowo-owocowy. Aplikator bardzo wygodny.




Wybrałam kolor 103 Marilyn, chłodny róż który na ustach mocno się ociepla i czerwienieje. Uwielbiam ten kolor, to takie podrasowane "my lips but better" które doskonale ożywia twarz. Od lewej: jedna warstwa, dwie warstwy, sam stain po starciu połysku.



Shine Caresse kosztuje 39zł i uważam to za dobrą cenę. Przyzwyczaiłam się do kosmicznych cen L'oreala i na tym tle 40zł za idealny produkt wypada na prawdę przyzwoicie, w promocji widziałam go już za 31zł.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić to gama kolorystyczna. Nie jest zbyt duża i niektóre dostępne kolory są trochę dziwne. Mam nadzieję, że będą stopniowo wprowadzać coś nowego. Tym czasem mam na oku dwa fiolety, jasny podobny do Marilyn (chyba Eve?) i ciemną śliwkę.

Gorąco polecam L'oreal Shine Caresse, zarówno tym z was, które kochają droższy pierwowzór, jak i tym które jeszcze go nie znają. Dla mnie to autentyczny ideał, po prostu nie mam się do czego przyczepić a taki stan zdarza się niezmiernie rzadko ;).

niedziela, 28 października 2012

Usta w jesiennym klimacie, odcinek II: my lips but better


Zgodnie z obietnicą, dzisiaj kolejne jesienne propozycje produktów do ust, ale te bardzo delikatne.


O pomadkach (choć nie powinnam nazywać ich pomadkami bo opis producenta to "hydrating sheer lipshine") Rouge Coco Shine jest głośno od dość dawna. Są to lżejsze siostry Rouge Coco. Obie wersje kusiły mnie strasznie, ale w końcu kupiłam RCS w kolorze 52 Fetiche. Prawdopodobnie nie kupiłabym jej gdyby nie zamknięcie wrocławskiej perfumerii Marionnaud i towarzysząca temu wyprzedaż. Razem z bonem i rabatem za 86zł miałam pomadkę Chanel i cień L'oreala Infallible. Niezły interes, prawda :)?
Fetiche to róż z chłodnymi, fioletowymi tonami i bardzo ładnym połyskiem dającym efekt miękkich i wypielęgnowanych ust. Jest transparentny i wygląda bardziej jak balsam do ust czy też błyszczyk, ożywia naturalny kolor ust. Przyjemnie się ją nosi, dobrze nawilża ale co za tym idzie trwałość jest kiepska. Ma delikatny, różany zapach. Dla mnie to taki bardziej miły i przepięknie opakowany gadżet niż szminka, która odmieniła moje życie i będzie to zdecydowanie jednorazowa przygoda. Uważam, że nie jest warta swojej ceny, ale może stanowić miły prezent (czy to do kupienia sobie czy też innej osobie) i raczej większość kobiet zużyje ten produkt z przyjemnością.

Inglot kredka do ust w kolorze 23 to kolejny odcień zbliżony do koloru moich ust, ale bardziej pomarańczowo-różowy, w cieplejszej tonacji. Prawdę mówiąc planowałam kolor 17, który jest typową kredką w kolorze ust, ale niestety akurat ten kolor się skończył. 23 nadaje się do noszenia solo, z bezbarwnym błyszczykiem oraz pod większość szminek jako konturówka. Jest trwała (nieco mniej niż opisywana wcześniej 34, ale to już kwestia koloru a nie samego produktu), bajecznie prosta w obsłudze i niedroga. Te inglotowskie kredki to dla mnie prawdziwe odkrycie i na pewno skuszę się na więcej.

Idąc za ciosem i pozostając w Inglotowym transie (który doprowadził także do zakupu dwóch kolejnych błyszczyków Sleeks, ale o tym innym razem) postanowiłam przetestować pomadkę. Pomadka ta dziwnym trafem nazywa się po prostu "Pomadka do ust" (choć z tego co wiem za granicą nazywa się Slim Gel Lipstick i ta nazwa dobrze oddaje zarówno właściwości, jak i wygląd). Małe smukłe metalowe opakowanie mieści w środku sztyft wyprofilowany bardziej jak balsam do ust niż klasyczna szminka. Kosztuje, z tego co pamiętam 28zł i zawiera niewiele, bo tylko 2g produktu. Wychodzi dość drogo, ale moim zdaniem zdecydowanie warto bo szminka jest świetna. Kolor nr 41 to taki nieokreślony różo-koral. Na swatchach wypada trochę blado, na żywo może się pochwalić bardzo dobrą pigmentacją. Bardzo łatwo się aplikuje i gładko sunie po ustach. Wykończenie jest kremowe, zdecydowanie błyszczące, ale nie błyszczykowe. Świetnie nawilża, kolejna z tych szminek która komfortem noszenia dorównuje produktom pielęgnacyjnym. Zaskoczyła mnie jej trwałość, jak na szminkę nawilżającą trzyma się na prawdę długo. Zapach jest słodki, bardzo przyjemny.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Chanel RCS nie dorasta jej do pięt. Inglot może ma mniej efektowne opakownie, ale jest ono nadal eleganckie i przyjemne dla oka.
O mój biedny portfelu, będziesz musiał znieść zakup kolejnej pomadki z tej serii...:P






Która podoba się wam najbardziej? Może możecie polecić jakieś inne odcienie z tych linii produktów?

niedziela, 21 października 2012

Usta w jesiennym klimacie, odcinek 1: fuksje, fiolety,czerwienie


Ponad rok temu pokochałam szminki, szczególnie te w intensywnych kolorach. Ponieważ jesień to świetna pora na tego rodzaju eksperymenty, mam dla was kilka propozycji w jesiennym duchu. Dzisiaj post poświęconym intensywniejszym kolorom a niedługo coś dla mniej odważnych/ lubiących delikatniejsze odcienie. Zakres cen szeroki, mam nadzieję że znajdziecie coś dla siebie.

Przepadam za cierwienią na ustach, ale chyba jeszcze bardziej lubię wszelkie odcienie z najmniejszą choćby domieszką fioletu. Moje usta mają naturalnie lekko fioletowy kolor, dla tego też dobrze dogadują się z takimi szminkami. Jedną z moich fioletowych ulubienic, taką bardziej na co dzień jest MAC Plumful o wykończeniu Lustre, o której pisałam tu już wielokrotnie.

Dzisiaj bliżej przyjrzymy się:


MAC Rebel (Satin)- bezsprzecznie mój ulubiony jesienny kolor. Producent opisuje go jako "midtonal cream plum". W opakowaniu wygląda nieco przerażająco, ale po aplikacji na usta łagodnieje. To bardzo ciekawy, nieokreślony kolor będący mieszanką fioletu, fuksji i ciemnej czerwieni. Niestety swatche nieco przekłamują jego naturę, wyciągając zbyt dużo niebieskich tonów. Najwierniej oddała jego kolor Temtalia. Wbrew pozorom, nie określiłabym go jako szalony czy wściekły, jest intensywny ale bardzo wdzięczny w noszeniu. Pomadka jest bardzo trwała i komfortowa w noszeniu, jak to zazwyczaj w przypadku pomadek MAC (które jak całość uważam za najlepsze pomadki z wyższej półki, szczególnie biorąc pod uwagę cenę dużo niższą niż u konkurencji. 
Próżno szukać szminki kosztującej 79zł u Diora czy Chanel). Jest mocno napigmetnowna, ale nie na tyle żeby powodować trudności w aplikacji. Kolor można dość wygodnie stopniować.

Rimmel Lasting Finish 013 Heart Breaker- jeden z nowych odcieni w gamie Lasting Finish.  Kolejny kolor prawie niemożliwy do opisania ;). Heart Breaker to czerwień złamana ciepłym różem i odrobiną fuksji. Bardziej stonowana od Rebel, ale nadal intensywna. Wykończenie satynowo-kremowe, komfortowe w noszeniu.
Jakość samej pomadki jest rewelacyjna, Rimmel Lasting Finish to klasa sama w sobie, uwielbiam te szminki za trwałość, komfortową aplikację i piękne kolory. Za 17zł otrzymujemy produkt, który nie mas sobie równych w śród drogeryjnych pomadek, ba powiedziałabym nawet że wiele 2-3 razy droższych pomadek nawet nie zbliża się do tej jakości.

Lancome Rouge in Love 379N- ta szminka trafiła do mnie przypadkiem. Wybrałam ją dla mamy podczas wyprzedaży z powodu likwidacji drogerii Marionnaud. Babeczka obsługująca nas była tak miła, że dorzuciła nam nowiusieńki tester zupełnie gratis. Tym trafem i ja załapałam się na nową szminkę :). Rouge in Love to świetna linia pomadek, o czym miałam okazję się przekonać kupując kolor 165M, który szybko stał się moją ulubioną chłodną czerwienią.
379N to kolejny róż złamany fioletem. Najbardziej stonowana z trzech, ale nadal idealny akcent jesiennego koloru. Ma kremowo-satynowe przyjemny wykończenie.
Oczywiście jest bardzo trwała i przyjemna w noszeniu. Cena regularna to około 116zł (tym bardziej cieszy mnie, że mam ją za darmo :D)

Inglot Lip Pencil nr 34- nie wiem jak to możliwe, że o tych kredkach do ust nie jest głośno. Kupiłam ją trochę przypadkiem, spodobał mi się kolor i przystępna cena (kosztują 20zł). Odcień 34 to ciemna czerwień, można by rzec bordo. Wykończenie jest bardzo matowe, można go nosić solo, ale dla większego komfortu przyda się odrobina błyszczyku bo bez błyszczyka jest mat absolutny. Kredka jest bardzo, bardzo trwała (nawet z błyszczącą warstwą błyszczyka) i łatwa w obsłudze. Świetnie sprawdza się w roli konturówki pod inne pomadki. Gama kolorystyczna jest imponująca (ja skusiłam się już na kolejną i myślę o następnych np. takiej w kolorze skóry). Jedynym mankamentem jest fakt, że nie widziałam jej na "wyspach" a jedynie w salonach Inglot. Tak czy siak ta kredka to perełka, biegnijcie do Inglota je wybadać bo są świetne!!!

Inlgot Sleeks Cream nr 103- błyszczyk w opakowaniu wyglądającym jak próbówka. Który biolog makijażomaniak mógłby się nie skusić :D?! To jeszcze letni zakup, mam ten błyszczyk od dłuższego czasu Wybrałam kolor 103, czyli pomarańczową czerwień lub może raczej wypadałoby powiedzieć pomarańczowy z dużą dawką czerwieni. Sam w sobie jest mocno napigmentowany, ale dobrze sprawdza się nałożony na pomadki lub wspomnianą wyżej kredkę.
Ma dość lekką konystencję (szczerze mówiąc wolałabym chyba, żeby był nieco bardziej ciężki bo lubię bardzo treściwe błyszczyki), nie klei się. Seria Sleeks Cream ma zapach kremu do karpatki (z tego co wydaje mi się inne Sleeks'y pachną owocowo). Bardzo sympatyczny, dostępny w wielu kolorach i wykończeniach. Opakowanie próbówka podbiło moje serce :D. Kosztuje 18zł, na pewno skuszę się na więcej.








Jestem bardzo bardzo zadowolona ze wszystkich wyżej wymienionych produktów :). Zarówno z kolorów, jak i z jakości. To aż dziwne, że wszystkie są takie fajne :D.

Który spodobał wam się najbardziej? Macie jakichś innych jesiennych faworytów?

niedziela, 12 sierpnia 2012

Essence Miami Roller Girl Color Changing Lip Balm 02 Miami P'ink


W najczęściej odwiedzanym przeze mnie Rossmannie pojawił się kilka dni temu stand z kolekcją Essence Roller Girl. Był ukryty (stał przy perfumach i biżuterii a nie w normalnej dla kolorówki lokalizacji) i trafiłam na niego przypadkiem. Albo stał tam od bardzo niedawna, albo nie tylko ja się go tu nie spodziewałam bo był prawie pełny, brakowało tylko jednej sztuki różu. Szybko rzuciłam okiem na zawartość wystawki i już miałam odejść z pustymi rękami, kiedy powąchałam balsam do ust w kolorze 02 Miami P'ink. Pachnie on tak przecudnie i sztucznie oranżadą i gumą balonową, że musiałam zabrać go do domu. Kosztuje 6,99zł i według producenta jest błyszczykiem zmieniającym kolor (choć bezpośrednie tłumaczenie sugerowałoby, że to balsam do ust co wydaje się bardziej oddawać jego naturę).
Zarówno opakowanie, jak i sam sztyft ma kolor ostrego, neonowego różu ale po aplikacji okazuje się, że jest praktycznie bezbarwny.




Kolor zaraz po nałożeniu jest bardzo transparentnym różem, z czasem i po nałożeniu grubszej warstwy, kolor pogłębia się ale nadal pozostaje raczej sugestią różu niż faktycznym zabarwieniem. W porównaniu np. do zmieniającego kolor błyszczyka Avon dostępnego kiedyś w ofercie, Essence jest dużo bardziej transparentny.


Po wyżej lewa część ust bez produktu a prawa pomalowana.


Całe usta pomalowane balsamem wyglądają mniej więcej tak jak powyżej. Połysk jest delikatny, przypomina raczej ten, który uzyskamy używając pomadki ochronnej a nie klasycznego błyszczyka.
Kolor jest tak subtelny, że nie ma sensu się nastawiać na specjalny efekt. Delikatne ożywienie koloru ust to właściwe określenie dla takiego efektu. Fajne, ale na pewno nie zadowoli miłośniczek mocnych barw. Opakowanie ma uroczy, optymistyczny kolor ale jest straszliwie plastikowe i domyślam się, że długo nie przetrwa w idealnym stanie.
Sztyft jest miękki, łatwy w aplikacji a nawilżenie jakie zapewnia jest zadowalające. Przyjemnie nosi się go na ustach.

Nie jest to absolutnie żaden rewolucyjny produkt i nie ma sensu urządzać na niego specjalnego polowania. Jeżeli jednak jesteście akurat w Rossmannie, potrzebujecie sztyftu ochronnego który nada ustom odrobinę koloru to można się skusić.


Ocena: 4

środa, 20 czerwca 2012

Celia Nude 2w1 Nawilżająca Pomadka-błyszczyk



Dziś o perełce, którą pewinie większość z Was już zna. Pomadka Celia nude trafiła do mnie przypadkiem w paczce z kosmetykami do przetestowania ale pokochałam ją od pierwszego użycia. Zaczęło się od 602, bardzo niedługo potem kupiłam zapas trego koloru i odcień 601 (oraz dwie dodatkowe 602 do Blogboxa i dla mojej mamy, tak pokochałam tą szminkę :) ) a wczoraj udało mi się dorwać 606 (uwaga Wrocławianki, pomadki Celia Nude dostępne są już w drogerii w Feniksie).

Celia Nude to idealne połączenie pomadki w "okołocielitym" kolorze, błyszczyka oraz nawilżającego balsamu. Szminka jest mięciutka, nawilżająca i ekhem...tłusta (ale w dobrym tego słowa znaczeniu, zapewnia to odżywienie i absolutną gwarancję braku wysuszania ust). Na ustach jest niezwykle przyjemna i sprawia wrażenie produktu wysokopółkowego a nie czegoś co kupimy za 10-13zł. Kolor jest półtransparentny, ale zależy to też od konkretnego koloru bo odcienie różnią się intensywnością i stopniem krycia. Nakładanie bezproblemowe, można pokusić się o aplikację bez lusterka. Trwałość raczek krótka, ale to typowe dla takich lekkich nawilżających szminek w nudziakowych kolorach. Zapach poziomkowo-winogronowy, dość intensywny ale mni bardzo się podoba.
Opakowanie proste i ładne, ale niestety napisy ze spodu szybciutko się ścierają dla tego lepiej zachować kartonik lub zapisać numer bo możemy go potem nie odgadnąć ;).
Trzeba uważać, żeby nie naciskać zbyt mocno na sztyft podczas aplikacji ani nie zostawiać na długo w ciepłych miejscach, bo jak każda miękka pomadka jest podatna na łamanie się i topienie (co widać niestety na załączonym obrazku, ja mam szczęście do różnych wypadków ze szminkami a te są wyjątkowo podatne)








606 (zdjęcia powyżej) to najbardziej transparentna szminka, ciepła brzoskwinia ze sporą dawką beżu.



602 to mój ulubiony kolor, cielisty beżo-róż.



601 to cukierkowy jasny mleczny róż.


Zdecydowanie polecam, te pomadki są świetne do codziennego "maziania" :). Bardzo nawilżające, przyjemne i łatwe w obsłudze. W gamie znajduje się 6 kolorów i coś tak czuję, że prędzej czy poźniej wypróbuję wszystkie.

Ocena: 5+

środa, 7 marca 2012

Natural Proucts Balsam błyszczyk Czekoladka



Której z was to co widzicie powyżej kojarzy się z dość popularną czekoladką?A której na myśl o niej cieknie ślinka :)?Łapka do góry!
Jestem niepoprawną gadżeciarą i produkty w zabawnych,ciekawych opakowaniach mają szczególne miejsce w moim sercu.Błyszczyk Natural Products autentycznie mnie rozczulił.Wygląda wypisz wymaluj jak Ferrero Rocher.Choć jestem bardziej człowiekiem Rafaello ( :D) to jego orzechowego brata również lubię.




Zawartość sprytnego pudełeczka to bardziej błyszczyk niż balsam do ust.Ma przyjemną konsystencję,nie wysusza ust.Daje troszkę koloru,drobinki są dość widoczne ale niewielkie-na pewno nie ma co się obawiać brokatowej bombki (grrr...jak ja nie lubię grubego brokatu w produktach do ust).Błyszczyk pachnie delikatnie,mam wersję pomarańczowo-czekoladową ale bardziej przypomina  czekoladę z orzechami.Zapach nie jest tak intensywny,jak bym chciała ale co za tym idzie nie jest też męczący.Nie zauważyłam żadnego smaku.


Nie jest to może mój błyszczykowy KWC,ale jeżeli lubicie urocze gadżety to myślę,że warto.Miło na niego popatrzeć,poprawia mi humor :).

Dziś i jutro możecie go kupić w internetowej drogerii Urodomania w promocyjnej cenie 4,75zł (cena regularna to 11,90zł za 3g).Dostępna jest jeszcze wersja czekoladowo-wiśniowa.




Lubicie kosmetyki w zabawnych opakowaniach?Urocze gadżety kosmetyczne?Ja jak już wspomniałam jestem wariatką pod tym(no,nie tylko pod tym :) )względem.Lusterko w kształcie laptopa?Błyszczyk-główka Hello Kitty albo ciasteczko?Nie przejdę koło czegoś takiego obojętnie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...