Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'oreal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'oreal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust

Muszę, muszę, muszę mieć je wszystkie…i wcale nie chodzi tu o Pokemony ;). Uwielbiam produkty do ust i mam wewnętrzny przymus testowania wszelkich nowości. Szczególnie, kiedy dotyczy to produktów obiecujących trwałość i komfort noszenia. Pamiętacie pewnie, że ubóstwiam poprzednie dziecko L'oreala, Caresse Shine będące bliźniakiem YSL Glossy Stain. Od czasu zrecenzowania ich na blogu moja kolekcja powiększyła się i jest to produkt, bez którego (obok Revlon Kissable Balm Stain) nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Pomimo chęci ograniczenia mojego rozpasania w dziedzinie kupowania produktów do ust, skusiłam się na nowość, L'oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick Eliksir do ust (cóż za niewygodna do pisania i cytowania nazwa). Wybór kolorów nie jest oszałamiający, ale te z odcieni, które trafiły u nas do sprzedaży są bardzo ładne i nie mogłam się zdecydować. Jest sporo róży, korali, ale są też nudziaki i intensywna czerwień. W końcu wybór padł na żywą fuksję z niebieskim shimmerem 401 Fuchsia Drama. Załapałam się na promocję, w Superpharmie zapłaciłam niecałe 39zł, cena regularna jest dość wysoka, około 53zł.
Producent obiecuje, że jest to innowacyjna hybryda (uwielbiam to słowo!) błyszczyka i szminki. Formuła ma być oparta na olejkach, i powodować, że ów produkt jest szminką-eliksirem i zapewnia zarówno kolor i połysk, jak i pielęgnację. Zamknięty jest w eleganckim, złotym opakowaniu. Opakowanie jest na prawdę bardzo ładne, ale dodatkowo umożliwia szybką identyfikację koloru dzięki "okienku" z boku i kolorowej naklejce. Aplikator ma nieco kosmiczny kształt, jest miękki i wygodny.
Jednym słowem rzekomo mamy do czynienia z cudem myśli kosmetycznej ;). Prawda to?




PRAWDA! Eliksir ten (jak tu się do niego mniej szumnie odnosić?) jest rewelacyjny. Będą pieśni pochwalne. Bajecznie prosta i przyjemna aplikacja, konsystencja, nie chciałabym tak tego określić ale inaczej nie umiem, nie do opisania. Maślana i niesamowicie przyjemna na ustach. Świetny kolor, rewelacyjna pigmentacja. Usta wyglądają jak polakierowana tafla. Jest bezproblemowy i bardzo przyjemny w noszeniu. Trwałość nie jest może tak imponująca, jak w przypadku stainów (ale fakt faktem nikt tego nie obiecywał) ale trzyma się na prawdę bardzo dobrze szczególnie biorąc pod uwagę wykończenie i komfort noszenia. Kiedy zje się błyszcząca warstwa, na ostach zostaje kolor, ale podejrzewam że jest to kwestia konkretnego koloru, który wybrałam i nudziaki niekoniecznie będą zachowywać się tak samo. Pięknie pachnie, brzoskwiniami.



Jestem zachwycona, absolutnie nie mam się do czego przyczepić. Nawet wybór kolorów jest tym razem trafiony. Wolałabym ,żeby był tańszy ale zawsze można upolować w promocji i śmiem twierdzić, że jest wart grzechu nawet w regularnej cenie.
Wczoraj dostałam w spadku 600 Nude Ballet, brzoskwiniowego nudziaka, który również zapowiada się przepysznie.


czwartek, 10 października 2013

Płyn micelarny L'oreal Ideal Soft, czy rzeczywiście pobił konkurencję?


Płyny micelarne są dla mnie absolutnym niezbędnikiem w dziedzinie pielęgnacji twarzy. Używam ich wieczorem do usunięcia makijażu (poza oczami, używam tuszy wodoodpornych i niestety nie znalazłam jeszcze micella, który by taki tusz "ruszył" ) a rano do oczyszczenia twarzy bez zbędnego wysuszania. Przetestowałam już na prawdę sporo produtków, z różnych przedziałów cenowych. Niektóre polubiłam, niektóre zużyłam bez większych wzruszeń a jeszcze inne okazały się niewypałami.
Dzisiaj recenzja nowego produktu L'oreal, o którym jest ostatnio głośno wśród polskich i zagranicznych miłośniczek kosmetyków- L'oreal Ideal Soft Oczyszczającego płynu micelarnego. Wiele osób porównuje go do słynnego micella Biodermy. Jak jest w rzeczywistości?
Bardzo podoba mi się jego buteleczka, nietypowy prostokątny, spłaszczon kształt jest wygodny zarówno do przechowywania, jak i trzymania w ręku. Szata graficzna również jest sympatyczna, zachęca do sięgnięia po niego na półce. Kostuje około 15zł za 200ml, czyli tyle co większość drogeryjnych micelli. 
Nie trzmyając was dłużej w niepewności powiem wam, że to aktualnie mój ulubiony płyn i myślę, że  zostanie tak na dłużej. Jest bardzo bardzo łagodny (można bez problemu przemyć nim oczy), działa przyjemnie i odświeżająco, nie pozostawia filmu ale też i nie wysysza. Bardzo skutecznie radzi sobie z usuwaniem makijażu, jest wydajny. Nie pachnie. Moim zdaniem jest lepszy niż Bidoerma, jeszcze bardziej niewyczówalny na twarzy. 
Ponieważ produkt jest skuteczny, jest też wydajny bo nie muszę używać dużej ilości, żeby osiągnąć porządany efekt. Spokojnie poradzi sobie z dużą ilością podkłądu, nawet jeżeli potem nie używa się już żelu do mycia twarzy.

Zdecydowanie polecam, świetny produkt w rozsądnej cenie. Właśnie mi się skończył i cierpię z powodu jego braku :P. Muszę odkupić.


wtorek, 16 lipca 2013

L'oreal Elseve Total Repair Extreme Szampon i odżywka rekonstruujące


Na początek kilka faktów, tak dla przypomnienia :) :

- mam bardzo długie, suche i farbowane włosy, które nie są w stanie funkcjonować bez pewnej dawki silikonów
- lubię treściwe odżywki, moje włosy bardzo ciężko jest nadmiernie obciążyć

Lubię produkty do włosów Elseve, kiedyś wspominałam Wam już o świetnej kuracji Total Repair 5. Oprócz tego bardzo lubię również serię Color Vive do włosów farbowanych. Mogę śmiało powiedzieć, że moje kudełki dobrze dogadują się z produktami tej marki.
Dzisiaj mam dla was recenzję nowego duetu Total Repair Extreme z kwasem mlekowym. W założeniu przeznaczone są do pielęgnacji włosów bardzo zniszczonych z tendencją do rozdwajania się. Nie trzymam się kurczowo produktów w obrębie jednej linii, ale wypróbowując nową pielęgnację włosów lubię używać kompletu szampon + odżywka ( ułatwia mi to stwierdzenie, czy zauważone efekty są dziełem nowych kosmetyków). Tak też zrobiłam w przypadku TR Extreme i...po raz pierwszy zdarzyło mi się, że szampon i odżywka oddzielnie działają bardzo dobrze a razem zupełnie się nie sprawdzają.
Oba produkty mają przyjemny zapach, identyczny jak kuracja TR w tubie. Tak jak w przypadku kuracji, jest on wyczuwalny jeszcze długo po myciu, co lubię. Szampon jest gęsty, kremowy a włosy po spłukaniu są wyraźnie bardziej gładkie. Odżywka również ma gęstą, maślaną konsystencję i łatwo się rozprowadza, nie przecieka przez palce.
Przed pierwszym użyciem naolejowałam włosy, rano umyłam włosy i nałożyłam odżywkę.
Po wysuszeniu okazało się że włosy u nasady są, kurczaki no, są po prostu tłuste. Myślałam, że to może kwestia niedokładnego spłukania oleju (choć mam w tej dziedzinie doświadczenie, to teoretycznie zawsze może się to zdarzyć). Niestety taka sama sytuacje powtórzyła się jeszcze dwa razy,  tym razem bez wcześniejszego olejowania. Włosy były bardzo obciążone, wyglądały jak nieumyte. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło, moje włosy uwielbiają ciężkie odżywki, byłam zdziwiona. Żeby zidentyfikować winowajcę użyłam  kilkukrotnie szamponu z inną odżywką i odżywki z innym szamponem. Efekt za każdym razem był bardzo dobry, włosy mięciutkie, odżywione i sypkie.
Stąd prosty wniosek, Total Repair Extreme dobrze się u mnie sprawdza, ale nie w duecie. To chyba jeden z tych wyjątków, który potwierdza regułę.
Myślę, że seria nie sprawdzi się u posiadaczek cienkich i podatnych na obciążenie włosów, ale te z was, które mają włosy suche i zniszczone mogą poeksperymentować. Nadal bardziej lubię kurację TR 5 w tubce, ale szampon i odżywka używane rozważnie (lub może powinnam powiedzieć, rozłącznie :) ) także wywiązują się z zadania.

Lubicie używać całych linii do pielęgnacji włosów, czy wybieracie tylko jeden produkt i łączycie z innymi?


czwartek, 14 marca 2013

L'oreal Shine Caresse 103 Marilyn


Pamiętacie zapewne, że uwielbiam YSL Glossy Lip Stain. To mój absolutny numer jeden jeżeli chodzi o makijaż ust, niedościgniony ideał. Bardzo ucieszyłam się słysząc od zagranicznych kosmetykomaniaczek, że L'oreal wypuścił na rynek bliźniaczy produkt i nie mogłam doczekać się polskiej premiery L'oreal Shine Caresse. Biorąc pod uwagę cenę pomadki YSL liczyłam po cichu, że rzeczywiście będę mogła kupić identyczny produkt za 3-4 razy mniej.

Wiecie co? To prawda, Shine Caresse oprócz zapachu i nieco innego aplikatora nie różni się od YSL niczym!
Szczerze mówiąc, opakowanie L'oreal Shine Carrese wydaje mi się ładniejsze niż droższego brata bliźniaka. Jest bardziej poręczne i smukłe nadal pozostając ładnym i luksusowo wyglądającym.



Formuła jest identyczna, najpierw rzadka i lekka, po chwili zastyga i staje się bardzo błyszcząca. Kolor jest półtransparentny, jednak pod nałożeniu kolejnych warstw (zazwyczaj nakładam 2-3, tak samo jak w przypadku YSL) nabiera mocny. Wszystko zależy od odcienia, ale w większości przypadków można uzyskać pełne krycie. Ważne jest, aby odczekać chwilkę przed nałożeniem kolejnej porcji aby poprzednia miała czas wyschnąć. Połysk i kolor jest przepiękny i trwa na ustach długie godziny. W dobrej kondycji przeżywa jedzenie czy picie. Idealna hybryda błyszczyka, szminki i staina.

Zapach przyjemny, kwiatowo-owocowy. Aplikator bardzo wygodny.




Wybrałam kolor 103 Marilyn, chłodny róż który na ustach mocno się ociepla i czerwienieje. Uwielbiam ten kolor, to takie podrasowane "my lips but better" które doskonale ożywia twarz. Od lewej: jedna warstwa, dwie warstwy, sam stain po starciu połysku.



Shine Caresse kosztuje 39zł i uważam to za dobrą cenę. Przyzwyczaiłam się do kosmicznych cen L'oreala i na tym tle 40zł za idealny produkt wypada na prawdę przyzwoicie, w promocji widziałam go już za 31zł.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić to gama kolorystyczna. Nie jest zbyt duża i niektóre dostępne kolory są trochę dziwne. Mam nadzieję, że będą stopniowo wprowadzać coś nowego. Tym czasem mam na oku dwa fiolety, jasny podobny do Marilyn (chyba Eve?) i ciemną śliwkę.

Gorąco polecam L'oreal Shine Caresse, zarówno tym z was, które kochają droższy pierwowzór, jak i tym które jeszcze go nie znają. Dla mnie to autentyczny ideał, po prostu nie mam się do czego przyczepić a taki stan zdarza się niezmiernie rzadko ;).

wtorek, 1 stycznia 2013

Ulubieńcy grudnia i roku 2012

Pora na małe podsumowanie. Zebrałam listę ulubieńców, jak co miesiąc, a dodatkowo małe podsumowanie roku. Wiem, że na pewno o niektórych produktach zapomniałam, ale trudno. Jest to więc zbiór dość luźny, o niektórych kosmetykach pisałam często o innych rzadziej ale zarówno jedne, jak i drugie wyjątkowo zapadły mi w pamięć w minionym roku.

Ulubieńcy grudnia


W grudniu nie rozstawałam się z Guerlain Meteorites 01, różem Flormar (z duo P115) oraz starą dobrą pomadką Bebe intensywna pielęgnacja. Ulubioną bazą była Hean Stay On, której prawie codziennie towarzyszył Eyeliner L'oreal Super Liner (Liner Intense) Carbon Gloss. Polubiłam też kombinację odżywki do rzęs Eveline Advance Volumiere (pięknie wydłuża ale prostuje podkręcona zalotką rzęsy, ponieważ jednak mój eyeliner nie współpracuje dobrze z zalotką, byłam i tak skazana na proste rzęsy ;) ) + Eveline Big Volume Lash Waterproof + Maybelline Illegal Lenghts Waterproof (sam w sobie średni tusz, w wersji wodoodpornej niedostępny w Polsce). Nadal mam bardzo suche usta, dla tego jedynym kolorowym produktem, jaki byłam w stanie na nich znieść był mój ukochany stain YSL w kolorze 12.
Jeżeli chodzi o perfumy, to nadal wysączam ostatnie krople Kenzo Flower.


Ulubieńcy i odkrcia 2012


YSL Rouge pour couture glossy lip stain. To jeden z niewielu produktów, w których nie zmieniłabym nic (no, może oprócz ceny :) ). Absolutnie idealne połączenie błyszczyka, pomadki i tinta. Kupiony w marcu nr 12 już ledwo zipie, dlatego korzystając z sephorowej super zniżki kupiłam kolejną czerwień, tym razem bardziej klasyczną nr 9. Gdybym miała wybrać jednego ulubieńca 2012, na pewno byłaby to ta pomadka.


Inglot. Marka, która powróciła do moich łask w tym roku. Świetne cenie, produkty do ust, niezawodne bibułki matujące.


Benefit Hervana za to, że można nią wyczarować zdrowy i świeży rumieniec, róż (a właściwie bronzer) Anabelle Minerals w kolorze Honey, który świetnie ociepla buzię. Prasowany puder Bell 2 Skin Pocket Mat detronizuje wszystkie prasowańcem, jakie znam. Jakość wysokopółkowa za mniej niż 20zł! Make Up For Ever Full Cover, to korektor na który zawsze mogę liczyć. Supertrwały, bardzo kryjący a jednocześnie świetnie stapiający się z cerą. Niedawno zaczęłam drugie opakowanie.
Na wspomnienie zasługuje również mój najukochańszy MAC Warm Soul (obecny już jednak tylko duszą a nie ciałem bo się jakiś czas temu skończył ).


L'oreal Super Liner nie jest może 100% ideałem, ale jest bardzo czarny i bajecznie prosty w obsłudze. Sephora Smoothing & Brightening concealer to najlepszy jak do tej pory rozświetlacz okolic oczu, szczególnie kolor 02. Eveline Big Volume Lash Waterproof na stałe zagościł w mojej kosmetyczce. Już go nie oddam :)


Szampon Wszechczasów, czyli morelowy Garnier dla dzieci, odżywka do skóry głowy i włosów Jantar oraz olejki Alterra to ulubieńcy w kategorii pielęgnacji włosów. Garnier Skóra wrażliwa płyn do demakijażu 2w1 znakomicie radzi sobie z tuszem wodoodpornym a krem Floslek Be Eco pod oczy i na szyję rewelacyjnie nawilża okolice oczu. Masełka do ust Nivea pokochałam za wygodne i ładne puszeczki i skuteczność. Ulubiona maseczka to The Body Shop Warming Mineral Mask. Zużyłam już dwie tubki i na pewno będą następne. Maska ładnie zwęża pory i oczyszcza twarz, szczególnie nałożona podczas kąpieli.


W kategorii lakierów do paznokci królowało oczywiście Essie. Oprócz sztandarowych korali, bardzo lubiłam nosić kobaltowy niebieski i cielaki w stylu Essie Sand Tropez.


Uwielbiałam zalotkę MAC oraz trzy syntetyczne pędzelki do oczu Sedona Lace.


Ulubiony zapach był niezwykle trudny do wytypowania, ale najczęściej nosiłam Moschino Hippy Fizz. Czysty, optymistyczny i bardzo trwały.


Oczywiście, nie mogę zapomnieć o świecach i woskach Yankee Candle, które umilały mi większość z 366 dni 2012 roku :).

Jakie były wasze ulubione kosmetyki ubiegłego miesiąca i ubiegłego roku?

sobota, 1 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada



Listopad minął ekspresowo, był wyjątkowo ładny (i tym razem nie spełnił warunków dla pretendenta do tytułu najbrzydszego miesiąca w roku ;) ). Nie mam zbyt wielu listopadowych ulubieńców, oto kilka kosmetyków których używałam najczęściej:

1. MAC  Mineralize Blush Warm Soul (i to już po raz ostatni bo nie zostało z niego już prawie nic)

2. Nivea Lip Butter wanilia i makadamia. Świetnie nawilża, uchroniło moje ekstremalnie suche usta od pękania. Otworzyłam jeszcze karmelowe (malinowe czeka w kolejce) ale wersja waniliowa bardziej mi odpowiada. 
3. L'oreal Super Liner Carbon Gloss to arcy wygodny eyeliner. Ma aplikator będący połączeniem pisaka i pędzelka co bardzo ułatwia aplikację. Jest bardzo czarny, ma błyszczce wykończenie. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to trwałość (na pewno nie jest nie do zdarcia), ale spokojnie wytrzymuje cały dzień w przyzwoitym stanie.

4. Kenzo Flower to jeden z moich ulubieńców od lat (zużyłam już kilka flakonów). Z widocznej na zdjęciu butelki zostało może 10ml, zamierzam ją wykończyć ;) w najbliższym czasie bo mam ją już dość długo. Zapach towarzyszył mi prawie cały listopad.

5. Nivea Aqua Effect Nawilżający Krem Odżywczy do skóry suchej. Fajny nawilżacz kupiony za 9zł w promocji. Zawsze lubiłam wersję do cery normalnej i swego czasu używałam go dobrze ponad rok. Postanowiłam odświeżyć znajomość, ale tym razem wybrałam wersję do skóry suchej bo moja skóra z mieszanej, stała się normalna/sucha. Krem pięknie pachnie, ma przyjemną konsystencję. Z bardzo suchą skórą raczej sobie nie poradzi (na zimę poszukam czegoś jeszcze bardziej treściowego) ale w tym momencie bardzo mi odpowiada.

6. Guerlain Meteorites 01 Teint Rose. Zrobiłam sobie na początku listopada przyspieszony urodzinowy prezent i kupiłam upragnioną guerlanowską legendę. Co tu dużo mówić, nie wiem jak ja wcześniej bez nich żyłam ;). Więcej w oddzielnej recenzji.


Czy macie jakichś godnych polecenia ulubieńców ubiegłego miesiąca?

środa, 28 listopada 2012

L'oreal Infallible Eyeshadow + kilka kosmetyków do wydania


Nie przepadam za kosmetykami L'oreal, są drogie i rzadko mi odpowiadają. Tym razem jednak chciałam uczulić was na pewną perełkę, którą możecie znaleźć w szafie tej firmy.
O cieniach La Couleur Infallible sporo dobrego słyszałam na YT i korzystając z promocji podczas zamknięcia Marionnaud we wrocławskiej Magnoliii kupiłam bardzo tani pierwszy, 004 Forever Pink. Klika dni temu dokupiłam kolejne w rossmannowej promocji -40%. Cena regularna waha się w ganicach 33-37zł za 3,5 g i jest dość uczciwa, biorąc pod uwagę wydajność.


Cienie zamknięte są w zgrabnych, plastikowych słoiczkach. Po odkręceniu wieczka napotykamy na dodatkową "zatyczkę" która po zdjęciu ujawnia zawartość opakowania.

No właśnie, jak opisać tą zawartość? Nie jest to ani typowy cień prasowany, ani sypki ani kremowy. To taka hybryda trzech rodzai, wygląda mniej więcej jak niedokładnie sprasowany pigment. Po przechyleniu słoiczka nie wysypuje się, ale struktura jest bardzo lekka i kremowa.

Wykończenie wszystkich kolorów jest bardzo metaliczne, pigmentacja rewelacyjna. Uzyskujemy efekt taki, jak przy użyciu metalicznych pigmentów na mokro, ale bez babrania się i rozsiewania błyszczących drobinek wszędzie ( na przykład na czarne spodnie ;) )



004 Forever Pink to ciepły róż z drobinką brzoskwini opalizujący na złoto


033 Tender Caramel to typowy taupe, raczej ciepły


037 Metallic Lillac (wydaje mi się, że ten kolor jest limitowany) to coś obok czego nie mogłam przejść obojętnie. Piękny fioletowo-szary :)


Cienie są na prawdę świetne, pięknie się nakładają i utrzymują się na powiece cały dzień. Zdecydowanie warto im się przyjrzeć, jeżeli jeszcze ich nie znacie. Wybór kolorów jest całkiem niezły.

Ocena: 5

Zrobiłam małe porządki w szufladach i mam kilka kosmetyków na wydaniu :):



Urban Decay Preen Palette, niewielki ubytek, 35zł sprzedane



 Paleta magnetyczna MAC 15 (rozmiar standardowy, zmieszczą się też Inlgoty i Kobo), 30zł NIE MA


Cienie MAC wkłady, (Skintone 2 zdepotowałam z paletki Burmese Beauty) Skintone 2, Honey Lust, Expensive Pink, Paradisco, Coppering, 35zł/ sztuka



Nails Inc. Bakers Street zeswatchowany na jednej ręce. Edycja limitowana z kryształkami, 20zł


W razie czego proszę o kontakt na maja.adamczyk89@gmail.com  (mogę też wystawić na allegro).

piątek, 2 listopada 2012

Ulubieńcy października


W ubiegłym miesiącu najczęściej sięgałam po:

-Isana krem do ciała z kakao i masłem shea. Prawdopodobnie nie zwróciłabym na nie większej uwagi, gdyby nie znalazło się w paczce od Rossmanna. Okazało się na prawdę skuteczne a do tego genialnie pachnie, krówkami i orzechami! Natychmiast zaopatrzyłam się w kolejne :)

-Essence Stay All Day cień w kremie 09 For Fairies. Recenzowałam go tu

-Róż mineralny Anabelle Minerls w kolorze Honey. Super bronzer, odnowiłam znajomość z nim po tym, jak skończyła mi się Ziemia Egipska.

-L'oreall Infallible cień w kolorze Forever Pink. Jestem pod ogromnym wrażeniem, zarówno koloru, jak i samego produktu.

-Błyszczyki Inglot Sleeks. Moja kolekcja rozrosła się wręcz dramatycznie w tym miesiącu :). Niedługo szczegółowa recenzja

-Inglot kredki do ust uważam za odkrycie kwartału, jeżeli nie nawet całego roku. Tanie, trwałe i dostępne w wielu kolorach.

-MAC Warm Soul. Zobaczcie tylko, praktycznie zużyłam cały róż :D! Prędzej czy później go jednak odkupię bo to dla mnie kolor idealny, nie znalazłam ładniejszego.


Moim ostatnim ulubieńcem jest szafeczka zrobiona z pudełeczkek po Glossyboxie (i jednym Shinyboxie, który ma trochę inny wymiar i miałam trudności ze złożeniem całości, ale jakoś się trzyma). Zamieszkały w niej moje produkty do ust. Mam je pod ręką i są lepiej posegregowane niż w jednej szufladzie w toaletce.


Jakich ulubieńców macie w tym miesiącu?

piątek, 24 sierpnia 2012

L'oreal Rouge Caresse 401 i 202


Ależ ja się naczekałam na te pomadki...Przez pewien czas wszędzie kusiły mnie w cenie promocyjnej ale jakoś się oparłam. Potem stwierdziłam, że nie dam rady się dłużej opierać ale okazało się, że promocje już się pokończyły a za ponad 40zł nie miałam ochoty ich kupować. I tak czekałam i czekałam aż w końcu w Superpharmie pojawiły się za 35zł.
Wybrałam 401 Rebel Red, którą od początku miałam na oku oraz 202 Impulsive Fushia bo przepadam za takimi odcieniami.
Pomadki mają 3,7g pojemności i w cenie regularnej kosztują w zależności od lokalizacji 41-44zł. W niektórych perfumeriach i drogeriach dostępna jest okrojona wersja gamy kolorystycznej dla tego warto przed zakupem poszukać takiej z lepszym wyborem. Do wyboru jest sporo kolorów typu nude czy my lips but better ale też i żywe odcienie, takie jak te na które się zdecydowałam. Według producenta Rouge Ceresse nadaje ustom świeży, żywy i promienny kolor. Jest w tych obietnicach sporo z prawdy, pomadki są bardzo lekkie i wyglądają na ustach soczyście i świeżo. Wykończenie mają błyszczące (niektóre za sprawą drobinek a niektóre tylko z powodu "mokrej" konsystencji) a kolor jest zdecydowanie transparentny.



Pomadki mają konsystencję wagi piórkowej, praktycznie nie czuć ich na ustach. Nie wysuszają, ale też nie odczuwam jakiegoś spektakularnego nawilżenia po. Bardzo spodobają się osobom, które nie lubią ciężkich, klejących się produktów do ust. Są proste w aplikacji, pomimo iż sztyft nie jest wyprofilowany tylko prosty, przypominający pomadkę ochronną.
Trwałość, jak można się było spodziewać po konsystencji i transparentnym kolorze, nie jest imponująca. Pomadki są troszkę bardziej trwałe od przeciętnego błyszczyka, ale łatwo znikają pod wpływem picia czy jedzenia. Nie barwią ust (tak jak to czasem ma miejsce w przypadku żywych kolorów, które działają trochę jak stain). W przypadku 202 Implulsive Fushia kolor ma tendencje do nierównomiernego schodzenia z ust. Wydaje mi się, że Rouge Caresse to taka trochę hybryda szminki, błyszczyka i barwionego balsamu do ust. Jednak, żeby uznać je za produkt pielęgnacyjny są zdecydowanie za mało nawilżające.


 Rebel Red to świeża, błyszcząca czerwień z mikroskopijnymi złotymi drobinami. Impulsive Fushia jest bardziej intensywna i mocniej napigmentowana od czerwonej siostry. Jak nazwa wskazuje jest to fuksja, która lekko opalizuje na niebiesko. Przepiękny kolor!




Mam trochę mieszane uczucia w stosunku do tych pomadek. Lubię je nosić, są przyjemne w noszeniu i łatwe do szybkiej aplikacji w ciągu dnia. Kolory są piękne i żywe, ale dzięki transparentności są mniej wymagające niż bardziej kryjące szminki. Ładnie ożywiają twarz. Powinny przypaść do gustu tym z was, które nie przepadają za klasycznymi szminkami. Są łatwe we współpracy nawet dla osób początkujących czy też bojących się kolorów.
Z drugiej jednak strony trwałość nie jest zachwycająca, a cena mogłaby być niższa. Za 30-35zł chętnie je kupię ale ponad 40zł to trochę za wysoka cena. Jako fanka cięższych konsystencji w produktach do ust, nie obraziłabym się gdyby pomadka miała trochę więcej efektu nawilżającego.

Ocena: 4-

czwartek, 23 sierpnia 2012

Neutralne oko z zielonym akcentem








Bardzo lubię ciemnozielone cienie do powiek, szczególnie jako akcent w bardziej codziennych i stonowanych makijażach. Dzisiaj mam takie właśnie neutralne oko z odrobiną połyskującej zieleni.

Oczy (wszystko Inglot): powieka AMC 112, załamanie 402P, łuk brwiowy 351M, wewnętrzny kącik 395P, dolna linia rzęs 114P.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...