Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inglot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inglot. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 kwietnia 2013

Inglot 390 (wiosna 2013)






Kolejny Inglot z nowej kolekcji. Okazał się dość trudny do uchwycenia. Nie jest to typowy miętus, to rozbielony hmmm....turkus? A może seledyn? Na żywo ma wyraźniejsze zielone tony. Kolejny kolor z minimalnym shimmerem w buteleczce, który znika po aplikacji. Bardzo łatwy we współpracy, nie smuży i jest świetnie napigmentowany. Ma lekko neonowy potencjał, widać go z daleka :)



 Porównawcze zdjęcie lepiej pokazuje zielone tony i jego rzeczywisty kolor. Różni się od typowej mięty, jaką jest Sally Hansen Mint Sorbet, nie jest tak chłodny jak Rimmel Peppermint. Jednocześnie też nie aż tak intensywny i turkusowy jak Kiko Mint Milk.


sobota, 30 marca 2013

Inglot 386 (nowa kolekcja) i wielki haul







Przeprosiłam się z lakierami Inglot. Mam wrażenie, że ich jakość się poprawiła a kolory są coraz ciekawsze i często pojawiają się limitowanki. 386 to lakier z nowej (wiosennej? ) kolekcji. Piękny, brudny fiolet. W buteleczce widać fioletowy shimmer, który niestety ginie na paznokciach. Nakłada się ładnie, jest dość rzadki ale kryje świetnie i nie smuży. Przypomina mi bardziej fioletową wersję Essie Demure Vix czy jego bliźniaczki Lady Like. Śliczny kolor.


Oprócz swatchy mam dziś dla was jeszcze wielki zbiorowy haul z kilku ostatnich miesięcy. Niektóre z tych kosmetyków mam już od dłuższego czasu, ale nie miałam okazji wam ich pokazać. Czas to nadrobić.

Na pierwszy rzut idą lakiery. Dajcie znać, jeżeli chcecie jakieś swatche zobaczyć w pierwszej kolejności.









Ponieważ nie tylko samymi lakierami człowiek żyje ;):


Odkupiłam najlepsze kolorowe eyelinery Golden Rose (turkusowy i ciemny fiolet), skusiłam się na grafitową wodoodporną kredkę Essence No Matter What, słynną diamentową kredkę Avon sugar plum, śliwkową Yves Rocher (uwielbiam jej brązową kuzynkę), nowy kolor Avon Supershock oraz dwa wodoodporne tusze.


Pure Light Yves Rocher to najnowszy podkład w mojej kolekcji, razem ze starym ulubieńcem Bourjois 10 hours sleep effect (ale tym razem nie trafiłam chyba z kolorem :/). Skusiłam się też na pomadkę Rimmel Nude Pink, n-ty już z kolei błyszczyk Bell Mily Shine oraz malinową pomadkę Yves Rocher.


Kupiłyście ostatnio coś fajnego?

sobota, 23 marca 2013

Inglot AMC Sypki cień 82


Nie przepadam za pigmentami i sypkimi produktami, jednak dla Inglota 82 postanowiłam zrobić wyjątek. Kolor jest tak piękny, że po kilku tygodniach namysłu wreszcie go kupiłam. Koncept podobny do cienia MAC Burmese Beauty czy Club, ale w jeszcze bardziej imponującym wydaniu. Uwielbiam takie kolory! Ciepły brąz opalizujący na zielono-fioletowo. W zależności od kąta padania światła może wyglądać bardzo różnie.
Bardzo dobrze sprawdza się nałożony na inne kolory (np. MAC Satin Taupe), ale też aplikowany solo w wersji na mokro i na sucho. Nie jest najłatwiejszy we współpracy, lubi się osypywać i trzeba włożyć troszkę wysiłku w to, aby "przykleił" się do powieki ale efekt jest wart poświęceń ;). Najwygodniej używa mi się go lekko zwilżonym wodą pędzelkiem (o dziwo woda sprawdza się tu lepiej niż inglotowskie Duraline). Jeżeli pędzelek jest zbyt mokry, cień nie nakłada się równomiernie.

Poniżej swatche, po lewej na sucho (swatch ten wyszedł nico dziwnie, cień nie jest aż tak fioletowy i bardziej przypomina delikatniejszą wersję swatcha na mokro znajdującego się po prawej)


Za 2g zapłaciłam 32zł i uważam, że to bardzo dobra cena biorąc pod uwagę szaloną wydajność. Dużo taniej, niż pigmenty MAC.
Na więcej kolorów pewnie się nie skuszę bo rzadko używam pigmentów, ale ten kolor jest zdecydowanie wart zakupu i nieco dłuższego czasu poświęconego na aplikację.

Lubicie sypkie cienie Inglot? Jakie są wasze ulubione kolory?

sobota, 16 marca 2013

Inglot 873








Przeprosiłam się ostatnio z lakierami Inglota. Nadal nie są moimi ulubionymi, ale dwa kupione w ostatnim czasie bardzo polubiłam. Dzisiaj piękny nudziak, w którym zakochałam się widząc go na paznokciach koleżanki. Satynowy, okołocielakowy beż ze sporą dawką brzoskwini. Wygląda bardzo świeżo i miękko. Dobrze mi się z nim współpracuje, przy odrobinie starań nie smuży i dobrze kryje po dwóch grubszych warstwach. 

sobota, 5 stycznia 2013

Inglot Sleeks & Sleeks Cream moja mała kolekcja


Dziś o mojej kolekcji błyszczyków dla biologa :) czyli Inglot Sleeks i Sleeks Cream zamkniętych we wdzięcznej fiolce w kształcie próbówki. Nazbierało mi się ich 5 (właściwie w tym momencie 4, ale o tym za chwilę).

Błyszczyki zawierają 6ml i kosztują 19-19,5 i 20-20,5 (odpowiednio klasyczne Sleeks i Sleeks Cream).  Aplikator to dość wygodna gąbeczka na długiej "nóżce". Klasyczna wersja pachnie truskawkową Mambą a Cream słodko, waniliowo (moja koleżanka określiła ten zapach, jako krem do karpatki i miała sporo racji).
Zacznę od razu od tego, że zdecydowanie wolę kremową, bezdrobinkową wersję błyszczyków. Nie chodzi tu nawet o ładniejszy zapach, ale przede wszystkim o gładką konsystencję i piękne kolory. Klasyczne Sleeki są właściwie bezbarwne i zawierają drapiące drobinki, które ładnie połyskują ale są zdecydowanie za duże. Sleeks Cream to zupełnie inna bajka, mają balsamowatą aksamitną konsystencję i są mocno napigmentowane. Niektóre kolory przypominają raczej płynne pomadki. Ich używanie jest bardzo przyjemne, niektóre kolory są wymagające w aplikacji ale za to wyglądają efektownie. Błyszczyki byłyby moim KWC, gdyby nie kiepska trwałość. Szybko się zjadają, chyba ze względu na to, że pomimo treściwej konsystencji nie są ani trochę lepkie.



 34 to brzoskwiniowy róż ze złotymi drobinkami. Jak już wspomniałam, drobiny są drapiące i nieco zbyt duże. Błyszczyk ma lekką konsystencję, owocowy zapach jest niezbyt przyjemny- pierwsze wrażenie jest przyjemne, ale potem staje się bardzo chemiczny. Po kilku użyciach oddałam go w dobre ręce.



101 to brzoskwiniowy odcień typu nude.


97 to bardzo bardzo jasny chłodny róż. Podoba mi się efekt, błyszczyk jest jednak bardzo trudny we współpracy. Dość mocno smuży, trzeba uważać żeby nie nałożyć go za dużo. Bardzo ładnie wygląda nakładany na pomadki. Niektórzy uważają go za brata słynnego Nars Turkish Delight, z tego co widziałam jednak na internetowych swatchach, Inglot jest jaśniejszy i chłodniejszy.


94 to chłodny róż o fioletowych tonach. Najbardziej bezproblemowy kolor, można nakładać go bez lusterka. Lekko rozjaśnia i ożywia naturalny kolor ust.


103 był moim pierwszym błyszczykiem z tej linii. Ciepła czerwień mocno wpadająca w pomarańczowy. Kolor jest nieco bardziej kryjący, niż na to wygląda na zdjęciach i można spokojnie stosować go jako lżejszy zamiennik szminki. Lubię go nakładać na kredki do ust Inglot.


Bardzo lubię błyszczyki Sleeks Cream, nie są w stu procentach idealne, ale mają piękny zapach i miłą konsystencję. Do wyboru jest bardzo dużo ładnych i ciekawych kolorów (od cielistych, przez czerwienie i fuksje a na fioletach kończąc). Klasycznych Sleeków nie polecam.

Sleeks Cream: 4+
Sleeks: 3


Lubicie błyszczyki Inglot? Jakieś ulubione kolory?

wtorek, 1 stycznia 2013

Ulubieńcy grudnia i roku 2012

Pora na małe podsumowanie. Zebrałam listę ulubieńców, jak co miesiąc, a dodatkowo małe podsumowanie roku. Wiem, że na pewno o niektórych produktach zapomniałam, ale trudno. Jest to więc zbiór dość luźny, o niektórych kosmetykach pisałam często o innych rzadziej ale zarówno jedne, jak i drugie wyjątkowo zapadły mi w pamięć w minionym roku.

Ulubieńcy grudnia


W grudniu nie rozstawałam się z Guerlain Meteorites 01, różem Flormar (z duo P115) oraz starą dobrą pomadką Bebe intensywna pielęgnacja. Ulubioną bazą była Hean Stay On, której prawie codziennie towarzyszył Eyeliner L'oreal Super Liner (Liner Intense) Carbon Gloss. Polubiłam też kombinację odżywki do rzęs Eveline Advance Volumiere (pięknie wydłuża ale prostuje podkręcona zalotką rzęsy, ponieważ jednak mój eyeliner nie współpracuje dobrze z zalotką, byłam i tak skazana na proste rzęsy ;) ) + Eveline Big Volume Lash Waterproof + Maybelline Illegal Lenghts Waterproof (sam w sobie średni tusz, w wersji wodoodpornej niedostępny w Polsce). Nadal mam bardzo suche usta, dla tego jedynym kolorowym produktem, jaki byłam w stanie na nich znieść był mój ukochany stain YSL w kolorze 12.
Jeżeli chodzi o perfumy, to nadal wysączam ostatnie krople Kenzo Flower.


Ulubieńcy i odkrcia 2012


YSL Rouge pour couture glossy lip stain. To jeden z niewielu produktów, w których nie zmieniłabym nic (no, może oprócz ceny :) ). Absolutnie idealne połączenie błyszczyka, pomadki i tinta. Kupiony w marcu nr 12 już ledwo zipie, dlatego korzystając z sephorowej super zniżki kupiłam kolejną czerwień, tym razem bardziej klasyczną nr 9. Gdybym miała wybrać jednego ulubieńca 2012, na pewno byłaby to ta pomadka.


Inglot. Marka, która powróciła do moich łask w tym roku. Świetne cenie, produkty do ust, niezawodne bibułki matujące.


Benefit Hervana za to, że można nią wyczarować zdrowy i świeży rumieniec, róż (a właściwie bronzer) Anabelle Minerals w kolorze Honey, który świetnie ociepla buzię. Prasowany puder Bell 2 Skin Pocket Mat detronizuje wszystkie prasowańcem, jakie znam. Jakość wysokopółkowa za mniej niż 20zł! Make Up For Ever Full Cover, to korektor na który zawsze mogę liczyć. Supertrwały, bardzo kryjący a jednocześnie świetnie stapiający się z cerą. Niedawno zaczęłam drugie opakowanie.
Na wspomnienie zasługuje również mój najukochańszy MAC Warm Soul (obecny już jednak tylko duszą a nie ciałem bo się jakiś czas temu skończył ).


L'oreal Super Liner nie jest może 100% ideałem, ale jest bardzo czarny i bajecznie prosty w obsłudze. Sephora Smoothing & Brightening concealer to najlepszy jak do tej pory rozświetlacz okolic oczu, szczególnie kolor 02. Eveline Big Volume Lash Waterproof na stałe zagościł w mojej kosmetyczce. Już go nie oddam :)


Szampon Wszechczasów, czyli morelowy Garnier dla dzieci, odżywka do skóry głowy i włosów Jantar oraz olejki Alterra to ulubieńcy w kategorii pielęgnacji włosów. Garnier Skóra wrażliwa płyn do demakijażu 2w1 znakomicie radzi sobie z tuszem wodoodpornym a krem Floslek Be Eco pod oczy i na szyję rewelacyjnie nawilża okolice oczu. Masełka do ust Nivea pokochałam za wygodne i ładne puszeczki i skuteczność. Ulubiona maseczka to The Body Shop Warming Mineral Mask. Zużyłam już dwie tubki i na pewno będą następne. Maska ładnie zwęża pory i oczyszcza twarz, szczególnie nałożona podczas kąpieli.


W kategorii lakierów do paznokci królowało oczywiście Essie. Oprócz sztandarowych korali, bardzo lubiłam nosić kobaltowy niebieski i cielaki w stylu Essie Sand Tropez.


Uwielbiałam zalotkę MAC oraz trzy syntetyczne pędzelki do oczu Sedona Lace.


Ulubiony zapach był niezwykle trudny do wytypowania, ale najczęściej nosiłam Moschino Hippy Fizz. Czysty, optymistyczny i bardzo trwały.


Oczywiście, nie mogę zapomnieć o świecach i woskach Yankee Candle, które umilały mi większość z 366 dni 2012 roku :).

Jakie były wasze ulubione kosmetyki ubiegłego miesiąca i ubiegłego roku?

sobota, 15 grudnia 2012

Inglot wkłady Freedom Rainbow


Cienie w moich paletkach Inglot mają podejrzane tendencje do niekontrolowanego rozmnażania się ;). Rodzina znów się powiększyła, tym razem o dwa trojaczki z kolekcji Rainbow. Wybrałam ciepłe brązy o wykończeniu DS (125R) i kawowe matowe beże 106R. Wykłady kosztują 15zł i są dostępne tylko w formie kwadratów.


Muszę przyznać, że pomysł jest bardzo fajny. W jednym zgrabnym wkładzie mieszczą się trzy dobrze zgrane kolory a paseczki są na tyle szerokie, że można ich używać pojedynczo. Gradient daje możliwość łatwego wymodelowania oka, szczególnie w przypadku ciemniejszych brązów. Wymieszanie wszystkich kolorów daje efekt podobny do środkowego odcienia. Z przyjemnością zabiorę je na wyjazdy, zajmą trzy razy mniej miejsca niż analogiczne kolory :). Kuszą też jako możliwość wypróbowania odważniejszych kolorów.
Pigmentacja i właściwości tak samo przyjemne, jak w wypadku klasycznych wkładów Inglota.



Mam wielką nadzieję, że pojawienie się perłowych kwadratów Rainbow to tylko kwestia czasu bo perła to moje ulubione wykończenie. DS to nadal bardziej mat z drobinkami niż błyszczący kolor.


Miałyście już do czynienia z Freedom Rainbow?Podobają się wam?

piątek, 2 listopada 2012

Ulubieńcy października


W ubiegłym miesiącu najczęściej sięgałam po:

-Isana krem do ciała z kakao i masłem shea. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nie większej uwagi, gdyby nie znalazło się w paczce od Rossmanna. Okazało się na prawdę skuteczne a do tego genialnie pachnie, krówkami i orzechami! Natychmiast zaopatrzyłam się w kolejne :)

-Essence Stay All Day cień w kremie 09 For Fairies. Recenzowałam go tu

-Róż mineralny Anabelle Minerls w kolorze Honey. Super bronzer, odnowiłam znajomość z nim po tym, jak skończyła mi się Ziemia Egipska.

-L'oreall Infallible cień w kolorze Forever Pink. Jestem pod ogromnym wrażeniem, zarówno koloru, jak i samego produktu.

-Błyszczyki Inglot Sleeks. Moja kolekcja rozrosła się wręcz dramatycznie w tym miesiącu :). Niedługo szczegółowa recenzja

-Inglot kredki do ust uważam za odkrycie kwartału, jeżeli nie nawet całego roku. Tanie, trwałe i dostępne w wielu kolorach.

-MAC Warm Soul. Zobaczcie tylko, praktycznie zużyłam cały róż :D! Prędzej czy później go jednak odkupię bo to dla mnie kolor idealny, nie znalazłam ładniejszego.


Moim ostatnim ulubieńcem jest szafeczka zrobiona z pudełeczkek po Glossyboxie (i jednym Shinyboxie, który ma trochę inny wymiar i miałam trudności ze złożeniem całości, ale jakoś się trzyma). Zamieszkały w niej moje produkty do ust. Mam je pod ręką i są lepiej posegregowane niż w jednej szufladzie w toaletce.


Jakich ulubieńców macie w tym miesiącu?

niedziela, 28 października 2012

Usta w jesiennym klimacie, odcinek II: my lips but better


Zgodnie z obietnicą, dzisiaj kolejne jesienne propozycje produktów do ust, ale te bardzo delikatne.


O pomadkach (choć nie powinnam nazywać ich pomadkami bo opis producenta to "hydrating sheer lipshine") Rouge Coco Shine jest głośno od dość dawna. Są to lżejsze siostry Rouge Coco. Obie wersje kusiły mnie strasznie, ale w końcu kupiłam RCS w kolorze 52 Fetiche. Prawdopodobnie nie kupiłabym jej gdyby nie zamknięcie wrocławskiej perfumerii Marionnaud i towarzysząca temu wyprzedaż. Razem z bonem i rabatem za 86zł miałam pomadkę Chanel i cień L'oreala Infallible. Niezły interes, prawda :)?
Fetiche to róż z chłodnymi, fioletowymi tonami i bardzo ładnym połyskiem dającym efekt miękkich i wypielęgnowanych ust. Jest transparentny i wygląda bardziej jak balsam do ust czy też błyszczyk, ożywia naturalny kolor ust. Przyjemnie się ją nosi, dobrze nawilża ale co za tym idzie trwałość jest kiepska. Ma delikatny, różany zapach. Dla mnie to taki bardziej miły i przepięknie opakowany gadżet niż szminka, która odmieniła moje życie i będzie to zdecydowanie jednorazowa przygoda. Uważam, że nie jest warta swojej ceny, ale może stanowić miły prezent (czy to do kupienia sobie czy też innej osobie) i raczej większość kobiet zużyje ten produkt z przyjemnością.

Inglot kredka do ust w kolorze 23 to kolejny odcień zbliżony do koloru moich ust, ale bardziej pomarańczowo-różowy, w cieplejszej tonacji. Prawdę mówiąc planowałam kolor 17, który jest typową kredką w kolorze ust, ale niestety akurat ten kolor się skończył. 23 nadaje się do noszenia solo, z bezbarwnym błyszczykiem oraz pod większość szminek jako konturówka. Jest trwała (nieco mniej niż opisywana wcześniej 34, ale to już kwestia koloru a nie samego produktu), bajecznie prosta w obsłudze i niedroga. Te inglotowskie kredki to dla mnie prawdziwe odkrycie i na pewno skuszę się na więcej.

Idąc za ciosem i pozostając w Inglotowym transie (który doprowadził także do zakupu dwóch kolejnych błyszczyków Sleeks, ale o tym innym razem) postanowiłam przetestować pomadkę. Pomadka ta dziwnym trafem nazywa się po prostu "Pomadka do ust" (choć z tego co wiem za granicą nazywa się Slim Gel Lipstick i ta nazwa dobrze oddaje zarówno właściwości, jak i wygląd). Małe smukłe metalowe opakowanie mieści w środku sztyft wyprofilowany bardziej jak balsam do ust niż klasyczna szminka. Kosztuje, z tego co pamiętam 28zł i zawiera niewiele, bo tylko 2g produktu. Wychodzi dość drogo, ale moim zdaniem zdecydowanie warto bo szminka jest świetna. Kolor nr 41 to taki nieokreślony różo-koral. Na swatchach wypada trochę blado, na żywo może się pochwalić bardzo dobrą pigmentacją. Bardzo łatwo się aplikuje i gładko sunie po ustach. Wykończenie jest kremowe, zdecydowanie błyszczące, ale nie błyszczykowe. Świetnie nawilża, kolejna z tych szminek która komfortem noszenia dorównuje produktom pielęgnacyjnym. Zaskoczyła mnie jej trwałość, jak na szminkę nawilżającą trzyma się na prawdę długo. Zapach jest słodki, bardzo przyjemny.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Chanel RCS nie dorasta jej do pięt. Inglot może ma mniej efektowne opakownie, ale jest ono nadal eleganckie i przyjemne dla oka.
O mój biedny portfelu, będziesz musiał znieść zakup kolejnej pomadki z tej serii...:P






Która podoba się wam najbardziej? Może możecie polecić jakieś inne odcienie z tych linii produktów?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...