Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

W poszukiwaniu palety idealniej, odcinek 1: Glambox


Mam misję, poważną misję z którą mierzę się od dłuższego czasu. Znaleźć idealną paletę, która pomieści wszystkie moje matowe cienie. Jestem święcie przekonana, że do osiągnięcia pełnego szczęścia i harmonii potrzebne jest im zamieszkanie razem, pod jednym dachem. Dotychczas rozstrzelone były po różnych mniejszych paletach ale nie zdawało to egzaminu. W zbiorczej inglotowskiej palecie bez przegródek zabrakło już dla nich miejsca.
Dziś recenzja bohatera mojego pierwszego podejścia do sprawy, paletki magnetycznej Glambox. To zgrabne metalowe pudełeczko dostępne jest w sklepie producenta w kilku wariantach kolorystyczno-wzorniczych i dwóch rozmiarach. Wybrałam duży Glambox w czerwone kwiaty. Duża paleta ma wymiary 13x18x1,5cm i mieści mniej więcej tyle wkładów dowolnego rodzaju, ile widać na zdjęciach poniżej. Kosztuje 34zł, więc całkiem przyzwoicie. Przesyłkę dostałam szybko, nie mam do czego się przyczepić.



Paletka jest przyjemna dla oka, fakt może wygląda trochę jak pudełko kredek, ale za to pudełko na prawdę urodziwe ;). Wewnątrz znajduje się magnetyczna płachta pokrywająca całe dno. 
Niestety, tu kończą się zalety. Moim głównym problemem jest sposób zamykania/otwierania. Nie jestem w stanie tej palety wygodnie otworzyć. Nie da się tego zrobić absolutnie jedną ręką, nie da się też dostać do cieni szybko. Zawsze coś się zacina, wieczko nie chce się otworzyć. Próbowałam już lekko odgiąć metal, ale nadal pozostaje problem z wygodnym uchwyceniem palety. Palce się ślizgają i kończy się znów siłowaniem z zamknięciem. W końcu pudełeczko wyślizguje mi się i z impetem leci na ziemię. To z kolei skończyło się już kilkukrotnie ukruszeniem zawartości. 
Dodatkowo cienie niezbyt dobrze trzymają się magnesu. Szczególnie dotyczy to cieni MAC, ale Ingloty lubią się przemieszczać. Zawartość nie jest więc w pełni bezpieczna.

Jestem trochę zawiedziona, koncept fajny i miłe dla oka wykonanie. Słyszałam wiele pozytywnych opinii, ja niestety nie jestem szczególnie zadowolona. Muszę szukać dalej.

Macie jakieś sugestie dotyczące pustych palet godnych polecenia?

środa, 5 lutego 2014

Cienie Makeup Geek wkłady: Creme Brulee, Bitten i Purely Naked


Marleny z Makeup Geek chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jakiś czas temu w internetowym sklepie zaczęła stopniowo pojawiać się linia kosmetyków sygnowana nazwą Makeup geek. Ponieważ do wspomnianej pani mam sympatię, jest youtubową weteranką i bardzo sympatyczną osobą, miałam też ogromną ochotę przetestować kilka produktów. Na pierwszy ogień poszły prasowane cienie, te zawsze sprawiają mi ogromną radość i jednocześnie łatwo jest ocenić ich jakość na tle innych znajdujących się w mojej kolekcji. Wybrałam wkłady magnetyczne, ale można je również kupić w wersji pudełkowanej ;). Kosztują odpowiednio 5,99 i 7,99$ za 1,8g a cena wysyłki jest rozsądna i nie odstrasza. Paczka dotarła do mnie po nieco ponad tygodniu, co jest standardowym czasem dla przesyłek zza wielkiej wody. Wybór kolorów i wykończeń jest interesujący, cienie kuszą obietnicą wysokiej pigmentacji i wyraźnymi, przystępnie zaprezentowanymi swatchami.
Wybrałam dwa maty i jeden kolor, który określiłabym jako satynę.

Creme Brulee (medium sand color with a soft matte finish) to ciepły, morelowy, matowy brąz. Trochę jak MAC Texture ale nie do końca. Świetny na całą powiekę i do załamania. Podoba mi się w zestawie z czarną kreską oraz ustami w wyrazistym kolorze.

Purely Naked (shimmering tan) jest do Creme Brulee bardzo podobny, ale nieco chłodniejszy i jaśniejszy.

Bitten (deep maroon red) to piękny kolor, ciemny burgund złamany brązem. Świetna pigmentacja, muszę z nim jeszcze trochę popracować bo pomimo iż bardzo lubię takie kolory, to nie do końca mam na niego pomysł



Cienie są bardzo dobrze napigmentowane i łatwe we współpracy, pomimo matowego wykończenia. Konsystencja ok, choć są raczej bardziej suche niż kremowe (w przeciwieńtwie np. do matów Urban Decay). Cena porównywalna z Ingotem czy Nyxem a tym samym rozsądna. Jestem ciekawa innych kolorów i wykończeń. Kolejne zakupy są podejrzewam tylko kwestią czasu, muszę się tylko zdecydować jak by się tu ograniczyć troszkę bo mam za dużo typów :)

Bardzo podoba mi się idea, jaki przyświeca kosmetykom Makeup Geek: wysokopółkowa jakość w przystępnej cenie. Produkowane są w USA i są nietestowane na zwierzętach.

Miałyście do czynienia z "kosmetycznymi dziećmi" Marleny?

czwartek, 12 grudnia 2013

Cienie Hean, wkłady do paletek

Było o Naked 3, dzisiaj natomiast recenzja i swatche naszej rodzimej i dużo bardziej ekonomicznej propozycji, wkładów cieni Hean. Kupiłam je podczas tygodniowej promocji na wszystkie cienie, ale nawet bez tego mają niezwykle przystępną cenę. Za 1,5g wkład w cenie regularnej zapłacimy 6,99zł. Taniej niż w Inglocie i prawdopodobniej taniej niż gdziekolwiek indziej, jeżeli chodzi o wkłady. Dostępny jest całkiem spory wybór kolorów w różnych wykończeniach. Swatche wszystkich dostępne na blogu firmy. Wybrałam trzy matowe kolory: ciepły brąz 809, fiolet 808 i koralowy róż 805. Maty to zawsze poważny sprawdzian jakości dla firmy, nie tak łatwo o mocno napigmentowany i łatwy w aplikacji matowy odcień. Z przyjemnością muszę jednak zakomunikować, że Hean się udało. Cienie mają świetną pigmentację (co zobaczycie za chwilę na swatchach poniżej) a i na konsystencję nie można narzekać. Nie jest może tak maślana i kremowa jak maty Urban Decay, ale biorąc pod uwagę cenę, nadal jestem pod wrażeniem jakości.



805 to ciepły róż wpadający w koral. W klimacie MAC Sushi Flower czy Free to Be. Na zdjęciu wyszedł bardziej pastelowo i mniej pomarańczowo niż w rzeczywistości. Moim ulubionym zastosowaniem dla takich kolorów jest ocieplanie makijażu przez aplikację nad zgięciem powieki przy pomoc puchatego pędzla do blendowania. Spróbujcie, efekt jest bardzo fajny!

808 to ciepły fioleto-burgund. Rewelacyjna pigmentacja, uwielbiam takie kolory.

809 to ciemny brąz z mocnymi czerwonymi tonami. Kolejny świetnie napigmentowany odcień w ciepłej tonacji.

Zdecydowanie mam ochotę skusić się na więcej, co i wam polecam. Ciekawa jestem, jak sprawdzą się cienie o błyszczącym wykończeniu. Myślę, że również świetnie, skoro umieją zrobić tak udane maty to nie widzę jak mogliby zepsuć inne wykończenie. Mam nadzieję, że paleta kolorów będzie się sukcesywnie poszerzać.
Przepadam za cieniami w formie wkładów, można powoli kompletować własną kolekcję. Zazwyczaj są tańsze i bardziej wygodne zarówno w przechowywaniu, jak i w transporcie.

Znacie cienie Hean? Możecie polecić konkretne kolory?

niedziela, 8 grudnia 2013

Urban Decay Naked 3 oficjalna premiera :)


Postanowiłam, że nie będę zwlekać z przedstawieniem wam zawartości palety Urban Decay Naked 3, może niektóre z Was będą chciały sprawić ją sobie lub komuś na święta a oglądanie swatchy zawsze bardzo pomaga w podjęciu decyzji. Na razie dostępna jest na stronie Urban Decay, ale pod koniec grudnia ma być do kupienia w UK i innych sklepach internetowych. Cena, jak w przypadku pozostałych golasków UD to 52$ za 12 pełnowymiarowych cieni.
Tym razem tematem przewodnim są kolory spokrewnione z bardzo lubianymi ostatnio odcieniami różowego złota. Nie pozostaję obojętna na tego rodzaju kolory i kiedy tylko zobaczyłam zdjęcia w internecie, zdecydowałam, że Naked 3 będzie moja.


Opakowanie jest bardzo podobne do Naked 2, metalowo-plastikowa puszeczka o identycznych wymiarach. Różni się tylko fakturą i tonacją, w której jest utrzymana. Nie mam zarzutów, wygląda przepięknie i jest wygodna.


Jak widać na pierwszy rzut oka, kolory bardzo się różnią. Naked 2 to chłodniejsze odcienie balansujące w okolicach szarości i taupe, podczas gdy Naked 3 jest dużo bardziej różowa, zasadniczo różowy jest chłodnym kolorem, ale w tym wydaniu wydaje się być mocno ocieplony, przybrudzony.






Pigmentacja jest świetna, nie mam najmniejszego problemu z uzyskaniem intensywnego koloru już po pierwszym pociągnięciu pędzla. Dust nieco się osypuje (przypomina teksturą YDK z Naked 2) ale nie jest to nic uciążliwego. Kolory są przepiękne i niepospolite, jak może pamiętacie uwielbiam takie niejednoznaczne odcienie. Jakiś czas temu bezzskutecznie szukałam takich właśnie nieoczywistych, przybrudzonych róży w ofercie MACa, niestety bezskutecznie. Tegoroczna interpretacja Naked bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Nie ma takiego odcienia, którego nie chciałabym nosić lub uważałabym za nieprzydatny (W przypadku Naked 2 dość bezużyteczny, choć ekstremalnie napigmentowaną czerń Blackout zastąpiono przepięknym ciemnym burgundem Blackheart). Tak jak Naked 2, pomimo całej mojej miłości do niej (a lubię ją bardzo), nie jest dla mnie wyborem uniwersalnym i na każdą okazję. Naked 3 wydaje mi się być bardziej harmonijną kompozycją i kocham ją jeszcze bardziej :).


Także w tej palecie otrzymujemy dwustronny pędzelek. Jedna część (płaski pędzelek do aplikacji cieni na powiekę) jest taki sam, ale druga końcówka się różni. W Naked 3 mamy nieco dziwny bardziej puchaty, spłaszczony pędzel o średniej długości włosia. O dziwo, świetnie sprawdza się w załamaniu powieki i polubiłam go bardziej niż ten z Naked 2.

Jestem zachwycona nową "golaską" i absolutnie nie żałuję zakupu. Teraz czuję już tylko, że żeby osiągnąć kosmetyczne spełnienie muszę w końcu kupić protoplastę rodu Naked :)

poniedziałek, 23 września 2013

Cienie NYX Flamingo i Skinny Dip


Długo zajęło mi zebranie się do zakupu i wypróbowanie oferty NYX. Wkładałam cienie i błyszczyki do wirtualnego koszyka, wierzcie mi, nie raz. W końcu jednak nie miałam wyboru, NYX pojawił się w drogeriach Douglas. Musiałam się skusić :). Wybrałam między innymi dwa cienie, będące bohaterami dzisiejszego posta. Flamingo z oferty bazowej klasycznych kwadratowych cieni i Skinny Dip z linii Nude Matte. Każdy z nich kosztował 30zł. Producent zapewnia, że są cruelty free. Bardzo ładnie.

Flamingo to kolor-dziwak. Różowo-beżowo-fioletowo-szary kolor z delikatnym złotym duochromem. Na powiece wygląda delikatnie, dobrze komponuje się z większością kolorów, podoba mi się z fioletami i ciepłymi brązami. Miękki i łatwy w aplikacji. Nie jest to demon pigmentacji, ale podejrzewam że wynika to częściowo ze specyfiki odcienia. Oryginalny kolor, ale nie należy do takich odcieni, które wywołują szybsze bicie mojego kosmetykoholoczego serca. Ot taki delikatny codzienny kolor na całą powiekę.


Skinny Dip to piękny fiolet. Jaśniejszy kuzyn MAC Sketch. Fiolet w kompozycji z burgundem, brązem i odrobiną szarości. Na prawdę zachwycający, szczególnie uwzględniając jesienne makijaże. Jest na tyle niejednoznaczny, że powinien przypaść do gustu także tym z was, które nieco obawiają się kolorów na powiece. Taki kolor z powodzeniem zastąpi kolor zazwyczaj używany do podkreślenia załamnia powieki, sprawdzi się taż jako delikatny liner przy linii rzęs. Raz wygląda jak fiolet, raz nieco bardziej neutralnie i brązowo. Uwielbiam takie odcienie. Konsystencja miękka, łatwa do rozblendowywania. Świetna pigmentacja. Zdecydowanie godny polecenia!



Pierwsze spotkanie z NYX wypadło zdecydowanie pomyślnie. Flamingo nie rzucił mnie na kolana, ale Skinny Dip to kolor po który sięgam często i z przyjemnością. Myślę, że nie są to moje ostanie cienie tej firmy. 30zł to cena przyzowita, nie odstręcza od zakupu, ale wydaje mi się że gdyby kosztowały 25zł byłoby bardziej korzystnie. Szczególnie biorąc pod uwagę rewelacyjne cienie rodzimego Inglota.


W kolejce do recenzji czeka błyszczyk, konturówka, paleta cieni i róż w kremie. Spodziewajcie się ich w najbliższej przyszłości :).

Znacie kosmetyki NYX? Macie swoich ulubieńców? Chętnie ich pozam.

sobota, 23 marca 2013

Inglot AMC Sypki cień 82


Nie przepadam za pigmentami i sypkimi produktami, jednak dla Inglota 82 postanowiłam zrobić wyjątek. Kolor jest tak piękny, że po kilku tygodniach namysłu wreszcie go kupiłam. Koncept podobny do cienia MAC Burmese Beauty czy Club, ale w jeszcze bardziej imponującym wydaniu. Uwielbiam takie kolory! Ciepły brąz opalizujący na zielono-fioletowo. W zależności od kąta padania światła może wyglądać bardzo różnie.
Bardzo dobrze sprawdza się nałożony na inne kolory (np. MAC Satin Taupe), ale też aplikowany solo w wersji na mokro i na sucho. Nie jest najłatwiejszy we współpracy, lubi się osypywać i trzeba włożyć troszkę wysiłku w to, aby "przykleił" się do powieki ale efekt jest wart poświęceń ;). Najwygodniej używa mi się go lekko zwilżonym wodą pędzelkiem (o dziwo woda sprawdza się tu lepiej niż inglotowskie Duraline). Jeżeli pędzelek jest zbyt mokry, cień nie nakłada się równomiernie.

Poniżej swatche, po lewej na sucho (swatch ten wyszedł nico dziwnie, cień nie jest aż tak fioletowy i bardziej przypomina delikatniejszą wersję swatcha na mokro znajdującego się po prawej)


Za 2g zapłaciłam 32zł i uważam, że to bardzo dobra cena biorąc pod uwagę szaloną wydajność. Dużo taniej, niż pigmenty MAC.
Na więcej kolorów pewnie się nie skuszę bo rzadko używam pigmentów, ale ten kolor jest zdecydowanie wart zakupu i nieco dłuższego czasu poświęconego na aplikację.

Lubicie sypkie cienie Inglot? Jakie są wasze ulubione kolory?

sobota, 9 marca 2013

Naked 2 rozebrana...na czynniki pierwsze


Jestem przekonana, że większość z was ma paletę Naked 2, marzy o niej albo przynajmniej o niej słyszało. Pod koniec rok dotarła ona do polskiej Sephory, ja swoją upolowałam nieco wcześniej w internecie. Dotarła do mnie po blisko miesiącu oczekiwania (pisałam wam o całej sprawie jakiś czas temu). Mam nadzieję, że pojawienie się pełnej oferty Urban Decay w naszym kraju to tylko kwestia czasu (jakiś czas temu marka kupiona została przez koncern L'oreal, oby podobnie jak w przypadku lakierów Essie, oznaczało to szerszą dostępność). Dzisiaj chciałam pokazać wam swatche i napisać co nieco na temat Naked 2. Dlaczego przepadam za nią i jednocześnie nie uważam, że jest to zestaw idealny.

Paleta składa się z 12 cieni o gramaturze 1,2g (z tego co wiem, jest to standardowa wielkość pojedynczych cieni UD), kosztuje 185zł. W skład zestawu wchodzi również dwustronny pędzel i miniatura błyszczyka.
Kolory utrzymane są w chłodniejszej tonacji niż starsza siostra Naked. 3 z cieni (Foxy, Tease i Blackout) są matowe a reszta to kolory mniej lub bardziej połyskujące, niektóre o metalicznym wykończeniu podobnym do MAC Veluxe Pearl.










Cienie mają wspaniałą konsystencję, są napigmentowane i w większości łatwe we współpracy.
Ilość kombinacji, jakie można wyczarować przy pomocy Naked 2 jest na prawdę spora i zaspokoi potrzeby większości fanek neutralnych makijaży. Moje ulubione kolory to Tease, Chopper, Pistol i Verve. Szczególnie ten ostatni w przepiękny sposób łączy srebro z beżem tworząc piękny jasny ocień typu taupe, w którym nie wyglądam na zmęczoną (co często zdarza mi się kiedy użyję szarych cieni).
Więkoszść cieni nadaje się do nałożenia na całą powiekę (nie są wcale aż tak ciemne) a całkiem sporo do wymodelowania załamania powieki.

Naked 2 używam bardzo często, z ogromną przyjemnością, ale jest kilka rzeczy, które bym w niej zmieniła. Rzeczy, które moim zdaniem pomogłyby z tego zestawu byt 100% samowystarczalny. Szczególnie w sytuacji, gdy w jego posiadanie wchodzi "normalna" ;) osoba nie posiadająca całej szuflady cieni do powiek lub gdy chcemy Naked 2 zabrać w krótszą lub dłuższą podróż.
 Po pierwsze brakuje mi matowego brązu, Tease to przepiękny kolor bardzo w moim stylu ale przydałoby się coś klasycznie brązowego co zmiękczyłoby przejście pomiędzy kolorami. Odcień w stylu MAC Wedge. Niestety pomimo, iż wielkie nadzieje wiązałam z Busted, nie przepadam za tym kolorem. Na powiece traci na intensywności i dość łatwo się "przeblendowuje" co czyni z niego najsłabszy punkt palety. W jego miejscu widziałabym inny, ciemny brąz lub nawet śliwkę. Matowa czerń mi osobiście rzadko się przydaje, ale podejrzewam że wiele z was używa jej regularnie np. w charakterze eyelinera.
Lubię Foxy, ale dla mojej karnacji to raczej cień-korektor, w kolorze skóry. Nie pogardziłabym czymś jaśniejszym ale satynowym/matowym do rozświetlenia łuku brwiowego (Booty Call jest do tego celu zbyt błyszczący).



Pędzle dołączone do palety nie są moimi ulubionymi, ale mogą okazać się przydatne do szybkich poprawek czy z dala od domu. Są nieco sztywne, ale nie szorstkie i generalnie dobrej jakości.

Opakowanie w formie metalowej puszki podoba mi się dużo bardziej niż aksamitny kartonik klasycznej Naked. Wygląda bardzo ładnie, jest poręczne i eleganckie. Duże lusterko wewnątrz to kolejny niewątpliwy plus.
Miniaturka błyszczyka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Ptodukt łądnie pachniał miętą ale był obrzydliwie słodki w smaku i niewiele różnił się od pierwszego lepszego błyszczyka z najniższej półki. Zużyłam go nosząc w torebce, ale na pewno nie skusiłabym się na zakup pełnowymiarowego.

Jeżeli chodzi o zestawienie Naked 2 z moją ulubioną paletą Too Faced Natural Eye to....ciężko mi powiedzieć. Naked 2 to wiele pięknych kolorów,z drugiej jednak strony Natural Eye tworzy bardziej harmonijną całość. Bardzo ciężko byłoby mi się zdecydować na jedną, ale na wakacje zabrałabym raczej Too Faced.

Naked 2 towarzyszy mi niemal coedziennie i pomimo dronych wad, uważam że jeżeli zdecydujecie się na zakup to będzie to bardzo dobrze wydane 185zł (swoją drogą jestem pozytywnie zaskoczona polską ceną, spodziewałam się czegoś zaporowego rzędu 250zł).


piątek, 25 stycznia 2013

Radosny, bezcelowy post :)


Wczoraj ,po ponad miesięcznym oczekiwaniu, dotarła moja paczuszka ze świątecznymi zakupami z Beautybay. Po powrocie do domu w tempie natychmiastowym zmyłam cały makijaż i zabrałam się za testowanie, które uskuteczniałam również dziś rano. Cóż za wspaniałe cienie!
Wiem, że ostatnio Naked 2 pojawiła się w Sephorze i sporo pisze się o tej palecie na polskich blogach. Mimo tego, na pewno naskrobię niedługo własną recenzję :)

sobota, 15 grudnia 2012

Inglot wkłady Freedom Rainbow


Cienie w moich paletkach Inglot mają podejrzane tendencje do niekontrolowanego rozmnażania się ;). Rodzina znów się powiększyła, tym razem o dwa trojaczki z kolekcji Rainbow. Wybrałam ciepłe brązy o wykończeniu DS (125R) i kawowe matowe beże 106R. Wykłady kosztują 15zł i są dostępne tylko w formie kwadratów.


Muszę przyznać, że pomysł jest bardzo fajny. W jednym zgrabnym wkładzie mieszczą się trzy dobrze zgrane kolory a paseczki są na tyle szerokie, że można ich używać pojedynczo. Gradient daje możliwość łatwego wymodelowania oka, szczególnie w przypadku ciemniejszych brązów. Wymieszanie wszystkich kolorów daje efekt podobny do środkowego odcienia. Z przyjemnością zabiorę je na wyjazdy, zajmą trzy razy mniej miejsca niż analogiczne kolory :). Kuszą też jako możliwość wypróbowania odważniejszych kolorów.
Pigmentacja i właściwości tak samo przyjemne, jak w wypadku klasycznych wkładów Inglota.



Mam wielką nadzieję, że pojawienie się perłowych kwadratów Rainbow to tylko kwestia czasu bo perła to moje ulubione wykończenie. DS to nadal bardziej mat z drobinkami niż błyszczący kolor.


Miałyście już do czynienia z Freedom Rainbow?Podobają się wam?

niedziela, 11 listopada 2012

MAC Fabulousness Neutral Eyes Palette




Dawno nie kupowałam nic z limitowanych kolekcji MAC. Nic mnie specjalnie nie zachwycało i odczuwałam dużo większą potrzebę uzupełniania swojej kolekcji o produkty dostępne regularnie (szczególnie szminki :) ). Obok świątecznej kolekcji nie mogłam jednak przejść obojętnie. Wybrałam się na przedsprzedaż z planem, że niezobowiązująco "pomacam" sobie cienie w paletkach. Ostatnimi czasy kolory (oraz ich jakość) były różne, ale po dokładnym obejrzeniu wszystkich trzech wariantów: Smokey Eyes, Warm Eyes i Neutral Eyes, zdecydowałam się na tą ostatnią. Elementem decydującym była obecność przepięknej i niejednoznacznej wariacji kolorystycznej na temat zieleni- Enviable. Bardzo lubię takie dziwne kolor.




Po powrocie do domu z ciekawości sprawdziłam sobie ocenę mojej palety na Temptalii i...byłam przerażona! Paletka otrzymała najsłabszą z możliwych ocen. Zaczęłam nerwowo myśleć o zwrocie, ale ponieważ już przetestowałam ją delikatnie w domu taka możliwość nie wchodziła w grę. Muszę się wam przyznać, że nie mogłam przez tą paletkę zasnąć (tak wiem, o ja głupia, ja której jedyną treścią życia są cienie ;) ), byłam zła że wywaliłam niemałe pieniądze w błoto.
Następnego dnia emocje nieco opadły i zabrałam się za malowanie oka moją miętową nieszczęśnicą, co mi innego pozostało. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy nie miałam problemu z wykonaniem mejkapu akolory były piękne, nasycone. Próbowałam sfotografować efekt, ale niestety ze względu na późną porę nic z tego nie wyszło. Przez kolejne dni wałkowałam Neutral Ee Palette w różnych kombinacjach, z równie dobrym skutkiem. Trwałość nie różni się niczym od innych cieni MAC. Nie mam cieni Smut i Brun w wersji pojedynczej (to na nie tak narzekała Temptalia, że w tej paletce są kiepskie w porównaniu do ideału), ale zarówno jeden jak i drugi są niezwykle przyjemne we współpracy. Enviable to bajka, świetna pigmentacja i wykończenie. Jedynie Blong Mink i Magical Mist jako wykończenie Lustre mają spore drobiny, na które trzeba uważać, ale na prawdę nie mam im nic do zarzucenia. Kombinacją tych pięciu kolorów można wyczarować na prawdę wiele fajnych makijaży, tych nieco bardziej neutralnych (choć nie jest to zestaw dla dziewczyn, które uznają tylko złociste, ciepłe neutrale) oraz mocnych w typie smoku eyes.




Blonde Mink (Lustre) "Mid-tone grey with silver pearlized pigments" to jasny chłodny beż z dużą ilością szarości i odrobiną fioletu
Magical Mist (Lustre) "Mettalic taupe" to taki trochę nietypowy, opalizujący lekko na oliwkowo taupe.
Brun (Satin, dostępny w regularnej sprzedaży) "Muted blackish brown"to matowy, chłodny brąz
Enviable (Veluxe Pearl) "Cool mint green with pearl" to genialna szaro-brązowa, ciemna opalizująca mięta. Czasem bardziej turkusowa, czasem zielona. Podobny koncept jak Club czy Burmese Beauty, tylko zdecydowanie bardziej zielony.
Smut (Velvet, dostępny w regularnej sprzedaży) "Muted black with black shimmer" to bardzo ciemna śliwka/brąz opalizujący na śliwkowo

Opakowanie paletki jest cudowne, na prawdę urocze. Łatwo się otwiera a wewnątrz mieści spore lusterko. Dołączonego do zestawu pędzelka jeszcze nie używałam, ale jak na tego typu produkt wygląda całkiem przyzwoicie, chociaż rączka to nie rączka z prawdziwego zdarzenia a ogryzek ;). Niestety, zdaję sobie sprawę że opakowanie, choć piękne, jest mocno niepraktyczne. Satynowa poduszeczka już lekko się przybrudziła (a mam ją na prawdę niedługo) i nadaje się bardziej do trzymania na toaletce/ szafce/ półce niż wrzucenia do kosmetyczki czy kuferka. Trzymam ją więc na szczycie mojej glossyboxowej komódki, gdzie wygląda uroczo i cieszy moje oko. Podejrzewam jednak, że i tak dość szybko się pobrudzi :(.
Kolejnym mankamentem, jest fakt że cieni nie jest w palecie zbyt dużo (mam tu na myśli gramaturę). Całość to tylko 4g, co daje 0,8g na sztukę. Nie żebym koniecznie potrzebowała tych standardowych 1,5h (bo w końcu mam całkiem sporo innych kolorów i nie jest tak prosto to wszystko zużyć), ale fakt pozostaje faktem. W porównaniu do innych limitowanych quadów mieszczących cztery pełnowymiarowe quady ta paletka nie jest absolutnie okazją cenową.

Koniec końców jednak jestem z niej zadowolona. Kolory są piękne, nie mam zastrzeżeń, co do jakości. W Enviable jestem zakochana <3 p="p">



Morał z tej historii jest taki, żeby nie ufać ślepo opiniom w internecie. Zupełnie niepotrzebnie spanikowałam czytając recenzje. Skoro zdarzyło mi się kupić polecane produkty, które okazały się kompletnymi niewypałami, to równie dobrze może to działać w drugą stronę.


czwartek, 18 października 2012

Essenca Stay all day 09 For fairies


Jedna z jesiennych nowości Essence, cień Stay all day w kolorze 09 For fairies. Po pierwsze, co za urocza nazwa :)! Od razu przyjemniej mi się go używa.
To mój pierwszy cień Stay all day (wcześniej kupiłam w promocji cień w kremie Soft Touch), ale coś czuję, że skuszę się na kolejne bo cień jest na prawdę bardzo bardzo fajny. Zazwyczaj tego typu kremowych produktów używam jako bazy pod cienie, ale For faries okazał się na tyle ładny że noszę go również solo jako cień kiedy brakuje mi czasu na bardziej skomplikowany makijaż oka.


Konsystencja jest przyjemna, nie za sucha i nie za tłusta, bardzo przypomina mi Make Up For Ever Aqua Cream. Rozprowadza się bez problemu, do aplikacji używam palców. Wysycha wolniej niż MAC Paint Pot, jest więc więcej czasu na roztarcie go na powiece.
Ocień to ciepły, delikatny róż opalizujący na złoty beż. Wygląda na prawdę przepięknie. Po nałożeniu dwóch warstw wygląda bardzo ładnie na całej powiece jako cień, przy jednej cienkiej warstwie świetnie współgra z większością kolorów (szczególnie z cieniem L'oreal Infallible Forever Pink, o którym więcej napiszę niedługo). Trzeba jedynie uważać z nakładaniem go na dolną powiekę, ponieważ zawiera drobinki, których lepiej nie rozprzestrzeniać za bardzo pod okiem ;).Na powiece wyglądają świetnie ale pod okiem już mniej fajnie. Drobinki te jednak samoistnie nie migrują i nie osypują się.
Cień trwa cały dzień w stanie nienaruszonym, zarówno solo, jak i przykryty innym produktem.




Opakowanie jest ładne i poręczne (podoba mi się, że w przeciwieństwie do cieni Soft Touch czy macowskiech Painy Potów jest plastikowe a nie szklane). 5,5g kosztuje 11,90zł.

Zdecydowanie polecam, zarówno ten kolor, jak i generalnie sam produkt. Muszę koniecznie upolować inne kolory.

Ocena: 5+

Znacie ten produkt? Jakie kolory polecacie?

niedziela, 9 września 2012

Cienie Kobo: Pale Peach, Copper i Golden Rose


Wreszcie udało mi się coś kupić w szafie Kobo :). Po przeglądaniu blogów miałam kilka kolorów na oku, po wizycie w naturze zdecydowałam się na trzy: Pale Peach, Copper i słynny Golden Rose.

Cienie dostępne są w formie pojedynczych produktów w pudełku (17,99zł) oraz wkładów do paletek magnetycznych (13,99zł). W gamie kolorów znajdują się zarówno maty (Mono), jak i metaliczne kolory (Fashion).

Pale Peach to przybrudzona brzoskwinia w odcieniu zbliżonym do skóry. Po nałożeniu na powiekę robi się mocniej brzoskwiniowa. To bardzo miękki mat, bez śladu kredowości. Ładnie napigmentowany i łatwy we współpracy.

Golden Rose to chyba najbardziej znany cień Kobo. Ciepły róż ze złotym duochromem. I kiedy piszę duochromem mam na myśli wspaniały duochrom przez duże D. Ten cień opalizuje jak szalony! Ma bardzo specyficzną, tępą konsystencję przypominającą sprasowany pigment. Spotkałam się z opiniami, że nie sposób nałożyć go pędzelkiem. Ja nie miałam z tym większych problemów, trzeba tylko użyć syntetycznego płaskiego pędzelka i wklepywać a nie rozcierać. Na powiece wygląda przepięknie.

Copper to koralowa miedź z różowym duochromem. Równie piękny jak Golden Rose. Ma identyczne właściwości, wymaga podobnej techniki nakładania. Efekt jest zachwycający.




Nie miałam żadnych problemów z trwałością, na bazie trzymają się cały dzień.
Jestem bardzo zadowolona z zakupu, szczególnie Copper i Golden Rose są zachwycające. Nie widziałam tak pięknych duochromów w ofercie żadnej innej firmy. Cena jest ok, chociaż wolałabym żeby kosztowały raczej 10zł jak Ingloty. Nie wiem czy kupię kolejne, ale te kolory zdecydowanie polecam.

Przechowują je w kwadratowej paletce Inglot. Przy okazji chciałam wam bardzo polecić taką paletkę. Kosztuje bodajże 15zł i jest niezwykle praktyczna. Można w niej umieścić produkty o dowolnym kształcie i tym samym pozbyć się miliona pojedynczych opakowań. Przełożyłam tu róż Flormar, którego opakowanie uległo malowniczej destrukcji ;).
 Dodatkowym plusem jest wielkie lusterko, które przyda się szczególnie w podróży.





Golden Rose na całej powiece.


Co sądzicie o cieniach Kobo?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...