Nie przepadam za pigmentami i sypkimi produktami, jednak dla Inglota 82 postanowiłam zrobić wyjątek. Kolor jest tak piękny, że po kilku tygodniach namysłu wreszcie go kupiłam. Koncept podobny do cienia MAC Burmese Beauty czy Club, ale w jeszcze bardziej imponującym wydaniu. Uwielbiam takie kolory! Ciepły brąz opalizujący na zielono-fioletowo. W zależności od kąta padania światła może wyglądać bardzo różnie.
Bardzo dobrze sprawdza się nałożony na inne kolory (np. MAC Satin Taupe), ale też aplikowany solo w wersji na mokro i na sucho. Nie jest najłatwiejszy we współpracy, lubi się osypywać i trzeba włożyć troszkę wysiłku w to, aby "przykleił" się do powieki ale efekt jest wart poświęceń ;). Najwygodniej używa mi się go lekko zwilżonym wodą pędzelkiem (o dziwo woda sprawdza się tu lepiej niż inglotowskie Duraline). Jeżeli pędzelek jest zbyt mokry, cień nie nakłada się równomiernie.
Poniżej swatche, po lewej na sucho (swatch ten wyszedł nico dziwnie, cień nie jest aż tak fioletowy i bardziej przypomina delikatniejszą wersję swatcha na mokro znajdującego się po prawej)
Za 2g zapłaciłam 32zł i uważam, że to bardzo dobra cena biorąc pod uwagę szaloną wydajność. Dużo taniej, niż pigmenty MAC.
Na więcej kolorów pewnie się nie skuszę bo rzadko używam pigmentów, ale ten kolor jest zdecydowanie wart zakupu i nieco dłuższego czasu poświęconego na aplikację.
Lubicie sypkie cienie Inglot? Jakie są wasze ulubione kolory?